Teściowa stoi między małżeństwem
W wielu związkach teściowa odgrywa ważniejszą rolę, niż powinna Fot. Shutterstock / canva

– Chcieliśmy wziąć kredyt. Zdecydowaliśmy, w jakim banku. Żona oczywiście musiała poradzić się mamusi. I mówi: "Mama uważa, że ten bank jest gorszy". Czułem się, jakbym żył w trójkącie – wyznaje 36-letni Bartek.

REKLAMA

– Moja mama to najlepsza przyjaciółka – w głosie Joanny słyszę dumę. – Koleżanki mnie zawiodły, na szczęście mam ją.

Papużki-nierozłączki. Najlepsze kumpele. Bratnie dusze. Z jednej gliny ulepione. Joanna mogłaby jeszcze długo wymieniać określenia na swoją relację z mamą. Ale nie może, ma niewiele czasu. Dziś ma wolne i umówiła się z nią na pizzę. Mówi pośpiesznie, że takiej więzi, jaką ma z mamą, to ze świecą szukać.

To właśnie mama Joanny namawiała ją, żeby zostawiła swojego pierwszego partnera. Uważała, że był za niski, trochę nijaki. Aśka ceni w mamie tę szczerość i intuicję. Bo mama podpowiedziała jej także, żeby zmieniła branżę, zrobiła podyplomówkę i przemalowała ściany.

Joanna ze zdaniem mamy bardzo się liczy. Jej partnerzy zupełnie tego nie rozumieli. Dlatego teraz jest sama. Na wakacje również wybiera się z mamą.

– Mój ostatni eks miał wieczne pretensje, kiedy mama do mnie dzwoniła. A ja uwielbiam takie babskie pogaduszki. Nie szanował naszej relacji, więc już nie jest moim partnerem. Proste – mówi pewnie.

"Głupio mi było, żeby mama nie miała z kim iść"

Wiktoria na filmie "Dom dobry" w kinie była dwa razy: najpierw z mamą, a potem z mężem. Mimo że od początku planowała obejrzeć go z partnerem, nie chciała zawieść matki.

– Głupio mi było, żeby mama nie miała z kim iść – tłumaczy.

Tęskni za nią. Pamięta długie, nieśpieszne spacery z córką Tosią w wózeczku, codzienny shopping w second-handach, pyszne lody w kawiarni. Kiedy była na urlopie macierzyńskim, spotykały się codziennie. Teraz, odkąd wróciła do pracy, wszystko wygląda inaczej.

– Mąż tego nie rozumie. To przez to, że sam ma chłodne relacje z rodzicami. A dla mnie mama jest prawdziwą przyjaciółką – podkreśla. – Nie wyobrażam sobie, że kiedyś jej zabraknie w moim życiu.

Wyznaje, że przed laty nawet nie poszła na sylwestra z nowo poznanym chłopakiem, bo nie chciała, żeby mama siedziała w domu sama, przed telewizorem. Z mężem na imprezy chodzi, ale stamtąd musi zadzwonić do mamy: dla niej to świętość.

Jak w trójkącie

Wstępowanie na "obiadek do mamusi" codziennie w drodze z pracy. Decyzja o wzięciu kredytu, kupnie samochodu czy zmianie pracy – omawiana najpierw z mamą. Wykręcanie numeru do matki natychmiast po sprzeczce z mężem czy żoną.

Z boku to może wyglądać niewinnie. Ot, prawdziwa więź rodzinna. Może nawet godna pozazdroszczenia.

Psychologowie jednak od lat zwracają uwagę, że gdy w dorosłym życiu najważniejszą osobą wciąż pozostaje rodzic, a nie partner, relacja zaczyna być wystawiana na poważną próbę.

Partnerka czy partner prędzej czy później ma dość dzielenia życia z kimś trzecim.

Tak jak 36-letni Bartek. Przez cztery lata był mężem kobiety, dla której mama była prawie że życiową wyrocznią. Rozwiedli się rok temu.

– Na początku myślałem: super, że ma taki dobry kontakt z matką. Moja rodzina jest dość zdystansowana, więc nawet mi to imponowało – wspomina Bartek. – Ale dość szybko przejrzałem na oczy. Teściowa wiedziała o nas wszystko. O naszych kłótniach, o moich dolegliwościach, o tym, na co chcę wydać premię.

Chcieliśmy wziąć kredyt. Zdecydowaliśmy, w jakim banku. Żona oczywiście musiała poradzić się mamusi. I mówi: "Mama uważa, że ten bank jest gorszy". Czułem się, jakbym żył w trójkącie. Moje zdanie znaczyło mniej, choć to ja byłem mężem! Kiedy zacząłem protestować, usłyszałem, że jestem narcyzem i potworem, który chce ją odizolować od rodziny.

Bartek

Nie każda historia o bliskiej relacji dorosłych z rodzicami musi mieć napięciowy wydźwięk. Krzysiek, który pracuje dużo, mówi wprost, że obecność teściowej w ich domu jest dla niego wsparciem, a nie problemem.

– Wchodzę do domu i teściowa krząta mi się po kuchni. Czy jestem zły? A skąd – zaraz mam gorący obiad na stole, a moja żona przy dwójce małych dzieci nie jest tak przeciążona obowiązkami – opowiada. I dodaje: – Nie rozumiem facetów, którzy mają taką pomoc i są jeszcze zazdrośni.

Co na to nauka?

Zjawisko, z którym mierzą się nasi bohaterowie, zostało opisane już kilkadziesiąt lat temu przez terapeutę rodzinnego Salvadora Minuchina. Mowa o uwikłaniu emocjonalnym (ang. enmeshment) – sytuacji, w której granice osobiste między członkami rodziny stają się tak rozmyte, że utrudniają rozwój autonomii i niezależności. Dorosłe dziecko ma trudność z oddzieleniem własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań rodzica, często matki. Próby usamodzielnienia się mogą wówczas wywoływać silne poczucie winy lub lęk przed zranieniem bliskiej osoby.

Badacze związani z Instytutem Gottmana podkreślają z kolei znaczenie budowania poczucia "my" – wspólnej tożsamości pary. To moment, w którym partnerzy nie patrzą już na związek przez pryzmat doświadczeń wyniesionych z domów rodzinnych, a zaczynają tworzyć własne zasady, rytuały i wspólną historię.

Czytaj dalej, bo warto.

Zdaniem Gottmanów trwały związek wymaga zdrowych granic chroniących relację przed nadmierną ingerencją z zewnątrz – również ze strony rodziców. Nie chodzi w tym o odcinanie się od rodziny i pochodzenia, lecz o jasne określenie priorytetów i budowanie partnerskiego sojuszu. Jeśli jedna ze stron regularnie stawia potrzeby lub oczekiwania rodziców ponad potrzebami partnera, może to osłabiać poczucie wzajemnego zaufania i bezpieczeństwa w relacji.

W zdrowym układzie bliska więź z rodzicami nie wyklucza lojalności wobec męża czy żony. Oznacza jednak, że to relacja partnerska staje się główną przestrzenią podejmowania decyzji, rozwiązywania konfliktów i mierzenia się z codziennymi wyzwaniami. Dla osób silnie uwikłanych w relację z rodzicem osiągnięcie takiej równowagi bywa szczególnie trudne.

Wojna o... majtki

Niedawno na jednej z grup na Facebooku czytałam post kobiety, która czuje niesmak, ponieważ jej mąż co miesiąc dostaje od swojej matki paczkę... bielizny. W komentarzach rozpętała się prawdziwa burza. Bo jak to: dorosły chłop i majtki od mamy? Część internautek mocno wtórowała autorce posta, twierdząc, że to dowód na kastrowanie męskości partnera. Druga część była absolutnie oburzona: "O co ci chodzi, kobieta dba o syna, powinnaś się cieszyć, że oszczędzasz na zakupach!", "Matka pozostanie matką na zawsze!".

U 46-letniej Marty problem przybrał bardzo konkretną, wręcz namacalną formę. Chodzi o klucze do mieszkania, które jej teściowa dostała "w razie awarii". Awarii nie ma, ale teściowa potrafi wejść do domu Marty i jej męża Kamila bez uprzedzenia.

– Pewnego ranka otwieram oczy i widzę teściową – opowiada wściekła. – A mój mąż szczęśliwy, bo przyniosła bułeczki. Mówi, że trzeba cieszyć się, że jeszcze ma matkę. Jak czasem patrzę na to, jak sobie z dzióbków piją, to mi słabo.

Pułapka matki-przyjaciółki

Wydawać by się mogło, że doskonały kontakt z matką to w dzisiejszych czasach skarb. Jednak z perspektywy psychologicznej ten obraz nierzadko kryje w sobie pułapkę. Jak rozpoznać, czy nasza relacja jest w normie, czy już dawno przekroczyła granice zdrowego rozsądku?

Gdzie leży granica między zdrową, bliską relacją a uwikłaniem, które odbiera kobiecie szansę na własne życie?

Jak zauważa psycholożka i socjolożka Żaneta Rachwaniec, analizę naszej relacji z matką powinniśmy zacząć od zadania sobie bardzo fundamentalnego pytania:

– Podstawowe pytanie brzmi: czyja to jest potrzeba? Czy to faktycznie potrzeba dorosłej, na przykład czterdziestoletniej kobiety, czy może wymuszona szantażem emocjonalnym potrzeba jej matki? Często bywa tak, że córka wcale by nie dzwoniła, ale wie, że w przeciwnym razie matka zareaguje w sposób dramatyczny. Woli więc uniknąć napięcia i dzwoni sama.

Ekspertka podkreśla, że kluczowy jest nasz stan emocjonalny. Wszystko jest w porządku, dopóki relacja z matką nie zaburza naszego normalnego funkcjonowania.

– Jeżeli kontakt z mamą nie budzi w nas niepokoju i nie zmusza do przerywania innych, codziennych czynności, wszystko jest w porządku. Problem pojawia się, gdy czujemy wręcz kompulsywną potrzebę kontaktu. Jeśli myślimy: "jak nie zadzwonię do matki, to coś się stanie", a brak rozmowy powoduje lęk i wyrzuty sumienia, to taka sytuacja zdecydowanie nie jest prawidłowa – wyjaśnia psycholożka.

Jak mówi dalej, niepokojącym sygnałem jest także brak decyzyjności po stronie dorosłej córki. Sytuacja, w której wszystko musi być skonsultowane z rodzicem – od wyboru ubrań w przymierzalni, po intymne relacje w związku – jest wyraźną czerwoną flagą.

Dotykamy tutaj modnego dziś tematu matki-przyjaciółki. Prawda jest jednak taka, że matka zawsze pozostaje matką i pewne granice powinny być utrzymane. Istnieją tematy, o których rozmawiamy z przyjaciółkami, ale których po prostu nie powinnyśmy poruszać z rodzicem. Zdecydowanie zdrowiej jest, gdy swoje potrzeby społeczne realizujemy w gronie przyjaciół i rówieśników.

Żaneta Rachwaniec

psycholożka, socjolożka

– Oczywiście do matki możemy zwrócić się z różnymi potrzebami, ale sytuacja, w której musi ona aprobować i akceptować każdy nasz krok, nie jest ani zdrowa, ani normalna – zaznacza. 

"Mąż to nabytek", czyli jak symbioza niszczy związki

Dorosła kobieta, która żyje w ścisłej symbiozie ze swoją matką, nieświadomie zamyka sobie drzwi do budowania głębokich i zdrowych relacji z partnerami. W psychoterapii to powracający problem. 

– Najczęściej u podłoża takich relacji symbiotycznych leżą różnego rodzaju deficyty emocjonalne. Może to być brak wiary w siebie i potrzeba ciągłego potwierdzania słuszności własnych wyborów przez matkę. Czasem jest to trudność w samodzielnym domykaniu swoich spraw albo różnego rodzaju lęki, w tym lęk społeczny. To właśnie takie problemy najczęściej kryją się za relacjami o charakterze symbiotycznym. – wyjaśnia psycholożka. 

Co ciekawe, w debacie publicznej częściej mówi się o "maminsynkach" niż o kobietach pozostających w silnym uwikłaniu z matką. Temat ten regularnie pojawia się w mediach, popkulturze i internetowych dyskusjach. Tymczasem terapeuci podkreślają, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. W gabinetach coraz częściej pojawiają się mężczyźni, którzy skarżą się na silne uwikłanie swoich partnerek w więzi rodzinne. 

– W moim gabinecie często mężczyźni żalą się, że ich partnerka nigdzie nie wyjedzie bez matki. Zdarza się, że na początku uwikłanie to jest usprawiedliwiane chęcią pomocy przy dziecku. Dziecko jednak rośnie, a matka z życia pary nie znika. Nieustannie pojawia się konieczność spowiadania się mamie i ciągłego pisania z nią wiadomości. Niektóre kobiety dają matce swoje klucze od domu.

Taki układ drastycznie zaburza priorytety w związku, a w skrajnych przypadkach prowadzi do całkowitego umniejszenia roli męża.

– Kiedy decydujemy się na budowanie związku, powinniśmy mentalnie opuścić naszą rodzinę pochodzenia. To nasza nowa, dorosła relacja powinna stać się dla nas kluczowa. Tymczasem od niektórych kobiet słyszę w gabinecie wręcz szokujące słowa: "mąż to nie rodzina". Uważają one, że rodzina to matka i dziecko, podczas gdy mąż jest kimś "nabytym". Takie postrzeganie ewidentnie świadczy o potężnym problemie – ostrzega ekspertka.

Dodaje, że dla kobiet będących singielkami symbioza bywa jeszcze bardziej zgubna.

– Samotne kobiety często czują się bezpieczniej, spędzając czas z matką. Trzeba jednak głośno powiedzieć, że w ten sposób grzebią swoje szanse na to, by kiedykolwiek zmienić swoją sytuację i kogoś poznać. Trudno wyobrazić sobie mężczyznę, który z własnej woli chciałby budować relację z kobietą funkcjonującą w nierozerwalnym "pakiecie z mamusią". Zdarzają się zresztą tak ekstremalne przypadki wizualnego stopienia się ze sobą, że dorosłe córki i ich matki ubierają się nawet w ten sam sposób.