
Wstałem w środę, 15 lipca, wsiadłem w auto i postanowiłem sprawdzić, jak wygląda rzeczywistość na warszawskich pylonach. I wiecie co? Zwyczajnie mnie zatkało. Ceny paliw poszybowały w górę i nie zanosi się, żeby było lepiej.
To, co zastałem na stacjach benzynowych, to nie jest lekka korekta cen. To prawdziwe paliwowe trzęsienie ziemi, które zdemolowało przewidywania ekspertów w zaledwie kilkanaście godzin. Jeśli planujecie dzisiaj tankowanie, lepiej usiądźcie i weźcie głęboki oddech.
Prognozy możemy włożyć między bajki
Jeszcze na początku tygodnia eksperci z e-petrol.pl czy biura Reflex uspokajali, że owszem, będzie drożej, ale proces ten potrwa. Prognozowano, że cena benzyny 95 może zbliżyć się do granicy 6,95 zł za litr pod koniec tygodnia. Rzeczywistość jednak bezlitośnie zweryfikowała te papierowe założenia. Dzisiaj rano po tych prognozach zostały tylko strzępy.
Podwyżki cen paliw ruszyły z kopyta, napędzane rosnącymi cenami ropy na światowych rynkach (surowiec jest najdroższy od miesiąca z powodu niepokojów na Bliskim Wschodzie) oraz ostatecznym pożegnaniem rządowego programu osłonowego "Ceny Paliwa Niżej" (CPN). Efekt? Gdy przejeżdżałem przez stolicę pylony wprost krzyczały nowymi, drastycznymi stawkami.
Trzy największe sieciówki w kraju, czyli państwowy Orlen, brytyjskie BP oraz węgierski MOL kompletnie pozbawiły kierowców złudzeń. Psychologiczna granica 7 złotych padła z hukiem.
Jeśli szukacie jakiegokolwiek ratunku, to jedynym sensownym kierunkiem są obecnie stacje przy marketach. Auchan sprzedaje benzynę 95 za 6,78 zł/l, a diesel za 6,95 zł/l. Z kolei Carrefour oferuje "95-kę" za 6,85 zł/l. Pytanie tylko, jak długo te punkty wytrzymają presję hurtową, zanim same wyrównają do góry.
Dlaczego paliwo drożeje w takim tempie?
Wielu kierowców pyta wprost: co się stało, że nagle z dnia na dzień płacimy o kilkadziesiąt groszy więcej? Odpowiedź jest prozaiczna i bolesna dla naszych portfeli. Pod koniec czerwca oficjalnie zakończył się rządowy program ochronny "Ceny Paliwa Niżej". Ministerstwo Finansów podliczyło, że ta tarcza osłonowa kosztowała budżet państwa aż 4,7 mld zł i nie ma mowy o jej bezterminowym przedłużaniu.
Do tego dochodzi sytuacja geopolityczna. Napięcia na linii USA-Izrael-Iran powodują, że maklerzy na giełdach paliwowych wpadają w panikę, a ceny baryłki ropy szybują w górę. My, jako konsumenci na samym końcu tego łańcucha, po prostu dostajemy rykoszetem bezpośrednio w nasze portfele.
Czy jest szansa na jakikolwiek ratunek? Głos w sprawie rosnącej drożyzny zabrał minister energii Miłosz Motyka. W swojej wypowiedzi dla Radia Dla Ciebie zaznaczył, że resort monitoruje sytuację i nie wyklucza powrotu do działań osłonowych, jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie całkowicie wymknie się spod kontroli.
Jednak na ten moment rząd nie chce sztucznie mrozić cen na kolejne miesiące. Minister dał jednak jasno do zrozumienia, że państwo ma inne asy w rękawie. Wspomniał o "pozostałych narzędziach", jakimi dysponuje Orlen jako absolutny lider i kreator polskiego rynku paliw.
Czy to zapowiedź tego, że rząd spróbuje wymusić na narodowym koncernie obniżenie marż, by ulżyć wściekłym kierowcom? Zobaczymy. Na razie jedno jest pewne, że każda wizyta na stacji benzynowej po 15 lipca będzie nas słono kosztować.
