
Rafał Trzaskowski ma kolejne powody do zmartwień. Dziennikarze "Uwagi!" TVN wzięli pod lupę wstrząsający wypadek autobusu linii nr 186 w Warszawie, odsłaniając nowe fakty na temat tamtego kursu. Dlaczego kierowca MZA zachował się tak nielogicznie?
Prezydent Warszawy musi gasić nowy pożar wizerunkowy po aferze wokół zarządzania Szpitalem Południowym. Rafał Trzaskowski w placówce zrobił czystki z rozmachem, a niedługo potem w Szpitalu Południowym i UM Warszawy pojawiło się CBA.
Bezpośredni nadzór nad funkcjonowaniem miejskiego transportu też leży w gestii ratusza. Miejskie Zakłady Autobusowe to spółka podlegająca władzom stolicy. Każdy poważny błąd przewoźnika uderza jednocześnie w zaufanie do urzędników.
Szaleńczy rajd autobusu 186 ulicami Warszawy. Co ustalono po wypadku?
Początek lipca przyniósł wręcz nieprawdopodobne wydarzenie na warszawskiej Ochocie. Prowadzony przez 58-letniego kierowcę autobus linii nr 186 nagle zamienił się w taran niszczący wszystko na swojej drodze. Pojazd uszkodził tramwaj, wjechał w 14 samochodów i ostatecznie wbił się w dach przejścia podziemnego.
W naTemat relacjonowaliśmy zaraz po zdarzeniu, że rannych zostało sześcioro pasażerów. Funkcjonariusze policji przebadali kierowcę. Mężczyzna był trzeźwy, a testy toksykologiczne wykluczyły obecność jakichkolwiek narkotyków we krwi.
Wstępne zeznania pracownika komunikacji miejskiej sugerowały, że główną przyczyną mogła być nagła awaria układu hamulcowego, przez co nie zdołał powstrzymać pędzącej maszyny przed katastrofą.
Zobacz także
"Jechaliśmy po śmierć". Pasażerowie ujawniają prawdę o podróży grozy
Materiał przygotowany przez stację TVN mrozi krew w żyłach. Pasażerowie przez cztery minuty byli uwięzieni w rozpędzonym wozie i nic nie mogli zrobić. Pojazd miał rzucać się po jezdni, a po uderzeniu w latarnię stracił prawe lusterko.
Zamiast natychmiast wezwać pomoc, kierowca zatrzymał się na przystanku Banacha, zignorował błagania ludzi, zamknął drzwi i ruszył w dalszą trasę. "Zaczęłam krzyczeć, kopać w drzwi, on wykonał bardzo gwałtowny manewr skrętu w prawo" – relacjonowała pani Monika w programie "Uwaga!".
Uczestnicy zdarzenia wspominali, że czuli się zamknięci w pędzącej puszce, która pokonuje kolejne ruchliwe skrzyżowania, ignorując czerwone światła. Ludzie na własną rękę wybijali szyby, by ratować życie i uciec ze środka. Poszkodowani określili ten kurs przerażającymi słowami: "jechaliśmy po śmierć". Na szczęście nikt nie zginął.
Nielogiczne decyzje kierowcy. Eksperci wytykają błędy MZA
Zawinił człowiek czy maszyna? To dopiero ustalą śledczy. Jednak już teraz eksperci mówią, że mężczyzna złamał procedury. Po pierwszej kolizji i utracie lusterka powinien bezwzględnie zgasić silnik oraz wezwać nadzór ruchu. Kontynuowanie szaleńczej jazdy przez ponad półtora kilometra uznano za co najmniej nielogiczne.
"Jak na chłodno analizuje się całą sytuację, to tam są same paradoksy" – stwierdził dr Wojciech Korchut w rozmowie z reporterami. Psycholog transportu dodał, że kompletne ignorowanie krzyków pasażerów może świadczyć o całkowitej utracie zimnej krwi i panicznym lęku, "co też jest zjawiskiem powszechnym w takich sytuacjach".
Prezes MZA Jan Kuźmiński zaznaczył, że nawet w przypadku awarii układu hamulcowego pracownik ma inne metody na bezpieczne wytracenie prędkości, a nie jej zwiększanie. Odcina się od teorii o usterce potencjometru przyspieszenia, zostawiając ostateczną ocenę biegłym prokuratury.






