Fot. naTemat.pl

Konfederacja w sondażach bije rekordy popularności, a jej lider Sławomir Mentzen coraz śmielej mówi o przyszłych rządach. Pęcznieje też poparcie dla drugich konfederatów – tych spod skrzydeł Grzegorza Brauna. Czy to wszystko realnie rysujący się obraz zmian u władzy? W cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" dr hab. Marek Migalski, prof. Uniwersytetu Śląskiego odpowiada bez czarowania żadnej ze stron politycznej barykady.

REKLAMA

Jeszcze kilka lat temu Konfederacja była dla wielu tylko ciekawostką przyrodniczą – ugrupowaniem, które może i zbiera głosy młodych, zbuntowanych wyborców, ale nigdy nie wejdzie do poważnej gry o władzę. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W sondażach formacja Sławomira Mentzena już na stałe melduje się na trzecim miejscu.

A tuż za "prawdziwą" Konfederacją (tą z "Wolność i Niepodległość" w pełnej nazwie) plasuje się jej jeszcze bardziej radykalna wersja, czyli Konfederacja Korony Polskiej na czele z Grzegorzem Braunem. W niedawnym sondażu IBRiS zsumowany wynik obu konfederackich obozów był wyraźnie lepszy od Prawa i Sprawiedliwości.

Polska scena polityczna od lat była podzielona na dwa główne obozy, ale przewaga KO i PiS nad resztą sceny politycznej powoli robi się coraz mniej oczywista. Jeśli mniejsi koalicjanci obecnego rządu Donalda Tuska nie poradzą sobie w kolejnych wyborach, może się okazać, że to właśnie któraś Konfederacja stanie się języczkiem u wagi. Bez niej nie da się złożyć większości rządzącej. A skoro tak, to pytanie nie brzmi już "czy", tylko "z kim" i "na jakich warunkach".

O tym, jak bardzo realny jest scenariusz choćby po części konfederackich rządów, kto mógłby zostać sojusznikiem Mentzena (i/lub Brauna), oraz dlaczego coraz więcej mówi się o "oswajaniu" Konfederacji przez resztę sceny politycznej, rozmawiamy z profesorem Markiem Migalskim – politologiem, byłym europosłem i jednym z najbardziej wnikliwych obserwatorów polskiej polityki.

Czy Konfederacja będzie rządzić Polską?

Szanse są pół na pół. Odpowiedź nie jest jeszcze oczywista. Dzisiaj nikt poważny nie jest w stanie powiedzieć, jakie będą wyniki wyborów w 2027 roku, a zwłaszcza tych w 2031.  Na pewno takie prawdopodobieństwo jednak istnieje. Jeśli wziąć pod uwagę pewne problemy nie tyle samej Koalicji Obywatelskiej, co jej potencjalnych sojuszników, wygląda na to, że koalicja PiS i Konfederacji ma szansę uzyskać większość w parlamencie już po przyszłych wyborach, a być może właśnie po wyborach 2031 roku.

prof. Marek Migalski

politolog, były europoseł

Jakub Noch: Skoro dziś trudno przewidzieć, może rację mają więc ci, którzy ostrzegają Mentzena, że minie się z "momentum"? Dziś rośnie w sondażach, ale przy urnach może wypaść słabiej…

Marek Migalski: Tak, zwłaszcza że wybory z 2023 roku pokazały, iż taki proces może być realny. Przypomnę, że dosłownie na dwa–trzy tygodnie przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi Konfederacja miała 15–16 proc. w sondażach, a skończyło się na 7,16 proc. Są więc procesy, które uruchamia kampania wyborcza i które mogą poszczególne partie zarówno wzmacniać, zwiększać ich potencjał czy liczbę szabel w przyszłym parlamencie, jak i osłabiać. Coś się wtedy zadziało, że Konfederacja dostała o połowę mniej głosów, niż wskazywały sondaże. Niewykluczone, że podobnie może być w wyborach, które mamy już za półtora roku.

W tym znaczeniu rzeczywiście wszystko jest możliwe. Zarówno wzrost Konfederacji, gdyby nastąpiły jakieś ruchy tektoniczne w PiS (mam na myśli odejście albo wyrzucenie Morawieckiego), jak i na przykład spadek Brauna.

No właśnie, mówiąc o konfederatach, ma pan na myśli przede wszystkim ludzi Mentzena, czy realny jest scenariusz z wicepremierem Braunem?

Wykluczam taką możliwość, z dwóch powodów. Pierwszy to moje pełne przekonanie, że jego urobek w realnych wyborach będzie mniejszy niż wynikałoby z obecnych sondaży. Na razie nie uwzględniamy w dyskusjach faktu, iż partie wystawiają w wyborach ponad 900 kandydatów, czyli podwójną liczbę miejsc, które mogą zapełnić. W czasie kampanii cała ta masa "wariatunciów", którzy znajdą się na listach Konfederacji Korony Polskiej i mają jeszcze bardziej chore poglądy niż sam Braun, dostanie mikrofon. Ich poglądy zaczną docierać do opinii publicznej i po prostu ośmieszać całą formację.

Przewiduję więc, że w czasie kampanii Konfederacja braunowska będzie tracić, a nie zyskiwać. Jeśli dodamy do tego brak finansowania z budżetu – w przeciwieństwie do wszystkich konkurentów – to uzasadnia tezę, że Konfederacja Korony Polskiej dostanie w realnych wyborach niższe poparcie, niż uzyskuje dziś w sondażach.

Drugi powód, dla którego uważam, że Grzegorz Braun nie zostanie członkiem rządu, to – mówiąc wprost – opory Amerykanów. Zadeklarowali już oni, ustami ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, że nie wyobrażają sobie rządu, w którym zasiadałaby osoba głosząca takie poglądy jak Braun. A to dla Jarosława Kaczyńskiego, przy formowaniu ewentualnego przyszłego rządu, będzie istotne.

Polityka PiS jest bowiem absolutnie proamerykańska i antyunijna, więc Kaczyński nie może sobie zrazić swojego największego potencjalnego sojusznika za granicą. I dlatego – chcąc nie chcąc, bo sam Kaczyński, moim zdaniem, nie miałby żadnych oporów moralnych, żeby taką koalicję z Braunem zawrzeć, a później braunistów wykańczać, tak jak stało się z Samoobroną czy LPR-em w pierwszych rządach PiS-u w latach 2005–2007 – niechęć do wpuszczenia braunowców do rządu będzie wymuszana przez czynnik zewnętrzny, któremu na imię USA.

W Niemczech wobec AfD budowany jest "Brandmauer", czyli zapora ogniowa. Czy taka metoda wobec radykalnej prawicy miałaby sens w Polsce?

Nie sądzę. Wykazałem już przed chwilą cynizm Kaczyńskiego, który jest w stanie przekroczyć wszelkie granice, by utrzymać się u władzy. Podobny “pragmatyzm” – tak to ujmę – cechuje Donalda Tuska. Jeśli więc Tuskowi do utrzymania władzy, a konkretnie do niedopuszczenia do niej PiS, opłaci się koalicja z Konfederacją (mówię tu o tej od Mentzena), to nie zawaha się tego zrobić. Jest bowiem prawdopodobne, o czym wspominałem, że obecni koalicjanci KO nie wejdą do Sejmu, a wówczas rysuje się możliwość stworzenia koalicji zarówno Konfederacji z PiS, jak i Konfederacji z Koalicją Obywatelską.

Wydaje mi się, że ze strony liderów Koalicji Obywatelskiej – i w jakimś sensie także wyborców – nie byłoby oporów przed takim sojuszem i nie postawiono by kordonu sanitarnego. Konfederacja w ostatnich latach trochę się mainstreamuje. Na tle Brauna wygląda na partię właściwie rozsądną. Nie chcę powiedzieć, że „centrową”, bo to byłoby całkowite zafałszowanie rzeczywistości, ale na pewno mieszczącą się w pewnym szerokim spektrum akceptowanych poglądów i postaw.

Nie sądzę więc, żeby powstał wobec niej jakiś kordon sanitarny – po prostu w jakimś sensie się zmainstreamowała i coraz więcej ludzi dopuszcza możliwość, że aby nie dopuścić PiS do władzy, możliwa jest koalicja KO z Konfederacją.

Bo lepiej dać konfederatom wreszcie trochę władzy, żeby stracili urok “tych, którzy nigdy nie rządzili”?

To byłby dla nich efekt uboczny. Efektem oczekiwanym i głównym jest to, żeby – w przypadku liderów Koalicji Obywatelskiej – nie stracić władzy i nie dopuścić do niej PiS. Efekt, o którym pan wspomina, byłby dodatkowy. Rzeczywiście bardzo łatwo jest krytykować rządzących z pozycji opozycji, zwłaszcza jeśli nigdy się nie rządziło, ale trudniej realizować własne postulaty w rzeczywistości.

Ten efekt mógłby więc być dodatkowym bonusem dla Koalicji Obywatelskiej. Pokazałby, że wszystkie proste recepty, które Mentzen ma na każdy problem, są czystym populizmem i że w realnej polityce nic nie jest tak proste, jak brzmi na wiecach liderów Konfederacji.

Dlaczego w Polakach w ogóle narasta ta fascynacja "chłopskim rozumem" i prostymi receptami?

Otóż większość z nas, wyborców, to ludzie prości. Prawo wyborcze obejmuje wszystkich dorosłych Polaków i Polki powyżej 18. roku życia, a – powiedzmy sobie szczerze – duża część z nas ma uproszczony ogląd świata. Myśli w kategoriach zero-jedynkowych, oczekuje prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania i jest pozytywnie nastawiona do tych, którzy mówią zrozumiałym dla niej językiem, a przy tym rozumieją jej emocje. Co więcej, publicznie wyrażają te skrywane emocje.

Zawsze jest tak, że klasa polityczna jest odbiciem społeczeństwa. Nie zawsze jeden do jednego, bo czasem bywa bardziej liberalna niż większość społeczeństwa, a czasem bardziej konserwatywna. U nas mamy raczej do czynienia z tym drugim – nasza klasa polityczna jest w sprawach obyczajowych trochę bardziej konserwatywna, niż wskazywałyby badania opinii publicznej.

A skąd wzięła się akurat Konfederacja? Spuentuję to tak: demokracja broni się wtedy, kiedy aktywni są demokraci, a populizm jest popularny wtedy, kiedy poglądy populistyczne podziela duża część społeczeństwa. W tym znaczeniu istnienie i dość silna – już trwale powyżej 10 proc. – pozycja Konfederacji. Po prostu jest na nią zapotrzebowanie społeczne. Pewna część ludzi uważa, że populizm, który w dużej mierze reprezentuje Konfederacja, jest właściwą odpowiedzią na problemy Polski, a także na ich problemy osobiste. Tyle.

"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy

Rozmowa z profesorem Markiem Migalskim to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle.

Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat. Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.