Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i Maciej Bąk
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest ciągle atakowana przez polityków rządowych Fot. naTemat.pl / screen za YT TVP Info

Tak, często nie panuje nad emocjami, lubi wychodzić przed szereg i rozpada się jej w rękach własne środowisko polityczne. Ale nie można jej odmówić świeżych pomysłów, zaangażowania w ich przepychanie i chęci przeprowadzenia reform będących faktycznymi zmianami na lepsze dla zwykłych ludzi. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz to regularny chłopiec do bicia w ministerialnej ekipie Donalda Tuska. Głównie dlatego, że jej koledzy z rządowej ławki mogą dzięki temu przykryć swoje lenistwo, niekompetencję i brak charakteru.

REKLAMA

Słaba polityczka, dobra urzędniczka?

Od razu uprzedzam: to nie będzie tekst pochwalny pod adresem liderki Polski 2050. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie jest dobrą polityczką, zwłaszcza w rozumieniu działalności partyjnej. Władzę w swoim ugrupowaniu przejęła w atmosferze dalekiej od dobrej, szybko spod jej skrzydeł uciekła znaczna część posłów, w coraz głębszą emigrację wewnętrzną ucieka wciąż kluczowa postać tego ruchu, czyli Szymon Hołownia, a PL2050 to marka, którą ludzie identyfikują głównie z niedojrzałością i awanturnictwem.

Ale zarazem – być może również z powodu trudnej sytuacji w swojej partii – Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest bardzo dobrą, a przede wszystkim bardzo pracowitą i aktywną ministrą funduszy i polityki regionalnej. Wiedząc, że to właściwie jedyny polityczny aktyw, jaki jej się ostał (nad resortem kultury i minister Cienkowską spuśćmy w tym tekście zasłonę milczenia), dwoi się i troi, żeby pokazać, jak wiele można za sprawą kierowania tym właśnie ministerstwem zdziałać.

I nie jest do końca winą Pełczyńskiej-Nałęcz, że bardzo często kończy się na gadaniu, a nie – nomen-omen – robieniu.

Szorstka przyjaźń z premierem

Premier liderki Polski 2050 ewidentnie nie cierpi. Kiedy tylko pojawia się okazja, Tusk beszta ją na posiedzeniach rządu, o czym błyskawicznie inni ministrowie donoszą dziennikarzom, mając ten komfort, że mogą tę historię opowiedzieć ze swojej wyłącznej perspektywy uczestnika tajnego posiedzenia.

Tusk wodził za nos Pełczyńską-Nałęcz w temacie teki wicepremierki, której przekazanie nie powinno stanowić większego technicznego problemu, ale premier uznał, że po co to robić, skoro akurat w tym samym czasie PL2050 się rozpadała, a jej liderce wypadały z ręki ostatnie argumenty. Wreszcie szef rządu ostentacyjnie wręcz ignoruje najgłośniejsze pomysły ministry funduszy i polityki regionalnej, stawiając na często gorsze pomysły innych, mniej krnąbrnych koalicjantów.

Idealnym przykładem ilustrującym takie, a nie inne podejście premiera Tuska do Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz są ostatnio uchwalone przez rząd przepisy regulujące najem krótkoterminowy.

To liderka Polski2050 przez ostatnie miesiące regularnie pokazywała, jak potrzebne są w tej dziedzinie odważne regulacje, między innymi takie dające wspólnotom prawo do udzielenia zgody na użycie danego mieszkania do wynajmu na doby. Ostatecznie wykonujący posłusznie polecenia swojego szefa minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki wyrzucił z ustawy wszystkie pomysły Pełczyńskiej-Nałęcz. Zostawił ustawę ogołoconą niemal ze wszystkiego, ku uciesze polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego i lobbystów.

Chcecie więcej przykładów tego, jak traktowana jest ministra? Proszę bardzo. Ochrona zdrowia. Jakże pilny do załatwienia temat, prawda? To Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz pracuje w swoim resorcie nad funduszem, który mógłby za dwa lata wesprzeć finansowo system opieki medycznej na kwotę 20 miliardów złotych. I jej ugrupowanie w ostatnim tygodniu zorganizowało okrągły stół w sprawie naprawy sytuacji. Na spotkanie... nie przyszli koalicjanci Polski 2050. Żeby broń Boże nie pokazać premierowi, że koleżankę z rządu traktują po partnersku.

Podobnie jest z kwestią podniesienia progu podatkowego. Koalicjantów irytowało to, że Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wprost mówiła o tym, że trzeba go podnieść, chociaż o 20 tysięcy złotych. Ciągle mówiono, że powinien być to pomysł całego rządu, problem w tym, że zwlekano z tym tak długo, że podchwycił to Przemysław Czarnek, podbijając stawkę aż do kosmicznej dla budżetu państwa sumy 180 tysięcy złotych.

Ostatecznie minister finansów Andrzej Domański spotkał się z Pełczyńską-Nałęcz i jej pomysł będzie zapewne wkrótce procedowany. Po co zatem było tak długie wypieranie się tej idei tylko dlatego, że mogła być kojarzona z liderką Polski 2050?

KPO, lans i wiatraki

Pełczyńska-Nałęcz próbując przepychać się ze swoimi pomysłami, robi też czasem rzeczy kuriozalne. Wiedząc, że następnego dnia Donald Tusk będzie w miejscu puszczenia pierwszego prądu z morskich elektrowni wiatrowych, poprosiła szefa Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa o podwózkę jedną z łodzi ratowniczych na tę farmę. Wszystko po to, by pokazać w mediach społecznościowych, że to dzięki środkom z KPO (które podlegają jej resortowi) robimy kolejny krok w stronę budowania naszej niezależności energetycznej.

Szybko rzucili się na nią za to zwolennicy Koalicji Obywatelskiej. Nie dostrzegli oczywiście, że bardzo podobny ruch zrobił kilka miesięcy wcześniej Donald Tusk – pewnie pamiętacie tę dość absurdalną rolkę, na której premier stoi na statku filmowany z drona, z wulgarną piosenką hip-hopową w tle, obierając "kierunek na rozwój Polski".

Liderka Polski 2050 robi dziś w rządzie Donalda Tuska to, czego bał się podjąć Adrian Zandberg. Czyli forsuje w zdominowanym przez liberałów rządzie prospołeczne rozwiązania, często wymagające postawienia się wielkiemu biznesowi i różnym grupom interesów.

Czy odbija się od ściany? Tak. Czy za jej sprawą dany problem jest bardziej nagłośniony niż wtedy, gdy opowiada się o nim z ław opozycyjnych? Tak! Dodajmy też, że nie wszystkie pomysły Pełczyńskiej-Nałęcz przepadają. Chociażby ustawa o jawności cen mieszkań weszła do polskiego systemu, utrudniając życie nieuczciwym deweloperom czy flipperom. Partia Razem mogłaby na swoim koncie też mieć takie – może i niewielkie, ale jednak – sukcesy, gdyby zdecydowała się wziąć na siebie odpowiedzialność.

Pełczyńska-Nałęcz rządową "razemką"

A skoro już przy Razem jesteśmy, to właśnie ugrupowanie Adriana Zandberga jest używane w ostatnich dniach przez koalicjantów jako amunicja do okładania Pełczyńskiej-Nałęcz. Coraz częściej słychać sugestie, że Polska 2050 zbliża się do lewicowej opozycji, a być może w 2027 roku utworzą nawet razem wspólne listy.

Z całą pewnością jest za wcześnie, by rozpatrywać to na poważnie, zwłaszcza że 1-2- procentowe poparcie tego ugrupowania niespecjalnie może być traktowane przez kogokolwiek jako łakomy kąsek. Nie zmienia to faktu, że zwłaszcza ostatnia awantura wokół regulacji najmu krótkoterminowego może u wyborców zostawić wrażenie, że jednak był w rządzie ktoś, kto walczył o interesy zwykłych ludzi. Ostatecznie przecież do tego – przynajmniej w idealistycznym założeniu – wyborcy zatrudniają polityków.

I choć dziś koalicyjnie grzeczna i niewychylającą się Nowa Lewica Czarzastego czuje się względnie spokojna, widząc dla siebie poparcie w okolicach progu wyborczego, a PSL liczy, że wszechobecność Kosiniaka-Kamysza w tematach obronnych zaprocentuje w okresie przedwyborczym, to niewykluczone, że to właśnie niezałatwione – a obiecane – sprawy zostaną w głowach wyborców silniej, niż się niektórzy spodziewają. Jedno jest pewne: jeśli to będzie gwóźdź do trumny tej koalicji, to na pewno znajdzie się wielu takich, którzy zamiast w sobie winę będą jak zwykle widzieć w Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz.