Donald Tusk i Maciej Bąk
Tusk liczy, że uda mu się odwrócić uwagę opinii publicznej od polityków KO Fot. Shutterstock / canva

Rząd Donalda Tuska zaproponował w systemie ochrony zdrowia kilka plastrów do położenia na otwartą ranę. Zapowiedzi minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy są głównie reakcją na kolejne skandale wybuchające wokół szpitali, lekarzy i uprzywilejowanych polityków. Tymczasem czas gaszenia politycznego kryzysu jest czasem najgorszym na przeprowadzenie poważnej reformy. Ale nie taki jest cel premiera.

REKLAMA

Nowe propozycje to stare propozycje

Minister zdrowia uciekła przed dymisją, choć nic nie wskazuje na to, by powodem tego były genialne i rewolucyjne pomysły, jakie udało jej się wypracować przez weekend. Jolanta Sobierańska-Grenda zostaje, bo Donald Tusk usilnie próbuje pokazać, że w aferze szpitalnej winne są lokalne układziki, a nie polityka władz centralnych.

Przedstawione na środowej konferencji pomysły nie są zresztą nowe. Były one bowiem dyskutowane już w 2025 roku, ale wtedy zostały zarzucone po tym, jak zastrzeżenia do nich zgłosiły władze powiatów, dyrektorzy szpitali czy związkowcy – o czym pisał rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski.

Sam zestaw propozycji Sobierańskiej-Grendy ogranicza się do próby rozwiązania problemów, jakie wyszły na światło dzienne głównie dzięki wytężonej pracy dziennikarzy w ostatnich tygodniach.

Na sprawę Dawida Kacprzyka znalazł się pomysł w postaci rozprawienia się z kominami płacowymi. Na gigantyczne zarobki personelu – ograniczenie stawki godzinowej to 240 złotych brutto. Na problem spółek takich jak Spine, dojących szpitale powiatowe – zakaz działalności takich podmiotów w publicznej ochronie zdrowia. A na saloniki VIP, zeszyty i wchodzenie bez kolejki – zapowiedź przyspieszenia centralnej e-rejestracji.

Małe reformy zamiast dużej reformy

Dla wyborcy szukającego szybkiej recepty na załatwienie problemów te zapowiedzi brzmią sensownie. Gorzej z tymi, którzy znają służbę zdrowia od podszewki i wiedzą, że załatanie kilku dziur w wiekowej tamie nie sprawi, że ona nie pęknie. Zwłaszcza jeśli napierają na nią pokłady spiętrzającej się wody w postaci ciągłego niedofinansowania polskiej służby zdrowia.

Maksymalna stawka godzinowa może i doraźnie załatwi problem gigantycznych zarobków niektórych lekarzy, ale może wygenerować problemy w obsadzie wielu oddziałów, zwłaszcza w Polsce powiatowej, gdzie już dziś placówki zabijają się o specjalistów.

Rząd chce zatem zrobić mini-reformę w wymagającym mega-reformy systemie ochrony zdrowia, wyciągając kilka klocków z tej medycznej jengi i zapominając, że na jej samym dole zostało już tylko kilka kruchych filarów. Nigdy żadna duża zmiana systemowa nie odbyła się w Polsce dobrze przy trwającej gorączce politycznej. Skąd mamy więc gwarancję, że akurat teraz się uda? Otóż jej nie mamy i nie o to Donaldowi Tuskowi w tym wszystkim chodzi.

O co chodzi Tuskowi?

A o co chodzi? W największym skrócie: o to, żeby w dyskusji o ochronie zdrowia przesunąć środek ciężkości z oburzenia zachowaniem polityków Koalicji Obywatelskiej na dziedziny bardziej rozmydlone.

Na lekarzy, którzy będą protestować przeciw tym przepisom, co skłoni ekipę rządzącą do pokazywania: zobaczcie, my coś chcemy zrobić, a oni znów stoją w obronie swoich majątków. Na opozycję, bo opisywane w ostatnim tygodniu sprawy wspomnianej spółki Spine czy radnego z Lubartowa obsługiwanego poza kolejką pokazują, że wykorzystywanie publicznej służby zdrowia to również domena ludzi PiSu. Czy generalnie na system, który broni się przed jakimikolwiek zmianami mogącymi naruszyć wieloletni, korzystny dla wąskiej grupy układ.

Tuskowi sprzyja to, że nadal nie znamy nazwisk polityków KO, którzy – według Portalu Zero – mieli być beneficjentami vipowskiego saloniku u Dawida Kasprzyka. Bez konkretnych twarzy każda historia może się rozmydlić, co już podkręcają osoby takie jak Bartosz Arłukowicz, domagające się pełnej informacji w tej sprawie. Do tego dochodzą mnożące się niejasności wokół nagłaśniającego aferę wokół Szpitala Południowego Emila Jędrzejewskiego.

Taktyka premiera jest więc jasna, ale też bardzo cyniczna. I ryzykowna, bo Donald Tusk nie wie przecież, czy w najbliższych tygodniach nie wyjdą na światło dzienne kolejne niewygodne dla koalicji fakty. Ewidentnie otworzyła się puszka Pandory i skonfliktowani ze sobą lekarze, politycy czy dyrektorzy szpitali coraz częściej zgłaszają dziennikarzom kłopotliwe raz to dla jednej, raz drugiej strony historie.

Bez pieniędzy niewiele da się zrobić

Jeśli rząd poważnie myśli o zachowaniu władzy – a dziś kluczowym elementem jest pokazanie, że chociaż trochę polepszyła się sytuacja w ochronie zdrowia – będzie musiał podjąć odważne kroki finansowe, planując budżet na 2027 rok. Co będzie problematyczne, patrząc na to, jak gigantyczne pieniądze wydaje na zbrojenia.

Ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zapowiedziała co prawda utworzenie specjalnego funduszu dofinansowanego z UE, który mógłby wesprzeć te wysiłki. Ma on wynieść 20 miliardów złotych i ruszyć w 2028 roku. Ale, co za tym idzie, efekty tego finansowego zastrzyku nie będą widoczne w kluczowym roku wyborczym. A do tego czasu problemy mogą tylko się pogłębiać.

Być może próby narracyjnego zwrotu w aferze szpitalnej dadzą Donaldowi Tuskowi chwilę oddechu w wakacje. Ale jeśli problem wróci ze zdwojoną siłą, to o utrzymaniu się przy władzy będzie mógł powoli zapominać.

Dla Polaków mam smutną wiadomość: alternatywa wcale nie jest lepsza i ewentualny przyszły koalicyjny rząd prawicowych partii może tak samo nie mieć chęci, odwagi i pomysłu na to, żeby tak przebudować system, abyśmy wreszcie poczuli, że w kwestii ochrony zdrowia państwo się nami opiekuje.