Łukasz Litewka
Sprawca wypadku, w którym zginął Łukasz Litewka, udzielił wywiadu. Fot. Facebook.com / llitewka

Głos zabrał Sławomir K., 57-letni kierowca Mitsubishi, który 23 kwietnia w Dąbrowie Górniczej potrącił posła Lewicy Łukasza Litewkę. Teraz przyznał się do winy i opowiada, jak żyje z tym, że doprowadził do śmierci jednego z najpopularniejszych polskich polityków.

REKLAMA

Tą tragedią żyła cała Polska: Łukasz Litewka został potrącony przez samochód, gdy jechał rowerem. W efekcie zmarł. Teraz swoją wersję wydarzeń opowiedział "Faktowi" sprawca.

Łukasz Litewka nie żyje, sprawca jest na wolności

Wiadomo, że kierowca, Sławomir K., trafił najpierw do aresztu, ale już 28 kwietnia wyszedł na wolność. Wystarczyło poręczenie majątkowe w wysokości 40 tys. zł.

Prokuratura starając się zrekonstruować to, co dokładnie się stało, przekazała, że K. z niewyjaśnionych powodów zjechał kierowanym przez siebie Mitsubishi na przeciwległy pas ruchu i wtedy uderzył w jadącego na rowerze Litewkę. Przyznał się też do spowodowania wypadku, ale nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego zachował się w taki sposób. Za to, co zrobił, grozi mu kara do ośmiu lat więzienia.

W rozmowie z "Faktem" przyznał, że "sytuacja [jest] w zawieszeniu". Sam czeka na wyrok i odpowiedź na pytanie, czy trafi do zakładu karnego. – Od początku przyznałem się, odpowiadałem na pytania prokuratora. Nie mataczę, nie było żadnego innego samochodu, tylko mój. Jak to było, sam nie wiem – odpowiedział dziennikarzom.

"Chyba stuknąłem faceta"

Jak wynika z relacji jego żony, która także rozmawiała z "Faktem", tamtego dnia nic nie zapowiadało tragedii: jej mąż wstał około czwartej rano i pojechał do pracy. Nagle zadzwonił jednak do niej, przekazując okropną informację. Miał powiedzieć: "Chyba stuknąłem faceta".

K. twierdzi, że pełną świadomość odzyskał, gdy samochód był w rowie. Czy więc stracił przytomność? Sam wspomina, że był w tak dużym stresie, że nie był nawet w stanie samodzielnie zadzwonić po pomoc. Pomogły osoby, które znalazły się na miejscu wypadku.

O tym, że uderzył w posła Litewkę dowiedział się w czasie przesłuchania.

Życie po tragedii

Sam K. nie ma lekkiego życia. Z wykształcenia jest ekonomistą, ale ostatnio pracował przy sprzątaniu ulic, wcześniej w Poczcie Polskiej.

Teraz ponownie jest bezrobotny. Pracę stracił po wypadku (wcześniej już obawiał się o przedłużenie umowy). Sam przyznaje, że "szanował Łukasza Litewkę". – Znałem go, bo kto go nie znał. Moja rodzina na niego głosowała. Dobry człowiek – dodał.

Przyznaje też, że część znajomych się od niego odsunęła, a on sam "żyje z piętnem zabójcy". – Tak już zostanie, bardzo tego żałuję, co się stało – podsumował.

– Skażą go choćby na rok, a mąż nie zabiłby muchy. Społeczeństwo będzie domagało się surowego wyroku, mąż na pewno pójdzie do więzienia. Boję się o niego, nawet rok z bandytami, kryminalistami, mąż tego nie przeżyje, będzie nagonka – obawia się jego żona.

Łukasz Litewka był posłem Lewicy na Sejm X kadencji. Cieszył się ogromną popularnością, znany był m.in. z tego, że inicjował akcje społeczne, w szczególności mające pomóc dzieciom z niepełnosprawnościami oraz porzuconym zwierzętom.