
Oksanę po wybuchu wojny Polacy przyjęli ciepło. Ale w ostatnich tygodniach słyszała: "Spier****j do siebie, ku*** banderowska". Do Zaporoża nie ma jak wrócić, więc zamieszkała we Lwowie.
Kiedy Tetiana Bakocka idzie do sklepu ze starszym synem, wybiera kasę samoobsługową. W aptece listę leków podsuwa farmaceutce, zamiast ją odczytywać. Synowi mówi wprost: jeśli jedziesz autobusem, lepiej nie rozmawiaj po ukraińsku. Ludzie mogą zareagować różnie.
To przypomina jej doświadczenia sprzed lat, jeszcze z Mikołajowa. Kiedy przyjechała tam na studia, ze zdumieniem odkryła, że miasto jest całkowicie zdominowane przez język rosyjski. Największy szok przeżyła w szpitalu. Gdy w gabinecie odezwała się po ukraińsku, lekarz oświadczył, że nie chce słyszeć tego języka, nazwał go językiem "bydła" i wyrzucił ją za drzwi.
– To było dla mnie niewyobrażalne. Pomyślałam: jak to możliwe, że w państwowej instytucji, w moim własnym kraju, lekarz wyrzuca mnie za to, że mówię w języku państwowym? Ale myślę, że przez takie doświadczenia wykształciłam w sobie odporność. Dziś nie chcę prowokować ludzi. Jestem osobą bezkonfliktową. Najważniejsze jest dla mnie bezpieczeństwo moich dzieci – podkreśla.
Ludzie mówią jej: jesteś wdową, samotną matką, to jedź na Zachód. Tam będzie ci lepiej.
Ale Tetiana nie chce wyjeżdżać.
Usłyszały: "Ale przecież macie to za darmo"
Jest dziennikarką, pracuje też jako asystentka międzykulturowa w olsztyńskiej szkole i angażuje się w projekty. Jej 15-letni syn trenuje taekwondo, a pięcioletnia córka dobrze radzi sobie w przedszkolu. Mają tu nauczycieli, trenerów i ludzi, którzy ich wspierają.
– Nigdy nie odczuwaliśmy tutaj dyskryminacji ze względu na narodowość. Ale lepiej być ostrożną – przekonuje.
Pierwszy moment, kiedy naprawdę poczuła, że ktoś może być wobec niej wrogo nastawiony, był 24 lutego 2023 roku, w rocznicę wybuchu wojny. Pracowała wtedy w organizacji pozarządowej. Pomagała uchodźcom. Jedna z kobiet zapytała ją: "A kiedy pani planuje wracać do domu? Musicie przecież odbudowywać Ukrainę".
– W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałam, że w tym pytaniu jest coś nie w porządku. Zaczęłam tłumaczyć, że w Ukrainie jest niebezpiecznie, że mam dzieci i nie mogę wrócić. Dopiero później dotarło do mnie, że to był przytyk do tego, że my tu jesteśmy.
I dalej opowiada:
– Nasz dom jest 5 km od Mikołajowa. Znad Morza Czarnego rakieta leci do nas mniej niż dwie minuty. Mamy dużą piwnicę, ale nawet nie byłoby czasu, żeby się w niej schować. Nawet gdybym chciała wracać, to nie mam do czego. Szkoła zrujnowana, przedszkole zrujnowane, zniszczona stacja uzdatniania wody. Tam nie ma dzisiaj żadnych warunków do życia.
Tetiana nie chce jednak sprowadzać swoich doświadczeń tylko do przypadków niechęci czy dyskryminacji. Jej zdaniem znacznie mniej mówi się o innym problemie: pomocy, która formalnie istnieje, ale nie zawsze odpowiada na rzeczywiste potrzeby uchodźców. Pieniądze na wsparcie są, organizacje realizują kolejne projekty, a mimo to w najtrudniejszych sytuacjach ludzie często nie wiedzą, do kogo się zwrócić.
Opowiada o rodzinie, której dziecko zachorowało na nowotwór. Ojciec nie wytrzymał psychicznie i popełnił samo**jstwo. Matka została sama – z ciężko chorym dzieckiem w szpitalu i ciałem męża w kostnicy. Nie wiedziała, jak zorganizować pogrzeb, jak przewieźć ciało na Ukrainę ani do kogo się zwrócić.
Jednym z największych problemów jest zdrowie psychiczne. Tetiana jako dziennikarka przeprowadziła ponad tysiąc rozmów z uchodźcami. Wie, że w części przypadków sama rozmowa z psychologiem już nie wystarcza. Ludzie mają myśli samo**jcze, załamują się, przestają normalnie funkcjonować. Ich stan odbija się także na dzieciach i zdrowiu fizycznym.
– W projektach oferuje się darmowego psychologa, podczas gdy ludzie potrzebują czasem dobrego psychiatry, rzetelnej diagnozy i leczenia, żeby w ogóle móc wstać z łóżka i iść do pracy. Projekt płaci 200–250 zł za godzinę psychologowi. Dlaczego za te same pieniądze nie umożliwić uchodźcom wizyty u psychiatry?
Sama poszła kiedyś na bezpłatną konsultację w ramach jednego z projektów. Okazało się, że konsultant to osoba bez doświadczenia terapeutycznego, sprowadzona z innego miasta, mimo że w Olsztynie są świetni specjaliści.
Tetiana Bakocka
dziennikarka, uchodźczyni wojenna, wdowa
Tetiana opowiada też o grupie dziewczyn, które zapisały się na oferowany w ramach pomocy kurs stylizacji paznokci. Ale… nie mogły na nim nic zrobić. Usłyszały: "Ale przecież macie to za darmo. Ja dam wam certyfikat i napiszę, że wszystko zaliczyłyście".
– Gdy uczestnik projektu mówi, że nie dostał obiecanej pomocy, bywa to odbierane jako niewdzięczność: "Dostajecie wszystko za darmo i jeszcze narzekacie". Jesteśmy traktowani jak niewdzięczni – wzdycha.
A jednak, kiedy widzi, że dzieci z Ukrainy, którym pomaga w szkole, przechodzą do następnej klasy i nie tracą kolejnego roku, czuje, że jej praca tutaj, w Polsce, ma sens.
– W takich momentach mam poczucie, że robię na tej planecie coś naprawdę ważnego – podsumowuje.
"Nie wiem, czy chciałabym tu żyć"
Podczas gdy Tetiana zdecydowała się zostać w Polsce, 18-letnia Oksana (na prośbę rozmówczyni imię zmienione - red.) wybrała powrót do Ukrainy.
Od kilku tygodni mieszka we Lwowie razem ze swoją mamą. Kiedy siedzi w domu, z okien słyszy artylerię. Słychać, jak strzelają w Zaporożu – to tam był jej dom i tam wciąż jest jej ojciec, który walczy na froncie.
– Tam jest naprawdę strasznie. Boję się o tatę. Bardzo – przyznaje.
Oksana zna ten strach od dawna. Miała 13 lat, kiedy wojna zmusiła ją do ucieczki. W Polsce znalazła schronienie.
– Na początku wszystko było dobrze. Panowały normalne, życzliwe nastroje wobec Ukraińców. Bardzo dużo Polaków nam pomogło – wspomina.
Z czasem zauważyła jednak, że stosunek części społeczeństwa do nich zaczyna się zmieniać.
– Teraz mam wrażenie, że są dwa nastroje – tak pół na pół. Jedna strona nadal bardzo wspiera Ukraińców i pomaga. Ale jest też druga strona, która stała się bardzo agresywna – zarówno w internecie, jak i w codziennym życiu.
Oksana sama pięciokrotnie doświadczyła bezpośredniej agresji. Pamięta sytuację z przystanku autobusowego, gdy rozmawiała z koleżanką po ukraińsku. W pewnym momencie podszedł do nich obcy mężczyzna.
– Zaczął nas wyzywać. Powiedział między innymi: "Spier**lajcie do Ukrainy, ku**y banderowskie" – opowiada.
Innym razem agresywny komentarz w jej stronę rzucił przechodzień.
Z czasem lęk zaczął zmieniać jej codzienne nawyki.
– Zaczęłam mieć wrażenie, że nie mogę swobodnie rozmawiać po ukraińsku w komunikacji miejskiej czy w miejscach publicznych. Ludzie patrzyli na mnie w nieprzyjemny, wręcz obraźliwy sposób. Trudno mi nawet opisać te spojrzenia.
Jej mama, choć uniknęła bezpośrednich wyzwisk, również zaczęła uważać. Kiedy ktoś z Ukrainy dzwonił do niej w autobusie czy tramwaju, nie odbierała telefonu.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Oksana dziś na pytanie, czy wróciłaby do Polski na stałe, odpowiada z rezerwą.
– Będę tu przyjeżdżać, bo mam w Polsce przyjaciół i bardzo lubię ten kraj. Ale czy zamieszkałabym tu znowu? Jeśli takie nastroje nadal będą się utrzymywać, to nie wiem, czy chciałabym tu żyć.
Namawiali szefa, żeby ją zwolnił
Są jednak osoby, dla których nawet konfrontacja z falą agresji nie jest powodem, by pakować walizki. Podczas gdy Oksana wybrała powrót do Ukrainy, Olha Semenova nie wyobraża sobie wyjazdu z Polski.
Mieszka tu od ośmiu lat, pracuje jako kelnerka w restauracji i rozwija swój profil na Instagramie. Ma pracę, chłopaka Polaka i ludzi, przy których – jak podkreśla – nigdy nie poczuła się obca.
– Jestem otoczona osobami, które wspierają Ukraińców. Jeśli człowiek nie wchodzi w internet, to na co dzień w ogóle tego hejtu nie odczuwa – przekonuje.
W restauracji pracuje z ludźmi różnych narodowości, a większość stałych klientów traktuje ją życzliwie.
Olha Semenova
kelnerka, instagramerka
To właśnie tam Olha doświadczyła zmasowanej nagonki.
Na Facebooku dzieliła się opiniami na różne tematy. W pewnym momencie lokalny działacz polityczny z Torunia opublikował na jej temat post, w którym nazwał ją "banderówką".
Wtedy ruszyła lawina.
Hejterzy dzwonili do restauracji, żądając od szefa jej natychmiastowego zwolnienia. Pisali o niej na lokalnych grupach i kontaktowali się z firmami, z którymi współpracowała jako influencerka, przekonując, że Olha jest "antypolska". Jej konto na Facebooku zostało zablokowane.
– To był bardzo ciężki okres. Naprawdę bałam się gdzieś pojawić na ulicy, żeby nie dostać po głowie – wspomina.
Szef Olhi, Polak, stanął za nią murem. Każdemu, kto dzwonił z żądaniem jej zwolnienia, odpowiadał, że zna ją od czterech lat i jej ufa.
To wsparcie sprawiło, że Olha ani przez moment nie rozważała powrotu do Ukrainy, ani wyjazdu do innego kraju.
– Żaden hejt nie spowoduje, że będę chciała stąd wyjechać. Ludzie, którymi się otaczam, tworzą mi bezpieczne i komfortowe środowisko – deklaruje.
Ma jednak świadomość, że rzeczywistość poza jej najbliższym kręgiem bywa nieprzewidywalna.
– Ludzie są różni, a ja jestem kobietą i w razie fizycznego ataku nie byłabym w stanie sama się obronić. Wystarczy kilka niemądrych osób. Najbardziej przykre jest to, że politycy robią tak mało, by powstrzymać narastającą wrogość – podsumowuje.





