
OFF Festival 2026 dobiegł (niestety) końca. W miniony weekend katowicka Dolina Trzech Stawów zmieniła się na trzy dni w miejsce, gdzie granice gatunkowe i wiekowe przestały istnieć. Jazz, PC music, shoegaze, punk i hardcore wybrzmiały ramię w ramię, a pod scenami bawiły się aż trzy pokolenia miłośników alternatywy. Jak było? Tego dowiesz się z mojej bardzo subiektywnej relacji.
Relacje z festiwali nigdy nie będą obiektywne i ta z pewnością też się do takich nie zalicza. Po pierwsze: fizycznie nie da się być na wszystkich koncertach. Clashe (nakładki) w rozpisce to największa bolączka chyba każdego festiwalu na świecie i trzeba się z tym po prostu pogodzić.
Po drugie: zupełnie nie o to w tym chodzi. Festiwal to nie wyścig, gdzie bijemy rekordy w liczbie "odhaczonych" pod sceną artystów (choć niektórzy tak robią). Gdzie w tym wszystkim czas na jedzenie, relaksik na trawie czy pogadanki ze starymi i nowo poznanymi znajomymi? Skupiłem się więc na chłonięciu atmosfery, a w poniższym tekście opisuję wyłącznie te występy, na których spędziłem więcej niż pięć minut.
Organizacja OFF Festivalu 2026. Klimat i dźwięk poza konkurencją
Najpierw muszę pozachwycać się klimatem, bo ten pozostaje nie do podrobienia. Nawet mimo coraz mocniej widocznej obecności sponsorów (w tym roku "Scenę Leśną" zastąpiła "Scena Orlen", a nieopodal wyrosła strefa z hot dogami i trybuna z potężnym logo), OFF wciąż zachowuje swój kameralny, przytulny charakter. I proszę, niech tak zostanie.
To zresztą znak firmowy imprezy, która ma już na karku 20 lat. Tłum rozłożył się w sam raz, przynajmniej w piątek i w niedzielę. Wyprzedana sobota (głównie za sprawą Yung Leana) była już mocno odczuwalna i gęsta od ludzi w każdym zakątku.
To, co niezmiennie zaskakuje mnie na OFF-ie, to nagłośnienie. Byłem tu i na innych festiwalach dziesiątki razy, ale za każdym razem łapię się na tym samym: dźwiękowcy robią tam świetną robotę. Poza paroma drobnymi wpadkami (a to coś nie grało, a to było ciut za głośno lub za cicho) selektywność i soczystość instrumentów robiły ogromne wrażenie. Serio, aż trudno mi porównać to z inną imprezą podobnej rangi w Polsce.
Wydaje się też, że presja i narzekania po zeszłorocznej edycji miały sens, bo organizacyjnie odrobiono lekcje. Było znacznie więcej toalet, w tym część w jakości deluxe (sedesy z prawdziwego zdarzenia!), a opaski można było odebrać już na dzień przed startem imprezy, więc nie było aż tak dużych kolejek.
Darmowej wody do picia nie zabrakło żadnego dnia. Kto wie, może dzięki temu wielkiemu oburzeniu w social mediach w końcu doczekamy się też powrotu pola namiotowego, którego w tym roku zabrakło?
Pomogła również rewelacyjna pogoda, która uchroniła nas przed błotem i kałużami, z których słynęły poprzednie edycje. A to ważne, bo w tym roku pod scenami zabrakło desek i trocin (chyba że ekipa miała je przygotowane na wypadek nagłej burzy).
Minusy to nagłe zamknięcia gastro i nieosiągalny OFF'n Jazz Club
Kompletnie nie rozumiem decyzji o zamykaniu stref gastro i toalet jeszcze w trakcie trwania ostatnich koncertów. Z racji tego, że występy potrafiły kończyć się przed zaplanowanym czasem, planujący "obskoczyć" dwa zamykające dzień gigi odbijali się od ochroniarzy. Jeśli chciałeś coś przekąsić na drogę lub załatwić potrzebę, zostawały niezastąpiony bar Śmigło i krzaki albo pielgrzymka na pobliskie stacje.
Niezmiennie frustruje też scena OFF'n Jazz Club. Nie jestem ultrasem tego gatunku, ale na żywo zawsze potrafi mnie poruszyć i zaintrygować. Sęk w tym, że znów nie było mi dane tego doświadczyć. Rozumiem koncepcję małego, elitarnego namiotu ze stolikami, ale w praktyce oznacza to, że ogromna większość chętnych po prostu nie ma szans przebić się do środka i posłuchać, co w polskim jazzie piszczy i improwizuje.
Z tegorocznych ciekawostek: set DJ-ski na na OFF-ie miał zagrać... Edward Warchocki, czyli polski robot-influencer napędzany AI. Po fali hejtu w social mediach organizatorzy zrezygnowali z jego występu, choć sam robot fizycznie kręcił się po terenie.
Jednak prawdziwym symbolem tegorocznego OFF-a zostanie coś zupełnie innego, bardziej ludzkiego: dad bod. Za sprawą wokalistów z m.in. Chat Pile czy Getdown Services, którzy bez skrępowania zrzucili koszulki na scenie, zobaczyliśmy, że "tatusiowy brzuszek" to żadna ujma. Było gorąco, ale przypadkowo wyszedł też bardzo naturalny manifest ciałopozytywności.
Zobacz także
Dzień 1. Od mazurków do Toola z Andów
Czy da się lepiej otworzyć festiwal niż przy dźwiękach oberków i mazurków granych na syntezatorze? Tercet Imperial już na samym starcie zafundował mi potężne zaskoczenie. Po nich przyszedł czas na Current Joys, na których mocno się nastawiłem, licząc na surowy post-punk. Dostałem coś więcej, bo materiał był znacznie bardziej różnorodny i mocno emocjonalny.
Babymorocco dostarczył świetnej imprezy w duchu zeszłorocznego myspace-electro-autotune-hyper-popu. Bawiłem się jak zwykle doskonale, choć do teraz nie rozumiem, dlaczego taka muzyka ląduje na Scenie Eksperymentalnej. Legendarne W.I.T.C.H. to świetny przykład tego, że tylko OFF potrafi sprowadzać kapele egzotyczne (z Zambii!) i wiekowe (grają od lat 70.), ale czysto muzycznie mnie nie porwali. Ot, solidny prog rock, jakich wiele.
O The Flaming Lips powiem tyle: w 2010 roku dali na OFF-ie niezapomniany koncert, którego rozmach do dziś mam przed oczami. W tym roku balony i konfetti nie robiły już na mnie takiego wrażenia, a jako że nigdy nie byłem ich zagorzałym fanem, ten występ był mi dość obojętny.
Na koniec wybrałem się na minimalistyczne, mroczne HTRK, z którego po chwili urwałem się na Los Thuthanaka. Ich folkowo-psychodeliczne brzmienie przypominało fuzję Toola z Primusem zrzuconą prosto z Andów. Przepiękne zamknięcie pierwszego dnia.
Dzień 2. Niemiecki industrial, szwedzki cloud rap i irlandzki rave
Drugi dzień od razu mocno dropnął za sprawą Drabusheyki. Po niesławnym supporcie przed Limp Bizkit zreflektował się z ekipą i na dzień dobry totalnie rozbujali namiot Trójki. Następnie sprawdziłem projekt Ludzie Wschodu, grający "Nową Aleksandrię" Siekiery. Niestety, nie udźwignęli tej wybitnej płyty na żywo, choć trzeba uczciwie przyznać, że mało kto dałby radę sprostać tej legendzie.
Garażowo-punkowe Frankie & The Witch Fingers idealnie weszło jako przystawka przed daniem głównym: Einstürzende Neubauten. Ojcowie industrialu zaprezentowali muzycznie ascetyczne, ale instrumentalnie obłędne (w ruch poszły wiertarki, rury i metalowe żebra) hipnotyzujące misterium.
A potem na scenę weszło Chat Pile i totalnie mnie poskładało. To był miażdżący sludge i noise, dopełniony bezlitosnym moshem pod sceną, po którym aż mam zadrapania. Cięższa strona OFF Festivalu znów pokazała pazur.
Myślałem, że mam już za sobą najlepszy koncert dnia. Po takich szaleństwach nie miałem nastroju na PC music od Oklou, więc poleciałem na irlandzkie Chalk. Kupili mnie od pierwszych sekund. Ta mieszanka punka i rave'u spod znaku The Prodigy to był strzał w dziesiątkę.
Podekscytowany ruszyłem na absolutnych headlinerów, dzięki którym wyprzedał się festiwalowy weekend, czyli Yung Leana & Bladee. Czułem się staro wśród tłumu, ale nafaszerowany autotune'em rap to zupełnie nie moja bajka. Wystarczyła mi jedna piosenka, bym wiedział, jak będzie brzmiała reszta seta.
Zrobiłem ewakuację na DAM (palestyński hip-hop), gdzie przesłanie i mocne słowa na wiadomo jaki temat zdecydowanie przerosły dość słabe muzycznie utwory i wykonanie. Dylemat między Clams Casino a Segą Bodegą wygrał ostatecznie ten drugi. Zgarnął moją pełną uwagę na Scenie Eksperymentalnej i wyssał ze mnie resztki sił do tańczenia.
Dzień 3. legendy muzyki, srogi mosh i łzy wzruszenia
Niedziela rozpoczęła się od koncertu Wednesday, przeniesionego ze względu na problemy logistyczne (wybuch Etny, zgubiona gitara). Swoją frustrację z podróży perfekcyjnie przekuli w sceniczną energię, a palące słońce wcale nie zepsuło ich gotyckiego country rocka. Zaraz po nich Allarme. Urzekło mnie, jak tak młodzi (na oko) muzycy potrafią operować no wave'em i saksofonem, a brzmieć przy tym tak dojrzale.
Getdown Services wielu zapamięta z najbardziej szalonej imprezy na tej edycji. Brytyjczycy zrobili taki dym, że do namiotu po prostu nie dało się wejść, a w oddali można było dojrzeć samego szefa wszystkich szefów Artura Rojka. Vojdi zachęcili mnie opisem porównującym ich do System of a Down i faktycznie dowieźli te skojarzenia w bardziej połamanej formie.
Zostałem tam jednak tylko na chwilę, bo nie mogłem sobie odpuścić Johnny'ego Marra. Gitarzysta The Smiths ku mojemu ogromnemu (i radosnemu) zaskoczeniu nie ograniczył się do solowej twórczości, ale wyciągnął z rękawa hity swojej macierzystej formacji. Wspaniale było je usłyszeć i to bez żadnych dram.
Planowałem przerwę, ale Nu Genea ze swoim groovem i funkiem nie brali jeńców. Nawet najwięksi OFF-owicze się gibali, a pod sceną uformował się największy "pociąg" z ludzi, w jakim kiedykolwiek brałem udział.
Potem uderzyli Amyl and the Sniffers. Mimo charyzmatycznej wokalistki i szczerego przekazu uważałem ich za trochę przestrzelony booking jak na headlinera głównej sceny, ale swoją energią udowodnili jasno: punk rock żyje i ma się doskonale.
Następnie słoneczne San Francisco zostało spowite mrokiem. Deafheaven jak zwykle mistrzowsko lawirowali między rozdzierającym duszę krzykiem black metalu a hipnotyzującym shoegazem. Piękne, srogie i intensywne. A skoro o emocjach mowa, to najbardziej czekałem na pionierów emo, czyli Sunny Day Real Estate.
Choć rzucenie ich na główną scenę wydawało się ryzykownym pomysłem, zagrali tak sprawnie, zgranie i z takim ładunkiem smutku, że stojąc w wielkim tłumie, czułem się tak, jakbym siedział sam w pokoju przy zgaszonym świetle. Idealnym domknięciem tego weekendu i swoistą wisienką na torcie było LSD and the Search for God. Tak uwodzicielskiego, spowitego mgłą shoegaze'u nigdy za wiele.
Fenomen OFF Festivalu, czyli magia odkrywania
Patrząc na tegoroczny plakat, miałem wrażenie, że headlinerzy kompletnie nie zostali ściągnięci pode mnie. Często tak jest i nie tylko ja tak mam, ale to właśnie stanowi o absolutnej sile i fenomenie OFF Festivalu.
To miejsce opiera się na ciągłym odkrywaniu. Idziesz do WC w czasie koncertu przereklamowanej gwiazdy, przechodzisz obok namiotu i nagle dostajesz olśnienia przy kapeli, o której wcześniej nawet nie miałeś pojęcia. Nie trzeba znać na wylot każdej kapeli ze szczytu line-upu i każdego podgatunku muzyki, by czuć się tu doskonale.
Satysfakcja płynie z eksploracji, a największą radością po powrocie do szarej rzeczywistości jest nadrabianie tych wszystkich perełek, które przez ostatnie trzy dni na żywo doprowadziły nas do szybszego bicia serca (lub przegapiliśmy). Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że najlepsza muzyka to ta, której jeszcze nie zdążyliśmy poznać, a nie ta, którą już dobrze znamy.






