Raj z mroczną przeszłością. Jacek Pałasiński opowiada o tajemniczej Istrii.
Raj z mroczną przeszłością. Jacek Pałasiński opowiada o tajemniczej Istrii. fot. naTemat

Turkusowe morze, weneckie miasteczka, kamienne uliczki i place, od których trudno oderwać wzrok. Istria wygląda jak wakacyjny raj. Jacek Pałasiński w specjalnym wydaniu podcastu "Allegro ma non troppo" pokazuje jednak, że za pocztówkowym krajobrazem kryje się historia wojen, wypędzeń i narodowych konfliktów.

REKLAMA

Istria jest jednym z tych miejsc, w których granice państwowe mówią znacznie mniej niż architektura, język i pamięć mieszkańców. Dziś półwysep podzielony jest przede wszystkim między Chorwację i Słowenię, ale podczas spaceru po nadmorskich miejscowościach niemal na każdym kroku widać ślady wielowiekowej obecności Wenecji i Włoch.

Jacek Pałasiński w specjalnej, wakacyjnej odsłonie podcastu "Allegro ma non troppo" odsłania tajemnice Istrii. Za rajskim pięknem kryje się krwawa historia i wojenne dramaty.

Rajski krajobraz z trudną przeszłością

Przez półwysep przewijali się Rzymianie, Bizancjum, Frankowie, Wenecjanie, Habsburgowie, Francuzi, Włosi i Jugosłowianie. Każda zmiana władzy pozostawiała po sobie nie tylko nowe granice, lecz także konflikty między zamieszkującymi region Włochami i Słowianami.

Najpierw władze habsburskie ograniczały wpływy włoskie. Później, gdy Istria znalazła się we Włoszech, faszyści uderzyli w Słoweńców i Chorwatów, zakazując używania innych języków niż włoski. Spirala przemocy nie skończyła się jednak wraz z upadkiem Mussoliniego.

Po II wojnie światowej półwysep znalazł się pod kontrolą Jugosławii. To wtedy rozpoczął się jeden z najbardziej tragicznych rozdziałów jego historii.

Pałasiński przypomina o masakrach określanych mianem "foibe". Nazwa pochodzi od krasowych szczelin i jaskiń, do których wrzucano ciała ofiar jugosłowiańskich represji.

W kolejnych latach z Istrii i Dalmacji wyjechały setki tysięcy Włochów. Autor podcastu sprowadza tę wielką historię do jej najbardziej ludzkiego wymiaru: ludzi, którzy przez pokolenia mieszkali w tych samych domach, a potem zostali zmuszeni, by je porzucić.

– Wielka Polityka nigdy nie ogląda się na maluczkich – podsumowuje.

Ślady tamtej historii widać do dziś. Poreč był przez stulecia włoskim Parenzo, Koper – Capodistrią, Piran – Pirano, Novigrad – Cittanovą, a Umag – Umago.

Trzy flagi zamiast wojny

Najbardziej osobista część podróży prowadzi do Piranu. Pałasiński przyznaje, że najchętniej nie wymieniałby jego nazwy, żeby uchronić niewielkie miasto przed kompletnym zadeptaniem.

Szczególne miejsce zajmuje plac Tartiniego – według niego jeden z najpiękniejszych placów Europy. Biały trawertyn, błękit Adriatyku i pastelowe fasady sprawiają, że po przebudzeniu można mieć wrażenie, że dalej się śni. I właśnie Piran najlepiej pokazuje, czym jest dzisiejsza Istria.

Tam, gdzie przez dziesięciolecia spierano się o język, narodowość i granice, dziś nazwy ulic są dwujęzyczne. Obok siebie wiszą flagi lokalnego państwa, Włoch i Unii Europejskiej.

Po całej historii prześladowań, wysiedleń i zemsty Pałasiński kończy więc zaskakująco prostym zdaniem: "Niech żyje Unia Europejska!"

W Istrii nie brzmi ono jak polityczny slogan. Raczej jak podsumowanie miejsca, które przez stulecia przekonywało się, ile kosztuje sytuacja dokładnie odwrotna.