Jacek Pałasiński opowiada w podcaście o południu Włoch
Jacek Pałasiński opowiada o swoim ukochanym regionie Włoch Fot. naTemat.pl

Jacek Pałasiński pierwszy raz trafił do Apulii w 1979 roku. Pojechał tam z przyjaciółmi, na kemping, z nieco ponad dwuletnią córką. Potem przez blisko 40 lat nie wracał. Kiedy w końcu wrócił, przepadł. Dziś nazywa ten region swoją "prawie pierwszą miłością" i przekonuje, że drugiego takiego miejsca w Europie po prostu nie ma.

REKLAMA

W specjalnym, wakacyjnym wydaniu "Allegro ma non troppo" Jacek Pałasiński zabiera widzów w podróż po swojej Apulii. Nie tej idealnej z folderów biur podróży. Są więc zachwycające porty, białe miasteczka, katedry i morze, ale też śmieci, brzydkie blokowiska oraz tłumy, przez które czasem nie da się przejść.

– To i włoskie, i greckie, bo aragońskie i normańskie, nieco arabskie, trochę afrykańskie, ale przede wszystkim bardzo, ale to bardzo śródziemnomorskie. Tak bardzo śródziemnomorskie, że bardziej się nie da – mówi Pałasiński.

Apulia stała się modna. Nawet za bardzo

Popularność ma swoją cenę. Pałasiński przyznaje, że sam najchętniej odwiedza południe Włoch poza głównym sezonem. Problem w tym, że dziś nawet wtedy trudno liczyć na pustki.

– Apulia zrobiła się modna, za bardzo modna – ocenia.

Na wąskich uliczkach Bari, Giovinazzo czy Polignano a Mare bywa jego zdaniem jak w najbardziej zatłoczonych częściach Wenecji. "Człek przy człeku", a przejście przez stare miasto może zamienić się w powolne przesuwanie wraz z tłumem.

Dlatego jego rada jest prosta: jeśli tylko można, omijać lipiec i sierpień. Pałasiński poleca okres od kwietnia do października, a sam bywał w Apulii nawet w listopadzie.

Trani. Tu najlepiej po prostu usiąść i się gapić

Są jednak miejsca, o których Pałasiński opowiada już bez większych zastrzeżeń. Jednym z nich jest Trani.

Trafił tam przypadkiem i – jak mówi – zakochał się. Nie próbuje nawet do końca tłumaczyć dlaczego. Jest katedra stojąca niemal nad samym morzem, jest port, są restauracje, zapach ryb, pizzy i słonej wody. Ale chodzi o coś więcej.

– Nie potrafię go racjonalnie opisać ani uzasadnić, więc macham ręką na słowa i idę do portu. Siadam na ławeczce i się gapię, i się gapię, i się gapię – opowiada.

I właśnie "gapienie się" Pałasiński wynosi niemal do rangi wakacyjnej filozofii.

– Gapienie się to stara sztuka, wychodząca niestety z mody. Ogranicza się do gapienia w ekran smartfona z pominięciem gapienia się na piękno tej planety – mówi.

To chyba najlepiej oddaje charakter całej jego podróży po Apulii. Nie chodzi o odhaczanie kolejnych zabytków. Lepiej usiąść, popatrzeć, zgubić się w bocznej uliczce i spędzić gdzieś godzinę dłużej, niż podpowiadałby plan wycieczki.

"Ziarenko nektaru w wielkiej, brzydkiej skorupie"

Pałasiński nie próbuje jednak sprzedawać południa Włoch jako krainy pozbawionej wad. Mówi o brzydkich przedmieściach, dziurawych drogach, blokowiskach i stertach śmieci. Jego zdaniem właśnie na tym polega pewien paradoks Apulii: żeby dostać się do rzeczy naprawdę pięknych, czasem trzeba najpierw przebić się przez coś dokładnie odwrotnego.

Nadmorskie miasteczka porównuje do "małego ziarenka nektaru w wielkiej, brzydkiej skorupie".

– By się do nich dostać, trzeba długo i cierpliwie rozwijać warstwy szpetoty i brudu. Ale kiedy się człowiek już do tego ziarenka dostanie, doznaje rozkoszy niepowtarzalnej – mówi.

Jak zaznacza, odwiedził aż 86 krajów i podobnego połączenia nigdzie dotąd nie znalazł.

Miejsce, w którym mógłby zamieszkać od zaraz

Takich prywatnych zachwytów jest w tej podróży więcej. W Giovinazzo Pałasiński przez lata nawet się nie zatrzymywał – z banalnego powodu: nie podobała mu się nazwa miasta.

W końcu jednak zjechał z głównej drogi.

– No i już było po mnie – wspomina.

Dziś mówi, że mógłby tam zamieszkać właściwie od razu.

– Jest ciepło, jest pięknie, jest błękit przechodzący w granatowy, i to na dole, i na górze. Są kolorowe kwiaty i krzewy, które ukochałem. Mam palmy, mam ostrygi po euro i ośmiornice po dziewięć euro. Mam smaki i zapachy, które są moje. Po prostu moje, wymarzone, idealne – wylicza.

Na Gargano zapamiętał z kolei listopadowy poranek w Mattinacie. Wynajął niewielki dom, przyjechał nocą i dopiero po przebudzeniu zobaczył, gdzie właściwie trafił: morze, oliwki i poranne słońce.

– Nie sposób się złościć na świat w takich warunkach. Nie sposób – mówi.

Dalej są Peschici i Vieste, które nazywa po prostu "cudami świata", Castel del Monte, Alberobello z charakterystycznymi trulli, Otranto, Monopoli i dziesiątki miejsc, przy których opowieść Pałasińskiego co chwilę skręca w historię Greków, Normanów, Saracenów, krzyżowców czy Fryderyka II.

Ale na końcu z tej podróży zostaje bardzo prosta rada.

Nie spieszyć się.

– Radzę się zatrzymać w każdym napotkanym miasteczku i starać się chłonąć je do końca, do ostatniej kropli, napaść oczy tym pięknem, tym duchem Morza Śródziemnego – mówi Pałasiński.

I stawia mocną tezę: – Drugiego takiego miejsca w Europie państwo nie znajdą.