Dzieci z mamą w ciepłych kurtkach na plaży nad morzem Bałtyckim
14 października nie jest dniem wolnym od pracy. Polacy mimo to już planują urlop FotoDax / Shutterstock

Polacy od tygodni rezerwują noclegi na połowę października, licząc na długi weekend przy okazji Dnia Nauczyciela. Zanim ktoś złoży wniosek urlopowy, musi zajrzeć do kalendarza. Dzień, wokół którego buduje się ten wyjazd, wcale nie jest wolny dla wszystkich.

REKLAMA

14 października (w tym roku to środa) to Dzień Edukacji Narodowej znany też jako Dzień Nauczyciela. Rok szkolny 2026/2027 przynosi dzieciom aż 187 dni wolnego, a ta data to pierwsza okazja na długi weekend. Problem w tym, że mechanizm tego wolnego działa inaczej, niż zakłada większość planujących jesienne wczasy.

Czy 14 października jest dniem wolnym od pracy?

Nie. Dzień Edukacji Narodowej nie jest świętem ustawowo wolnym od pracy. Wliczają się w to sami belfrowie. Zgodnie z art. 74 Karty Nauczyciela, "Dzień ten uznaje się za święto wszystkich pracowników oświaty i jest wolny od zajęć lekcyjnych". To jedyny bonus, jaki daje ta data.

W praktyce oznacza to, że uczniowie nie mają tego dnia tradycyjnych lekcji, a szkoły organizują akademie i zajęcia opiekuńczo-wychowawcze. Jednak nauczyciele muszą stawić się w pracy, a pozostali nie mają żadnych przywilejów. Kto chce mieć tego dnia wolne, musi wziąć normalnie urlop, tak jak w każdą inną środę roku.

Ile urlopu trzeba wziąć na długi weekend w październiku?

Sprawa komplikuje się dla rodziców uczniów. W samą środę, 14 października, wiele szkół kończy zajęcia wcześniej, bo bez tradycyjnych lekcji dzieci szybciej wrócą do domu (lub będą od razu wagarować). Na czwartek i piątek dyrektorzy placówek często ogłaszają tzw. dni dyrektorskie, czyli wolne od zajęć.

W efekcie rodzice są niejako zmuszeni zapewnić dzieciom opiekę przez cały ten czas i to właśnie dlatego wokół tego terminu robi się tyle zamieszania z urlopami. Żeby zrobić pięciodniową przerwę od środy 14 do niedzieli 18 października, trzeba wziąć nie dwa, a trzy dni urlopu (środę, czwartek i piątek).

Samo wzięcie czwartku i piątku daje realnie cztery dni wolnego licząc od czwartku, a nie pięć. Mimo to Polacy i tak ruszyli z zaklepywaniem urlopów. Jak wynika z danych platformy Travelist, ponad 80 proc. rezerwacji na ten okres trafia w góry i nad Bałtyk, poniżej 5 proc. do miast, a reszta nad jeziora, do uzdrowisk i miejsc historycznych.

Najtaniej wypoczną ci, którzy wybiorą Lądek-Zdrój (od 425 zł za dobę z wyżywieniem) lub Janów Podlaski (od 445 zł). Nad Bałtykiem najmniej zapłacą turyści w Mielnie (od 470 zł) i Ustroniu Morskim (od 480 zł). Kołobrzeg, mimo że w tym roku wyprzedził Międzyzdroje jako ulubiony kierunek Polaków nad morzem, jest droższy, bo 570 zł za dobę.

Prawdziwy długi weekend? Dopiero w listopadzie

11 listopada, tak jak 14 października, wypada w środę. Różnica jest jednak zasadnicza: to faktyczny dzień ustawowo wolny od pracy. Wynika to wprost z ustawy o dniach wolnych od pracy, która wymienia Narodowe Święto Niepodległości wśród świąt państwowych obowiązujących wszystkich pracujących, nie tylko oświatę.

Tym razem wystarczą więc dwa dni urlopu, żeby zbudować pięciodniowy wyjazd. Jest jednak haczyk, który dotyczy rodziców: szkoły 11 listopada również są zamknięte, więc ci, którzy akurat nie planują wyjazdu, i tak muszą znaleźć dzieciom zajęcie na cały dzień.

Kolejna okazja na wolne pojawi się dopiero pod koniec roku przy okazji świąt. 25 grudnia wypada w piątek, co samo z siebie daje trzy dni wolnego "za darmo". Dla części rodzin to już wstęp do świątecznego wyjazdu w góry, po który sięgają coraz chętniej zamiast zostawać w domu.