
Jedni przychodzą na oględziny z różdżką i sprawdzają numer lokalu w numerologii. Inni pytają wprost, czy ktoś w tym mieszkaniu umarł. A są i tacy, którzy właśnie takich ofert szukają. Agenci nieruchomości widzieli już wszystko. – Zdarza się, że domy, w których doszło do zbrodni, są wyburzane lub spalane. To sposób na rozstanie się z przeszłością i chęć pozbycia się przeczucia, że do danego miejsca "przykleiło się" coś złego – mówi psycholog społeczny dr Konrad Maj z Uniwersytetu SWPS.
"Ciekawe, jak długo tu pomieszkacie" – usłyszał od sąsiada. Trzy dni później zaczął w swoim nowym mieszkaniu odczuwać czyjąś obecność. Potem dowiedział się, że w tym mieszkaniu kiedyś powiesiła się dziewczyna.
Spakował się i wyprowadził.
Domy, w których ktoś straszy
W internecie takich historii jest więcej. Ktoś opowiada o kranach, które miały same się odkręcać. Ktoś inny o krześle, które przesunęło się podczas oglądania filmu.
Inny słyszy kroki w pokoju i szepty. Ma poczucie, że ktoś stoi za jego plecami.
"Tu jest zła energia, tu ktoś musiał umrzeć" – przypuszcza.
Na forach pyta, co robić.
Szybko pojawiają się rady: rozsypać sól w znak krzyża, zapalić świecę, pomodlić się za zmarłego i powiedzieć mu, żeby "szedł tam, gdzie jego miejsce".
Kolejna historia: "Pracowałam w gospodarstwie rolnym. Były to dawne PGR-y. W jednym budynku nie lubiłam być sama. Miałam wrażenie, że z każdego kąta patrzą na mnie jakieś oczy. Pytałam starszych pracowników, czy coś się wydarzyło w tym miejscu, ale nikt nic nie wiedział"
Jedna z internautek opisuje dom, który kupiła z mężem. Po przeprowadzce zaczęli chorować, a ich małżeństwo się rozpadło. Dopiero przy sprzedaży kobieta dowiedziała się, że w domu wcześniej powiesiły się dwie osoby. Budynek też dwukrotnie się palił.
W nieruchomościach funkcjonuje angielskie określenie stigmatized property. Chodzi o miejsca, których fizyczny stan może być zupełnie bez zarzutu, ale ich historia wpływa na to, jak postrzegają je potencjalni kupujący. Do takich przypadków zalicza się m.in. nieruchomości, w których doszło do zabójstwa czy samobójstwa, ale także takie, o których mówi się, że są nawiedzone.
Mroczna przeszłość, zbrodnia, a nawet miejskie legendy o duchach – z takimi historiami agenci nieruchomości mierzą się na co dzień.
– W pracy agenta nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że trafiają się obiekty z historią z pogranicza kryminału – zauważa Marcin Jańczuk, dyrektor ds. marketingu i PR w Metrohouse Franchise S.A.
Jak zaznacza, sama śmierć w domu nie jest niczym wyjątkowym, bo to tam najczęściej, a nie w szpitalach, odchodzą ludzie. Fakt, że w mieszkaniu ktoś wcześniej zmarł, jest więc czymś naturalnym. Prawdziwe wyzwania zaczynają się wtedy, gdy z lokalem wiąże się głośna zbrodnia.
Agentka nieruchomości Justyna Rodziewicz sama nie kupiłaby mieszkania z bardzo trudną, brutalną historią.
– Gdyby w mieszkaniu doszło do tragedii, np. seryjnego morderstwa, nie tylko nie chciałabym w nim mieszkać, ale nie oferowałbym go klientom – przyznaje agentka. – Nie chciałabym wpychać klienta w mroczną historię, bo gdyby z czasem się o niej dowiedział, miałby do mnie żal.
To rodzi pytanie o etykę: mówić czy ukrywać? Marcin Jańczuk zdecydowanie odradza zatajanie takich faktów przed kupującymi, bo sąsiedzi i tak szybko uświadamiają nowego lokatora. Podobne podejście ma Justyna Rodziewicz, choć stawia jasne granice.
– Jestem daleka od tuszowania prawdy – podkreśla. – Nie zawsze warto mówić o wszystkim z własnej inicjatywy, bo moja rola polega na sprzedaży, a nie na eksponowaniu negatywów. Ale nie wolno mi też kłamać. Jeśli klient pyta o kwestie, o których wiem, odpowiadam szczerze. Jeśli wiem, że ktoś został przeniesiony do domu opieki albo zmarł u rodziny, mówię zgodnie z prawdą, że zgon nastąpił poza nieruchomością. Ale w czasie pandemii trafiały się miejsca, w których ktoś zmarł w domu.
Różdżka i badanie "złej energii"
Ale opowieść o domu nie zawsze kończy się na faktach. Czasem w grę wchodzi "energia". Justyna Rodziewicz opowiada, że ma obecnie klienta, który zajmuje się różdżkarstwem.
– Są ludzie, którzy mocno wierzą w duchowość, wróżby czy energię. Uważają, że niektóre nieruchomości są obciążone negatywną energią, co może wywoływać różne problemy – na przykład rozwody czy choroby. Kiedy wchodzą do wnętrza, próbują wyczuć panujący w nim klimat – mówi agentka. – Podświadomie wiedzą, czy będzie im się tu dobrze mieszkać.
Potwierdza to Marcin Jańczuk. Klienci szukający nieruchomości potrafią kierować się najróżniejszymi kryteriami.
– Część osób przywiązuje ogromną wagę do czynników pozarynkowych. Zdarzają się kupujący przychodzący na oględziny z różdżką, ale też tacy, którzy wnikliwie analizują ułożenie stron świata czy umiejscowienie drzwi wejściowych – opowiada ekspert. – Jest to szczególnie istotne w kulturze Wschodu. Pamiętam, że przedstawiciele mniejszości wietnamskiej bardzo skrupulatnie badali usytuowanie lokalu w budynku, sposób wchodzenia do niego oraz sam układ pomieszczeń.
Inni klienci szukają ukrytych wskazówek w liczbach.
Marcin Jańczuk
dyrektor ds. marketingu i PR w Metrohouse Franchise S.A.
Dlaczego, mimo nauki i racjonalnego podejścia do świata, wciąż boimy się miejsc z trudną przeszłością? Wyjaśnia to psycholog społeczny dr Konrad Maj z Uniwersytetu SWPS.
– Myślę, że to kwestia tego, że wciąż jesteśmy ludźmi, którzy kierują się emocjami. Kiedy słyszymy, że w danym miejscu wydarzyło się coś złego – morderstwo, samob*jstwo czy inna tragedia – zaczynamy tworzyć w głowie skojarzenia, które wywołują negatywny afekt. Bardzo trudno to od siebie oddzielić i po prostu o tym zapomnieć – tłumaczy naukowiec.
I dodaje:
– Miejsce zaczyna przywoływać określone ślady pamięciowe. Mówi się o pamięci miejsca – o tym, że przestrzeń wiąże się z konkretnymi wydarzeniami i skojarzeniami. Niektóre miejsca w naszej świadomości stają się przez to napiętnowane wydarzeniem z przeszłości. Dlatego, mając wybór, ludzie na wszelki wypadek rezygnują z takiej przestrzeni.
A co, jeśli do tej historii dochodzi jeszcze wiara w duchy, zjawiska paranormalne albo "złą energię"?
– Przekazy o zjawiskach paranormalnych utrwalają w nas przekonanie, że duszę kogoś, komu stała się krzywda, może coś ciągnąć z powrotem do danej przestrzeni. Ludzie często mówią o "dobrej" lub "złej" energii miejsca. W nauce coś takiego nie funkcjonuje. To, co nazywamy energią, jest po prostu naszym subiektywnym samopoczuciem, które budujemy na bazie wspomnień i skojarzeń związanych z danym adresem – tłumaczy.
Bywa, że takie przekonanie nie kończy się na rezygnacji z mieszkania. Historia zna przypadki, w których domy związane z tragicznymi wydarzeniami wyburzano albo palono.
– Takie przestrzenie są skażone, ale nie obiektywnie, lecz ludzkimi przekonaniami. Zdarza się, że domy, w których doszło do zbrodni, są wyburzane lub spalane. To sposób na rozstanie się z przeszłością i chęć pozbycia się przeczucia, że do danego miejsca "przykleiło się" coś złego. Nawet jeśli ktoś podchodzi do tego z uśmiechem, to na zasadzie "na wszelki wypadek" woli nie mieć z taką nieruchomością nic wspólnego – wyjaśnia dr Maj.
Z perspektywy chłodnej logiki takie zachowanie może wydawać się bez sensu. Psycholog widzi w nim jednak próbę odzyskania poczucia kontroli.
– Choć takie zachowania wydają się irracjonalne, mają głębokie uzasadnienie psychologiczne. Nasze emocje nie są racjonalne, dlatego nieracjonalne gesty mogą nam pomóc. Zmiana mieszkania w sytuacji, gdy nie radzimy sobie z traumą, czy fizyczne palenie zdjęć i pamiątek po trudnych wydarzeniach to naturalne próby zamknięcia pewnego etapu. Próbujemy sobie z tym poradzić na swój sposób, nawet jeśli z punktu widzenia chłodnej logiki nie ma to sensu – mówi psycholog.
Widok na cmentarz i polowanie na okazje
Na tak rynku nieruchomości widać dwie skrajne postawy.
– Mamy klientów, którzy chcą wiedzieć absolutnie wszystko i prześwietlają każdy detal, oraz takich, którzy wchodzą i po dwóch minutach czują dobrą energię, mówiąc: "To jest to, szukam właśnie tego". Gdyby nie agent, ci drudzy zapewne nawet nie doszliby do weryfikacji dokumentów i sprawdzenia własności, bo pierwsze wrażenie całkowicie przejmuje nad nimi kontrolę – przyznaje Marcin Jańczuk.
Zupełnie odmiennie kupujący potrafią ocenić także samo otoczenie budynku.
– Jaskrawym przykładem jest chociażby widok na cmentarz. Dla jednych to bariera nie do przejścia, a dla innych ogromna zaleta, bo oznacza ciszę, spokój i widok na piękny, zadrzewiony park. Klienci kierują się tak różnymi motywacjami, że trudno mówić o jakimkolwiek uniwersalnym wzorcu zachowań na tym rynku – podsumowuje.
Czy w sytuacjach lokali z mroczną przeszłością sprzedający musi liczyć się z obniżeniem ceny? Wiele zależy od nieruchomości. Jeśli lokal jest atrakcyjny, sama historia nie daje dużego pola do negocjacji.
– Inaczej wygląda sytuacja w przypadku obiektów mających już widoczne wady: potrzebę gruntownego remontu, zaniedbaną klatkę schodową czy nieciekawe sąsiedztwo. Jeśli do tego dojdzie fakt, że popełniono tam zbrodnię, suma tych okoliczności staje się dla kupującego poważną kartą przetargową – mówi Jańczuk.
Z drugiej strony – jak dodaje dr Konrad Maj – strach ustępuje czasem miejsca czystej kalkulacji: – Część osób woli po prostu nie wiedzieć, co wydarzyło się w danym miejscu. A są i tacy, którzy wręcz polują na podobne okazje, licząc na atrakcyjną cenę.
Skoro jednak dla wielu nabywców mroczna przeszłość jest argumentem do obniżenia ceny, pojawia się pytanie: czy sprzedający w ogóle musi odkrywać przed nimi karty?
Zasady informowania nabywców o przeszłości miejsca na świecie są bardzo zróżnicowane. W Stanach Zjednoczonych nie ma jednej reguły – obowiązek poinformowania o śmierci zależy od prawa konkretnego stanu.
W Japonii takie miejsca mają nawet własną nazwę: jiko bukken, a zasady informowania o zgonach i wypadkach zostały tam szczegółowo opisane w wytycznych dla rynku nieruchomości.
W Polsce sprawa jest prosta – obecnie nie ma przepisu, który nakazywałby przy każdej sprzedaży ujawnić fakt, że w nieruchomości doszło do śmierci.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Wisienka na torcie, czyli "dobra historia"
Z dobrą historią jest dokładnie odwrotnie – potrafi znacząco podbić prestiż lokalu, szczególnie w starych kamienicach.
– Klienci często interesują się przeszłością budynków, dlatego bardzo ją w ogłoszeniach podkreślam. Jeśli mieszkał tu znany artysta, staje się to atutem. Ludzie po prostu lubią móc się pochwalić, że żyją w wyjątkowym miejscu – zaznacza Justyna Rodziewicz.
Agentka ma dużą słabość do dawnej architektury. – Mogłabym sprzedawać tylko zameczki i dworki. Kocham to, jak są odrestaurowane i jaką mają historię. Stare budownictwo po prostu ma w sobie "to coś" – przyznaje.
Opowiada też o agroturystyce, do której przez lata przyjeżdżał szef IKEA. Kiedy właściciele wspomnieli jej o tym, od razu zobaczyła w tym atut.
– Pomyślałam: ale świetnie! Bo dobra historia może być taką wisienką na torcie nieruchomości. Są koneserzy, którzy naprawdę zwracają na to uwagę – podsumowuje.





