
"Lalka" Pawła Maślony budzi kontrowersje, bo "świętości się nie rusza", a już szczególnie takiej jak powieść Bolesława Prusa. Tyle że jeśli odłożymy na bok naszą miłość do książki, szybko okaże się, że nowa "Lalka" wcale nie jest tak oryginalna, jak się wydaje. To część większego popkulturowego trendu: nowoczesnych seriali kostiumowych, które od lat przepisują przeszłość pod współczesnego widza.
"Lalka" Pawła Maślony to współczesna reinterpretacja klasyki, a te nad Wisłą raczej średnio lubimy. Wyszedł z tego znakomity miniserial kostiumowy, który nie jest wierną ekranizacją powieści Bolesława Prusa, a raczej dynamiczną i charakterną opowieścią w stworzonym przez niego świecie. Opowieścią wciąż mocno osadzoną w historycznych realiach XIX wieku, który wcale nie był taki grzeczny, jak mogłoby się wydawać.
W Polsce już grzmi, bo "świętości się nie rusza", a reżyser "Kosa" tę literacką świętość ruszył już samymi plakatami. Odbrązowienie narodowej powieści może być testem dla Polaków, którego wcale nie musimy zdać.
Ale "Lalka" budzi emocje nie tylko dlatego, że jest "Lalką". To przykład coraz popularniejszego nowoczesnego serialu kostiumowego, który z klasycznym dramatem historycznym ma coraz mniej wspólnego. Produkcji osadzonych w przeszłości, ale opowiadanych współczesnym językiem, powstaje dziś na pęczki, choć każda robi to na swój sposób – jedne stawiają na popową estetykę i idealizację, inne na naturalizm i rewizjonizm historyczny, jeszcze inne na satyrę i komedię. "Lalka" wcale nie jest tutaj wyjątkiem.
Nowoczesne seriale kostiumowe to współczesne emocje w historycznym kontekście. Ludzie są ludźmi
Czym właściwie jest nowoczesny serial kostiumowy? Mówiąc najprościej: kostium pozostaje historyczny, ale cała reszta może być już bardzo współczesna. Historia staje się inspiracją, a nie podręcznikiem, a anachronizm nie jest tutaj błędem, lecz świadomym zabiegiem. Współczesna muzyka czy estetyka trafiają do świata, do którego historycznie pasują jak pięść do nosa, a archaiczny język często zastępują dzisiejszy slang (w tym wulgaryzmy), ironia i cięty humor.
"Moja wspaniała kariera", "Dickinson", "Wielka", "Łowczynie", "Ta inna siostra Bennet" – co je łączy? W każdym z tych seriali dostajemy ludzi z krwi i kości. Bohaterów, którzy wyglądają jak zwykli ludzie, a nie jak litografie sprzed wieków i wyidealizowane projekcje historycznej wyobraźni, co było charakterystyczne dla tzw. heritage cinema (kina dziedzictwa) z lat 80. i 90. XX wieku, a także jeszcze z początku lat 2000.

W dawnych produkcjach kostiumowych ludzi przedstawiano z niemal religijnym nabożeństwem do historycznej etykiety. Nawet ich cierpienie było dystyngowane. Bohaterowie byli sztywni, bo twórcy kurczowo trzymali się realiów epoki i jej konwenansów, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się po prostu nienaturalne. Współczesne kino idzie w przeciwną stronę – zamiast odtwarzać zachowania ludzi z epoki, stawia na prawdę emocjonalną i pozwala bohaterom myśleć oraz zachowywać się bardziej współcześnie.
Dziś postacie przeklinają i pożądają, mają życie łóżkowe, kompleksy i problemy emocjonalne, tańczą w pokojach, gdy nikt nie widzi, i leczą kaca. Nie dlatego, że ludzie przed wiekami tego nie robili – robili dokładnie to samo. Po prostu kino przez lata wolało tego nie pokazywać, przez co mogło się wydawać, że w XIX wieku ludzie jedynie siedzieli wyprostowani, piękni i pachnący, nieustannie pozując do obrazów.
Twórcy stawiają nie tylko na naturalność, ale również na realizm psychologiczny. Zamiast dystyngowanych dam i dżentelmenów dostajemy ludzi, z którymi możemy się utożsamić. Widz nie ma podziwiać przeszłości zza muzealnej szyby, tylko w nią wejść. Bohaterowie może i noszą gorsety i surduty, ale ich emocje – rzecz uniwersalna, która nie zna historycznych granic – są "nasze".
Z jednej strony flaki, z drugiej "Bridgertonowie"
Coraz częściej nie jest już tylko ładnie. Niektóre seriale kostiumowe pokazują dziś nie tylko piękne pałace, wystawne bale i życie najbogatszych, ale również biedę, przemoc, choroby, brud i nierówności społeczne. Nie tylko fasadę historii, ale jej flaki, co zarzucano już chociażby brudnemu, pełnemu błota "Tabu" z Tomem Hardym z 2017 roku.
To odejście od klasycznego serialu kostiumowego, który kojarzył się przede wszystkim z pięknymi sukniami, zabytkowymi wnętrzami i życiem elit. Nowoczesne produkcje chcą pokazać również ludzi, którzy nie mieli dostępu do salonów, pieniędzy i przywilejów.
Pokazujemy "flaki", ale z drugiej strony mamy "Bridgertonów", którzy spopularyzowali popową estetyzację: kolory, brokat i blichtr. Zresztą hit Netfliksa to dość specyficzny przykład, który łamie zasady klasycznego period drama, ale jednocześnie reprezentuje skrajną stylizację, w której bohaterowie są nieludzko piękni nawet wtedy, gdy idą spać, a zmysłowe sceny są zawsze ładne i schludne. Tą aż zbyt miłą dla oka, przeestyzowaną drogą nie idzie wcale dużo seriali, wybierając raczej rozsądny środek.

Na naszych oczach zmienia się również forma serialu kostiumowego. Twórcy nie boją się ironii, groteski, humoru, subwersywności i mieszania gatunków. Dynamiczny montaż, intensywne kolory, łamanie czwartej ściany, współczesna muzyka i anachroniczne kostiumy sprawiają, że przeszłość zaczyna przypominać świadomą wariację na swój temat.
Historia zostaje przepuszczona przez filtr współczesnej popkultury, co najmocniej widać właśnie w "Bridgertonach" i ich spin-offie "Mojej królowej Charlotte", które zasłynęły ze współczesnych hitów aranżowanych na smyczki oraz modowo-makijażowych szaleństw. Z kolei w "Łowczyniach" XIX-wieczne kostiumy i społeczne konwenanse spotykają się ze muzycznymi hitami i estetyką teen dramy.
Rewolucja społeczna dzieje się w serialach kostiumowych na naszych oczach
Jednak prawdziwa rewolucja to ta społeczna. Współczesne seriale kostiumowe luźno poczynają sobie w kwestiach obyczajowych i rasowych. To "Bridgertonowie" spopularyzowali tzw. color-blind casting, czyli obsadzanie aktorów bez względu na ich rasę, nawet jeśli grają postacie historyczne. Hit Netfliksa stworzył własną wersję świata epoki regencji, w którym wśród arystokracji funkcjonują osoby o różnych kolorach skóry i pochodzeniu.
Po "Bridgertonach" dowolność rasowa pojawia się coraz częściej, chociażby w "Mojej lady Jane", "Tej innej siostrze Bennet", "Mojej wspaniałej karierze" i "Nasza bandera znaczy śmierć". Dla części widzów to sposób na zwiększenie reprezentacji w zachodniej produkcji kostiumowej, która przez dekady była zarezerwowana głównie dla białych aktorów, dla innych – odejście od historycznego realizmu.

Z tym wszystkim wiąże się rewizjonizm historyczny, czyli próba spojrzenia na przeszłość z innej perspektywy i podważenia utrwalonego sposobu jej opowiadania. Nie chodzi o negowanie faktów, ale o zadanie istotnego pytania: czy znamy historię taką, jaka rzeczywiście wyglądała, czy raczej taką, jaką przez lata opowiadali ją zwycięzcy, elity i mężczyźni?
Dlatego coraz częściej zmienia się perspektywę: na pierwszy plan trafiają kobiety, osoby z niższych klas społecznych czy grupy wcześniej marginalizowane – jak osoby queer wśród piratów w "Nasza bandera znaczy śmierć", rdzenna ludność Australii w "Mojej wspaniałej karierze" czy chłop Maciej w polskim "1670". W piątym sezonie "Bridgertonów" na pierwszym planie znajdzie się miłość dwóch kobiet, a nie, jak w książce Julii Quinn, kobiety i mężczyzny.
Kobiety w końcu mają głos
Przeszłość nie jest już więc zamkniętą lekcją historii, ale czymś, co możemy opowiadać na nowo, co szczególnie dotyczy historii kobiet. Stąd feministyczny rewizjonizm historyczny – nowe i empatyczne spojrzenie na ich losy, pragnienia, problemy i ograniczenia, z którymi musiały się mierzyć. To także sposób na oddanie głosu i sprawczości połowie populacji, która przez wieki nie miała zbyt wiele do powiedzenia o własnym życiu.

Bohaterki przestają przypominać bezwolne lalki, a emancypacja i kobiece przebudzenie stają się jednym z kluczowych motywów. Widać to we wszystkich wcześniej wspomnianych tytułach: "Dickinson", opartej na powieści z 1901 roku "Mojej wspaniałej karierze", "Łowczyniach", "Bridgertonach" i "Lalce" Netfliksa.
Izabela Łęcka, owszem, ma trudny charakter, ale nie jest zimna, wredna i okrutna dla własnego widzimisię. Dziś zostaje ukazana w społeczno-patriarchalnym kontekście jako ofiara konwenansów. Ze względu na swoją płeć i pochodzenie ma niewiele sprawczości, a jej przyszłość sprowadza się właściwie do jednego – dobrego zamążpójścia. Emancypacja kobiet, która była ważnym elementem polskiego pozytywizmu i XIX wieku na świecie, nieoczekiwanie ma też w serialu twarz Elizy Orzeszkowej.
Nawet te bardziej klasyczne ekranizacje klasyki nie uciekają dziś od uwspółcześniania i przesuwania akcentów, jak Greta Gerwig w "Małych kobietkach", ekranizacji powieści z 1868 roku, w których wprost pokazała, że młoda kobieta nie mogła pozwolić sobie wówczas na marzenia bez myślenia o przyszłości i pieniądzach.
Historia jako lustro współczesności i to nie tylko w "1670"
Jako współcześni odbiorcy kultury mamy tendencję do estetyzowania i idealizowania historii, tymczasem dziś produkcje kostiumowe coraz częściej pokazują jej mniej wygodne oblicze. Realizm, nawet w komediowej i przejaskrawionej wersji, może być doskonałym narzędziem do bezwzględnego obnażania historycznych mitów, w tym tych narodowych.
Dobrym przykładem jest prześmiewcze "1670" Netfliksa, które wykorzystuje realia szlacheckiej Rzeczypospolitej przede wszystkim jako współczesną satyrę. Polacy to wciąż Polacy, zmieniły się tylko cyfry w kalendarzu. Bohaterowie mówią dzisiejszym językiem, noszą pstrokate stroje, a problemy znane z dzisiejszej polityki, stosunków społecznych czy życia rodzinnego zostają przeniesione do pozornie sielskiego świata Adamczychy. Nie mówiąc już o odejściu od klasistowskiej narracji historycznej: skupieniu się na sprawie chłopów i uderzaniu w gnuśnych sarmatów.

Dzisiejsze seriale w ogóle traktują historię dość swobodnie. Twórcy zmieniają fakty, modyfikują postacie, przesuwają wydarzenia w czasie czy dopisują wątki, jeśli służy to opowieści. "Moja lady Jane", opowiadająca o lady Jane Grey, królowej Anglii i Irlandii przez dziewięć dni, "Wielka" o cesarzowej Rosji Katarzynie II Wielkiej czy "Dickinson" o poetce Emily Dickinson zrzucają z historii sztywny gorset i muzealny patos.
Ich twórcy nie boją się groteski, wulgaryzmów czy czarnego humoru, a historia przestaje być święta. Dla jednych to sposób na odkurzenie przeszłości i przyciągnięcie do niej nowych widzów, dla innych – ingerencja w prawdę historyczną i zakłamywanie realiów.
Humanizacja czy kulturowy egocentryzm? To nie jest takie proste
Wszystkie te zabiegi mają wspólny cel: wykorzystać przeszłość jako lustro dla teraźniejszości. Aranżowane małżeństwa mogą opowiadać o kontroli nad kobiecym życiem, klasowe podziały – o nierównościach społecznych, a ograniczenia obyczajowe – o wolności i indywidualizmie. Jednocześnie seriale kostiumowe mają ułatwić współczesnemu widzowi przyswojenie historii, poszerzyć jego perspektywę, zrobić przestrzeń na tematy, o których wcześniej woleliśmy nie mówić, oraz oddać głos ludziom, którym przez lata go odmawiano.
Na tym tle "Lalka" wcale nie jest oryginalna. Jej twórcy wpisują się w szerszy, popkulturowy trend, w którym klasykę literatury i historię traktuje się nie jako relikwię wymagającą czci ani dokument do wiernego odtworzenia, lecz jako materiał do opowiedzenia na nowo – czasem skrajnie inaczej.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Tyle że w przypadku "Lalki" mamy do czynienia z dziełem narodowym, mocno zakorzenionym w polskiej kulturze. Wokulski, Izabela i Rzecki przez lata zajmowali czołowe miejsce w zbiorowej wyobraźni. Kontrowersje wokół nowoczesnej interpretacji można więc całkowicie zrozumieć, ale patrząc na "Lalkę" Netfliksa wyłącznie przez pryzmat serialu kostiumowego – formalnie nie jest to ani nic nowego, ani szczególnie skandalizującego.
Ale dzisiejsze seriale kostiumowe uciekają od historii? Wręcz przeciwnie – to jej humanizacja. Klasyczny dramat kostiumowy przez dekady cierpiał na syndrom "muzealnej gabloty": dylematy dystyngowanych arystokratów wydawały się tak odległe, że aż nierealne.
Modern period drama zdejmuje z historii ten upiększający, patetyczny filtr. Pokazując, że ludzie w XIX wieku również rzucali mięsem, cierpieli na depresję i mieli brud za paznokciami, twórcy zbliżają nas do prawdy o ludzkiej naturze bardziej niż akademickie traktaty. To nie jest zakłamywanie przeszłości, ale próba wejścia w buty naszych przodków.
Z drugiej strony trend na unowocześnianie "kostiumówek" niesie ze sobą pułapkę kulturowego egocentryzmu. Przerabiając każdą historyczną postać pod gusta współczesnego użytkownika TikToka, możemy odebrać przeszłości jej własną, unikalną tożsamość. Jeśli Sybilla z "Mojej wspaniałej kariery" czy Izabela Łęcka z nowej "Lalki" myślą i mówią dokładnie tak jak my dzisiaj, to czy przypadkiem nie oglądamy w nich wyłącznie samych siebie?
Istnieje ryzyko, że zamiast próbować zrozumieć, jak naprawdę wyglądało życie w innych czasach, zaczniemy dopasowywać historię do naszych współczesnych poglądów – wygodnych i bezpiecznych. A wtedy zamykamy się w XXI-wiecznej bańce. Zamiast poznawać przeszłość, oglądamy jej wersję skrojoną pod nasze czasy.




