
W polskich kinach można już oglądać "W sercu dziczy", nowy film z udziałem najwspanialej starzejącego się Brada Pitta, który tym razem walczy o przetrwanie w dziczy na Alasce. Opis brzmi jak kolejne nudne kino, które w naiwny sposób stara się nas przygotować do konfrontacji z dziką naturą. Warto udać się do kina? Sprawdzamy opinie krytyków. Większość zachwyca się głównie psem Uberem w roli Odina.
Nazwisko Brada Pitta to często gwarancja jakości. Czy jednak tak jest i tym razem? Rok temu film "F1" zachwycił krytyków i widzów. Przy "W sercu dziczy" takiej jednomyślności już nie ma.
Najpierw fabuła: "W sercu dziczy" to historia byłego oficera sił specjalnych Jamesa Belmonta (Pitt) i jego psa o imieniu Odin, którzy przeżywają katastrofę samolotu i teraz muszą przetrwać w samym środku dziczy na Alasce. Opis sugeruje kino przetrwania i filmowe motywy, które zostały już przez licznych twórców wyeksploatowane na tyle sposobów, że nie ma sensu już po nie sięgać.
Zresztą sam trailer zapowiada, że będzie to kino akcji ze szczyptą humoru, a na głębsze doznania raczej nie mamy co liczyć. Czy jednak tak w istocie jest? Zerknijmy na recenzje.
"W sercu dziczy" z Bradem Pittem dzieli krytyków
Niezależny krytyk Jacek Cygan w serwisie Filmweb ostrzega, że "pies zjadł ekranowo Pitta, a nas wszystkich zjadł ten niedźwiedź, który miał więcej emocji na twarzy niż niektóre ofiary botoksu w Hollywood". "Czy tak powinno być?" – pyta sam siebie i od razu odpowiada, że nie jest do tego przekonany.
Radheyan Simonpillai, krytyk "Globe and Mail", twierdzi jednak, że "jeśli chodzi o czystą, konkretną akcję", film "dostarcza towar najwyższej próby – i to w stopniu, który usprawiedliwia nieco zbyt ciężką rękę twórców w momentach ckliwych". Radzi też, by zabrać na seans trochę chusteczek.
Nell Minow z "Movie Mom" jest podobnego zdania: "Pitt świetnie sprawdza się w relacji z Odinem (w którego wciela się pies o imieniu Uber), pozwalając nam poczuć łączącą ich głęboką więź".
Już jednak Peter Howell z "Toronto Star" potwierdza moje obawy i pisze, że scenariusz "nie zgłębia zbytnio motywacji bohaterów, a skrypt autorstwa debiutanta Camerona Alexandra jest tak oczywisty, jak czerwona linia wykreślona na mapie". Pociesza jednak, że mimo tego "historia ta ma w sobie pewną pomysłowość".
Zaki Hasan, autor "San Francisco Chronicle", zwraca z kolei uwagę nie na charyzmatycznego psa (choć on jeden!), ale głównego, ludzkiego bohatera, twierdząc, że produkcja to "pomnik magnetyzmu Brada Pitta – gwiazdorskiej charyzmy, która nie osłabła ani trochę po ponad trzech dekadach jego obecności w ścisłej czołówce Hollywood".
Lindsey Bahr z "Associated Press" wskazuje na to, że "film nie odbiega zbytnio od sprawdzonego schematu", "bywa przewidywalny, momentami mało wiarygodny, a chwilami wręcz ociera się o czystą propagandę". Jednocześnie jednak to "trzymająca w napięciu przygoda".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Warto obejrzeć "W sercu dziczy"? Pies Odin zachwycił krytyków i widzów
Podsumowując, "W sercu dziczy" raczej nie jest filmem, który próbuje wyważyć drzwi do historii kina. Recenzenci są zgodni, że twórcy korzystają ze sprawdzonego schematu, a scenariusz bywa przewidywalny i niezbyt subtelny. Jednocześnie produkcja ma oferować to, czego można oczekiwać od takiego widowiska – napięcie, akcję, emocje i przede wszystkim relację Brada Pitta z psem Odinem. Zresztą to właśnie zwierzak okazuje się dla części krytyków i widzów jedną z największych zalet filmu.
Czy nazwisko Brada Pitta jest gwarancją jakości? Nie zawsze, ale wygląda na to, że tym razem wystarcza, by uczynić z dość schematycznej historii całkiem sprawne kino rozrywkowe. Zwłaszcza że łączne noty są dość obiecujące: "W sercu dziczy" ma obecnie aż 88 procent pozytywnych recenzji i 96 (!) pochlebnych opinii widzów w agregatorze Rotten Tomatoes. Warto na koniec dodać, że Brad Pitt niedługo wraca jako kultowy bohater Quentina Tarantino.




