Survivalowiec mowi, jak przygotować się na wojnę
Survivalowiec mowi, jak przygotować się na wojnę. Fot. Shutterstock

– Zamiast wydawać publiczne pieniądze na kolejne książeczki o bezpieczeństwie, rząd powinien po prostu rozdać ludziom filtry do wody – przekonuje Grzegorz Kołakowski, emerytowany policjant i twórca Warmia Survival. Czy w razie wybuchu wojny albo nagłego kryzysu potrafimy poradzić sobie bez pomocy państwa? O błędach w pakowaniu plecaka ucieczkowego, mitach szkoleniowych i tym, co naprawdę może nas czekać podczas kryzysu, rozmawiamy z praktykiem.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Załóżmy, że mamy plecak ucieczkowy. Czy to znaczy, że jesteśmy przygotowani?

Grzegorz Kołakowski, emerytowany policjant, założyciel grupy Warmia Survival: Nie. To, że ktoś ma spakowany plecak, może mu w praktyce nic nie dać. Wszystko zależy od tego, co w nim jest, czy potrafimy z tego korzystać i do jakiej sytuacji się przygotowujemy. 

Inaczej przygotowujemy się na atak dronów, inaczej na działania militarne, a jeszcze inaczej na oblężenie miasta. Plecak trzeba też skompletować pod siebie i swoją rodzinę – każdy ma inną odporność na zimno, inne zdrowie i potrzeby.

Wiele osób zamiast kompletować taki zestaw samodzielnie, po prostu kupuje wyposażony plecak.

I to jest błąd. Przeglądałem zawartość tych zestawów i są tam rzeczy, które niewiele nam dadzą. Załóżmy pogodę jak teraz: deszcz, 14 stopni w dzień, a w nocy spadek do 7–8. I czteroosobowa rodzina ma spędzić noc w lesie. Co ma w plecaku? Śpiwór z folii NRC, w którym człowiek szybko się zapoci, bo materiał nie oddycha. To jest koc ratunkowy na chwilę, a nie sprzęt do biwakowania.

Budowa solidnego, wodoodpornego szałasu zajmuje dwie i pół godziny. Aż krew mnie zalewa, gdy widzę zdjęcia z niektórych szkoleń: trzy kijki postawione na krzyż i mówi się ludziom, że to jest szałas. To nie zapewnia odpowiedniej ochrony. Jeśli podczas działań wojennych ktoś ucieka z dziewięćdziesięcioletnią babcią i małym dzieckiem, a nie ma żadnego doświadczenia survivalowego, jest mu po prostu dużo trudniej.

Co w takim razie powinniśmy zabrać ze sobą?

Kupcie chociaż tarp – lekką płachtę biwakową, ważącą 300–400 gramów. Można z niej zrobić schronienie na wiele sposobów, ale trzeba to wcześniej przećwiczyć na łące, a nie wrzucić na dno plecaka.

Druga rzecz to waga: plecak nie powinien przekraczać 20 proc. masy ciała. Nie jesteśmy komandosami z GROM-u czy Formozy, którzy na selekcji pakują 20 kilo kamieni i robią kilkadziesiąt kilometrów w dobę. W rodzinie jedno schronienie wystarczy, bo nie wszyscy będą jednocześnie spać – ktoś musi czuwać.

A co z jedzeniem? Co warto mieć w plecaku na wypadek, gdybyśmy musieli spędzić poza domem więcej czasu?

Najczęściej słyszę: "A wezmę sobie konserwę". Tylko że puszka jest ciężka i w stosunku do swojej wagi nie dostarcza aż tak dużo kalorii. Ja na tysiącu kalorii zrobię 60 kilometrów w dwa dni, ale przeciętny człowiek pracujący w biurze nie będzie miał takich możliwości.

Żywienie się tym, co znajdziemy w lesie – topinamburem, komosą czy żołędziami – wymaga z kolei sporej wiedzy. Trzeba wiedzieć, co zbierać, kiedy i jak to przygotować, żeby się nie zatruć.

Jeśli ktoś nie ma doświadczenia, niech kupi żywność liofilizowaną – jest lekka, łatwa do przygotowania i wystarczy zalać ją wrzątkiem. Alternatywą mogą być zwykłe batony. Dostarczają dużo energii przy niewielkiej wadze.

Do tego prosta kuchenka turystyczna.

A czym rozpalać ogień?

Krzesiwo daje iskrę o bardzo wysokiej temperaturze, ale nie płomień. Jeśli ktoś nigdy wcześniej go nie używał, to w deszczu i zimnie może mieć problem z rozpaleniem ognia. Z każdego sprzętu trzeba umieć korzystać.

Co do ognia: zwykłe zapałki w kieszeni szybko zamokną i przestaną być użyteczne. Można mieć ze sobą zapalniczkę albo inne źródło ognia, które sprawdzi się także w trudniejszych warunkach. 

Jak zapalniczkę to tylko na benzynę lub wieczną zapałkę.

Do gotowania wystarczy niewielka kuchenka gazowa, która waży kilkadziesiąt gramów i zajmuje mało miejsca.

Dziwi mnie, że obrona cywilna nie wykorzystuje potencjału nieformalnych grup survivalowych. Sam w styczniu spędzam noce w jamie śnieżnej przy minus dwudziestu stopniach, bo lubię się sprawdzać. Pasjonaci z całej Polski chętnie nauczyliby ludzi podstaw. Choćby stosowania chemicznych ogrzewaczy za kilkanaście złotych – naklejasz taki na klatkę piersiową i płynąca z serca krew rozprowadza ciepło po całym ciele. 

Co jeszcze może się przydać?

Zamiast zwykłej plastikowej butelki można kupić stalową butelkę z kubkiem-menażką. Masz jedno naczynie, w którym przenosisz wodę, a w razie potrzeby możesz wykorzystać je także do przygotowania posiłku.

Do tego warto mieć butelkę filtrującą albo niewielki filtr do wody. Trzeba oczywiście sprawdzić, jakie konkretnie zanieczyszczenia usuwa dany model, bo nie każdy filtr działa w ten sam sposób.

Przypadkowa apteczka kupiona w Biedronce nie spełni swojej funkcji. Każdy z nas ma inne choroby, przyjmuje inne leki, dlatego apteczkę trzeba skompletować pod siebie i mieć zapas leków, które przyjmujemy na stałe. Warto też mieć podstawowe leki przeciwbólowe i środki do tamowania krwotoków. W czasie wojny leki przeciwbólowe i antybiotyki mogą stać się walutą.

Do tego absolutna perełka z apteki za parę złotych: nadmanganian potasu. Zrobisz nim wszystko: pomoże rozpalaniu ognia, odkazi ranę, uzdatni wodę do picia, a do tego leczy grzybicę stóp, co w długim marszu bez zmiany obuwia uratuje ci życie.

Czy warto mieć więcej niż jeden taki plecak – na przykład w domu, w pracy i w samochodzie?

Zamiast kupować trzy plecaki, lepiej mądrze spakować ekwipunek i podzielić go na trzy strefy.

Plecak łatwo stracić – mogą go zabrać na punkcie kontrolnym albo trzeba będzie go porzucić w biegu. Jeśli wszystko mamy w jednym miejscu, możemy zostać z niczym.

Dlatego dzielimy sprzęt na trzy poziomy. Pierwsza strefa to kieszenie, czyli rzeczy noszone bezpośrednio przy ciele. Druga to nerka albo torba biodrowa, a trzecia – plecak.

Chodzi o to, żeby najważniejsze rzeczy częściowo się powtarzały. Do nerki można wrzucić zapasową rację żywnościową, trochę wody, mały filtr, scyzoryk, ogrzewacz chemiczny i ponczo przeciwdeszczowe. Jeśli na punkcie kontrolnym każą ci oddać plecak, zostajesz przynajmniej z tym, co masz przy sobie.

I pamiętajcie: plecak schowany w domowej piwnicy na nic się nie przyda, jeśli kryzys zastanie nas w pracy. Taki pakunek powinien być dostępny także poza domem, na przykład w samochodzie.

A co może się przydać, jeśli podczas ewakuacji nagle załamie się pogoda?

Dobrym rozwiązaniem na załamanie pogody jest awaryjna płachta schronieniowa, tzw. group shelter – dwu- lub czteroosobowa. Nie wymaga stelaża ani kijów. Dopada cię ulewa – rozkładasz ją nad sobą, siadasz na plecaku i możesz przeczekać najgorsze w osłoniętym miejscu, ograniczając wychłodzenie.

I pamiętaj o konstrukcji samego plecaka: kupuj modele z solidnym pasem biodrowym. Jeśli cały ciężar wisi na ramionach, po kilku kilometrach będzie bardzo ciężko. Ciężar powinien w dużej części opierać się na biodrach.

Gdy narasta zagrożenie, pierwsza myśl to spakować się i uciekać. Lepiej ewakuować się od razu czy jednak zostać w domu?

Zależy, dokąd chcemy uciekać i na jak długo. W sytuacjach kryzysowych zwykle pojawiają się dwa scenariusze. Pierwszy: ludzie decydują się zostać w mieście – tak jak w Kramatorsku. Pracowali na mieszkanie całe życie i nie chcą go opuszczać. Gdyby miało dojść do odgórnej ewakuacji, podejrzewam, że wielu trzeba byłoby wyciągać siłą, z udziałem policji. Sam zresztą dobrze to rozumiem – też niechętnie zostawiłbym swój dom.

Ale pamiętajmy, że po dwóch tygodniach oblężenia w mieście może nie być już podstawowych usług. Przestają działać pompy, w kranach brakuje wody, a bez sprawnej kanalizacji miasto ma ogromny problem z funkcjonowaniem.

Drugi scenariusz to ucieczka. Tylko wtedy od razu pojawia się pytanie: dokąd właściwie zmierzamy?

Ludzie na forach najczęściej piszą: "Do lasu".

Ludzie potrafią zgubić się w terenie podczas zwykłego zbierania grzybów, a co dopiero pod presją! Wystarczy problem z infrastrukturą łączności, sieć może przestać działać i nawigacja w telefonie zamieni się w bezużyteczny ekran. A co z tego, że ktoś ma w plecaku kompas, skoro nie potrafi wyznaczyć azymutu ani zgrać go z mapą?

Dochodzi do tego tempo marszu. Przeciętny człowiek z ciężkim plecakiem nie przejdzie 7 kilometrów na godzinę – pokona najwyżej 3,5. A jeśli musisz uciekać z małym dzieckiem i starszą osobą, idąc na przełaj przez gęsty las, tempo może spaść do około 2 kilometrów na godzinę.

A co w sytuacji, gdy ewakuacja z miasta okaże się jednak nieunikniona?

Jeśli musimy uciekać, zamiast iść pieszo, lepiej rozważyć rowery z przyczepkami towarowymi. Na przyczepkę można załadować kilkadziesiąt kilo sprzętu, jedzie się znacznie szybciej, a w razie potrzeby można przenieść rower nad powalonym drzewem czy wyrwą w drodze.

Trasę ewakuacji trzeba przećwiczyć wcześniej z całą rodziną, wyznaczając dwa–trzy alternatywne warianty i konkretne punkty zborne. Dzieciom warto zapisać na ręce dane osobowe oraz numer telefonu – tak robili Ukraińcy w 2022 roku – i dać im małe, lekkie plecaki z gwizdkiem i własną racją żywnościową.

Grzegorz Kołakowski

emerytowany policjant, założyciel grupy Warmia Survival

Są też ludzie, którzy planują po prostu ucieczkę na własną działkę za miastem. Tylko warto pamiętać, że w razie kryzysu taka altana zostanie natychmiast okradziona, a pozostawione na wierzchu zapasy po prostu znikną. Zamiast trzymać cokolwiek w domku, zakopcie już teraz na działce szczelną, plastikową beczkę z liofilizatami poniżej granicy przemarzania gleby – czyli na głębokości około metra. Taki podziemny magazyn bez problemu przetrwa w ziemi cztery lata. 

O czym jeszcze musimy pamiętać w kwestii bezpieczeństwa w trakcie samej ucieczki?

Ucieczka samochodem może okazać się problemem – drogi mogą zostać zablokowane przez wojsko, a dla posterunku cywilne auto może być potencjalnym zagrożeniem.

Kolejna rzecz: żadnych strojów militarnych, żadnego kamuflażu czy panterki. Jeśli żołnierz albo snajper zobaczy z daleka kogoś w wojskowym ubraniu, może uznać go za zagrożenie. Lepiej postawić na zwykłe ubrania turystyczne, w stonowanych kolorach.

I pamiętajmy, że zagrożeniem mogą być też zdesperowani ludzie. Gdy wybuchnie wojna i zabraknie jedzenia, nawet sąsiad może przyjść po nasze zapasy. Podczas ucieczki trzeba podzielić role i pilnować się nawzajem. Jedna osoba śpi, druga czuwa, a po kilku godzinach następuje zmiana. Jeśli wszyscy wykończeni położą się spać jednocześnie, obozowisko pozostaje bez ochrony.

I pamiętajmy: jak nie ma prądu, to nie ma wody w kranie, bankomaty nie działają, na stacji nie zatankujesz, bo pompy są elektryczne, w markecie nie działają kasy, a żywność w chłodniach zaczyna się psuć. Zostaje nam co najwyżej mały wiejski sklepik, gdzie sprzedawca zna sąsiadów i wpisze zakupy na zeszyt.

Do tego dochodzi woda na trasę. Przy 72-godzinnym marszu czteroosobowa rodzina potrzebuje jej bardzo dużo – nikt nie udźwignie takiego ciężaru na plecach. 

Zamiast wydawać publiczne pieniądze na kolejne książeczki o bezpieczeństwie, rząd powinien kupić i rozdać ludziom filtry do wody. Dobry filtr waży około 150 gramów, kosztuje 150–200 zł, wystarcza na 10 tysięcy litrów i pozwala uzdatnić wodę nawet z leśnego źródła czy kałuży. Niesiesz litrową butelkę, a resztę pozyskujesz po drodze.

Kiedy jesteśmy już w drodze, na czym najłatwiej się potknąć?

Na butach i braku przygotowania. Mało kto ma dziś w domu porządne buty traperskie. W zwykłych adidasach po dwudziestu minutach marszu w deszczu masz mokre stopy. Zamiast wydawać pieniądze na gotowy plecak ucieczkowy, lepiej kupić najprostsze buty trekkingowe z membraną i dobry, ciepły polar.

Druga sprawa: uważajmy na półśrodki i przypadkowy sprzęt. Tanie awaryjne śpiwory z folii NRC nie są przeznaczone do spania w terenie. Można się w nich mocno zapocić, a mokre ubranie zwiększa ryzyko wychłodzenia. Co do ubioru: unikałbym bawełny. Dobrze sprawdza się wełna z merynosów – nawet gdy przesiąknie potem, nadal zapewnia izolację.

Ludzie często zapominają o ochronie przed insektami. W lesie komary i kleszcze potrafią mocno utrudnić marsz. Ja sobie poradzę – rozetrę wrotycz na ciele albo zapalę hubę, której dym może odstraszać owady. Ale zwykła rodzina bez odpowiednich środków przeciw owadom może mieć z tym spory problem.

A kiedy przychodzi noc? Jak przygotować się do spania w terenie, żeby nie zmarznąć?

Pamiętajmy o jednym: śpiwór sam w sobie nie grzeje. On zatrzymuje ciepło wytworzone przez nasze ciało. Dlatego śpiwór trzeba dobrać do osoby, która będzie w nim spała. Dorosły śpiwór może być po prostu za duży dla małego dziecka.

Druga rzecz to oznaczenia producentów. Temperatura ekstremalna, na przykład  -20, nie oznacza, że spokojnie prześpimy w takich warunkach noc. To parametr określający sytuację graniczną. Dlatego przy wyborze przede wszystkim patrzymy na temperaturę komfortu.

Co do materiałów: ciężki syntetyk może lepiej zachowywać właściwości izolacyjne po zamoknięciu. Z kolei puch po przemoczeniu traci część swoich właściwości. Wybierajmy więc sprzęt pod konkretne warunki i własne potrzeby. Gdy jadę na biwak z żoną, nawet latem muszę brać dla niej cieplejszy śpiwór, bo bardzo szybko marznie. Do tego dochodzi tarp, ogrzewacze chemiczne oraz apteczka skompletowana indywidualnie – zwłaszcza zapas leków, które przyjmujemy na stałe.

A co jeszcze warto mieć przy sobie podczas ewakuacji?

Warto nauczyć się obsługi kompasu albo mieć prosty GPS, który pozwoli określić kierunek do wybranego punktu.

I jeszcze dokumenty. Warto mieć ich cyfrowe kopie: akty urodzenia, dokumenty tożsamości, dyplomy czy akty notarialne. Można je zapisać na pendrivie. Dobrze mieć również aktualne zdjęcia członków rodziny. Jeśli w czasie ewakuacji ktoś się zgubi, a sieć komórkowa przestanie działać, takie zdjęcia mogą ułatwić poszukiwania. Kopie dokumentów mogą się też przydać po przekroczeniu granicy czy przy załatwianiu różnych formalności.

A jak poradzić sobie z brakiem światła, kiedy wysiądzie zasilanie?

Potrzebna jest solidna latarka czołowa, do tego pojemny powerbank i małe radio na korbkę. Gdy nie ma prądu ani internetu, radio może być jednym ze sposobów odbierania komunikatów o sytuacji.

Dobrym rozwiązaniem jest też przygotowanie tzw. świecy biedaka. Wystarczy puszka, kawałek kartonu i wosk sojowy, choć może być też zwykła parafina – wosk sojowy mniej śmierdzi i nie kopci. Mamy wtedy podręczną kuchenkę, źródło światła i ciepła. Dobrze wykonana świeca może palić się nawet osiem godzin. 

Mamy więc sprzęt, ale pozostaje pytanie, czy potrafimy z niego korzystać. Skąd czerpać wiedzę, jeśli chcemy naprawdę nauczyć się survivalu? Czy jest coś, co szczególnie poleciłby pan czytelnikom?

Nie warto uczyć się survivalu metodą prób i błędów, bo bez wiedzy można zrobić sobie krzywdę. Jeśli ktoś myśli o tym na poważnie, niech idzie na profesjonalne szkolenie.

Polecam też sięgać po autorytety, a nie po przypadkowych twórców z internetu. Bardzo polecam książkę Jacka Pałkiewicza "Wojna u progu", napisaną wspólnie z Krzysztofem Petkiem. Pałkiewicz to żywa legenda – założył pierwszą w Europie szkołę survivalu we Włoszech i został uhonorowany przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne w Londynie.

Ta książka jest genialna, bo krok po kroku, w osobnych rozdziałach, rozbija kryzys na konkretne fazy. Bardzo mocny jest zwłaszcza rozdział o pierwszych symptomach nadchodzącego konfliktu. Nikt przecież nie ogłosi w telewizji wprost: "Jutro wybuchnie wojna". Pałkiewicz punktuje te pierwsze, ciche sygnały.

Dalej są konkretne instrukcje na kolejne etapy: jak reagować w pierwszych 72 godzinach chaosu, jak zachować się w mieście i jak zmienia się psychika zdesperowanych ludzi.

W mediach publicznych powinien powstać stały program edukacyjny. Zamiast opierać edukację wyłącznie na ulotkach, telewizja mogłaby zapraszać praktyków: survivalowców, bushcrafterów, preppersów czy wojskowych.

Taki program pokazywałby konkretne rzeczy krok po kroku: jak zrobić schronienie, jak przygotować ognisko do gotowania czy jak bezpiecznie wygasić ogień. Tego rodzaju praktyczna edukacja mogłaby pomóc ludziom lepiej przygotować się na sytuacje kryzysowe.

Nie można sprowadzać przygotowania do prostego hasła: "kup plecak i uciekaj". Spójrzmy na Łotwę czy Litwę – mieszkańcy przygranicznych miejscowości wiedzą, gdzie mają się ewakuować, a Wilno rozmawia z samorządami o przyjęciu dużej liczby ludzi. Tymczasem u nas w przeciętnej gminie wiele osób może nawet nie wiedzieć, gdzie znajduje się punkt zborny, mimo że odpowiednie obiekty w terenie istnieją.

A jeśli nie musimy się ewakuować? Jak rozsądnie przygotować dom na wypadek kryzysu?

Dziś większość osób ma płyty indukcyjne i nowoczesne piece na prąd, a kominków jest coraz mniej. Kiedy gaśnie zasilanie, zostajemy bez ogrzewania i możliwości gotowania. Warto mieć choćby kuchenkę turystyczną i niewielki agregat prądotwórczy.

Co jeszcze powinien zrobić ktoś, kto całe życie spędził w bloku?

Zamiast uciekać w ciemno, lepiej przygotować mieszkanie.

Można wcześniej kupić płyty OSB. Jeśli w budynku nie ma schronu ani miejsca ukrycia, w razie zagrożenia schodzimy na niższe kondygnacje: do garażu podziemnego albo piwnicy. A jeśli zostajemy w mieszkaniu, wybieramy pomieszczenie bez okien, w głębi mieszkania – zazwyczaj będzie to łazienka. Dzieci można umieścić w wannie, a płytę OSB wykorzystać jako dodatkową osłonę. Przyda się też później, gdy fala uderzeniowa wybije szyby i trzeba będzie zabezpieczyć okna.

I jeszcze jedna rzecz: warto wiedzieć, gdzie znajdują się główne zawory gazu i wody oraz wyłączniki prądu, żeby w razie potrzeby móc szybko odciąć media.

Jak przetrwać bez wody i jedzenia?

Z jedzeniem nie jest najgorzej. Człowiek zwykle ma w szafce jakiś ryż, kaszę czy makaron – na tym można przetrwać kilka dni. Tyle że bez wody i tak sobie nie poradzimy, a tu widać największe braki w wiedzy.

Często obserwujemy panikę, gdy w wodociągach wykryją bakterie E. coli i odcinają wodę. Ludzie nie wiedzą, że E. coli ginie już w temperaturze 70°C! Zwykłe przegotowanie wody sprawia, że jest ona całkowicie bezpieczna do picia. Sanepid ze względów ostrożnościowych nakazuje używać jej najwyżej do spłukiwania toalety, ale technicznie rzecz biorąc – po zagotowaniu nadaje się do spożycia.

W sytuacji kryzysowej warto też wcześniej wiedzieć, skąd w naszej okolicy można ją pozyskać.

A co z higieną, kiedy w mieście wyłączą wodę i przestanie działać kanalizacja?

W terenie sprawa jest prosta: wykopujesz dołek, a po wszystkim zasypujesz go ziemią albo trocinami. W bloku jest trudniej. Najprostszym rozwiązaniem jest zapas grubych worków foliowych, które można nakładać na zwykłe wiadro. Płyny najlepiej oddzielać od reszty.

Warto też pamiętać, że przykłady z Ukrainy pokazują, jak ważne jest utrzymanie podstawowych usług komunalnych tak długo, jak to możliwe. Służby sprzątają gruz i wywożą odpady. To ważne ze względów sanitarnych, ale ma też znaczenie dla ludzi. Widok pracujących śmieciarek czy listonosza w oblężonym mieście daje sygnał, że podstawowe elementy systemu nadal działają.

A czy w mieście można znaleźć miejsca, które w razie zagrożenia mogą posłużyć za doraźne schronienie?

W każdym mieście są różnego rodzaju podziemne obiekty, które mogą dawać pewną osłonę. Warto wiedzieć, co znajduje się w naszej okolicy i które miejsca rzeczywiście mogą być wykorzystane w sytuacji zagrożenia.

W każdym mieście jest na przykład rozbudowana kanalizacja deszczowa i wielkie studnie chłonne zakopane prawie trzy metry pod ziemią. To czysta woda opadowa, a nie ścieki. Sam zszedłem kiedyś do takiej betonowej konstrukcji: zamykasz od góry ciężki dekiel i masz gotowy, doskonały schron dla trzech osób na czas ataku dronowego!

Warto też rozglądać się za starymi schronami pod blokami czy w gierkowskich "tysiąclatkach". Szkoły z lat 70. i 80. projektowano jako ewentualne szpitale polowe – mają wzmacniane stropy w rejonie szatni i instalacje pod tlen. Z kolei stare schrony osiedlowe mają wyjścia ewakuacyjne wyprowadzone daleko poza gruzowisko, co pozwala bezpiecznie wydostać się w razie zawalenia budynku.

Trzeba jednak wcześniej sprawdzić konkretny obiekt, bo samo zejście pod ziemię nie oznacza jeszcze, że mamy bezpieczne schronienie.

Jak dużo w sytuacji kryzysowej będziemy musieli zrobić sami?

Podczas działań wojennych możliwości państwa będą ograniczone. Najważniejsze będą wojsko, linia obrony i zaopatrzenie frontu, a zwykły obywatel będzie musiał w dużej mierze radzić sobie sam. I to nie jest powód do oburzenia – tak wygląda rzeczywistość konfliktu.

Państwo powinno też wspierać budowę miejsc, w których ludzie mogliby się bezpiecznie ukryć. Gotowa, betonowa ziemianka może kosztować kilka tysięcy złotych. Wkopana w ziemię może dawać dodatkową ochronę przed odłamkami i być miejscem schronienia. Gdyby wprowadzić ulgi podatkowe czy dofinansowania, być może więcej osób zdecydowałoby się na takie rozwiązanie. Dziś część ludzi próbuje organizować sobie schronienie na własną rękę.

Jesteśmy przygotowani na zagrożenia?

Wiele osób w Polsce nie potrafi dziś nawet rozróżnić sygnałów syren ostrzegawczych. Rządowe książeczki o bezpieczeństwie dają podstawowe informacje, ale nie zastąpią praktycznych umiejętności.

Wiedzę trzeba przetestować w praktyce. Trzeba po prostu wyjść przed dom, rozstawić tarp, sprawdzić filtr do wody i nauczyć się obsługi krzesiwa. Można zacząć od łatwej rozpałki, na przykład wacika kosmetycznego, a później próbować rozpalać ogień przy użyciu kory brzozy czy huby.

Takich rzeczy trzeba nauczyć się, zanim cokolwiek się wydarzy. Uczenie się obsługi sprzętu czy czytanie instrukcji w trakcie kryzysu bywa zabójcze. Przygotowujmy się w czasie pokoju.