
Wyją syreny. Jest alarm przeciwlotniczy, a twoje dziecko właśnie siedzi w szkole. Pierwszy odruch? Rzucić wszystko i pędzić, żeby je stamtąd zabrać. Problem w tym, że w obliczu zagrożenia taki rodzicielski instynkt może okazać się fatalnym doradcą. O tym, jakie zachowanie będzie najsensowniejsze rozmawiamy z ekspertem ds. bezpieczeństwa dr. Bartoszem Maziarzem
Aleksandra Tchórzewska: Wyobraźmy to sobie: jest południe, dziecko w szkole lub przedszkolu, a w związku z zagrożeniem wojennym zostaje zarządzona ewakuacja miasta. Co robi rodzic?
dr Bartosz Maziarz, ekspert ds. bezpieczeństwa: Większość, o ile nie wszyscy rodzice, zadziałałaby instynktownie i ruszyła w kierunku placówek edukacyjnych i opiekuńczych: szkół, przedszkoli czy żłobków. To naturalny impuls.
Spowodowałoby to jednak totalny paraliż i jeszcze większy chaos na ulicach miasta czy gminy. Efekt mógłby być taki, że nikt nie odebrałby dziecka, bo wszyscy utknęliby w tych samych korkach, łącznie ze służbami ratunkowymi, które w tym czasie mogłyby być potrzebne np. do akcji ratunkowej po uderzeniu bomby czy rakiety w budynek.
Pamiętajmy, że dzieci przebywające w szkołach, przedszkolach czy żłobkach są pod opieką nauczycieli. Placówki mają odpowiednie procedury również na tego typu sytuacje, czyli między innymi zasady ewakuacji dzieci. Mam nadzieję, że są one także sprawdzane w praktyce.
Co w takim razie powinien zrobić rodzic, który chce mieć pewność, że z dzieckiem wszystko jest w porządku?
Możemy, i pewnie będziemy chcieli, wysłać dziecku krótką wiadomość. Choć w szkołach obowiązują obecnie ograniczenia dotyczące korzystania z telefonów, w sytuacji zagrożenia możemy napisać: "Jestem. Postępuj zgodnie z poleceniami nauczyciela". Nie powinniśmy natomiast wykonywać wielu telefonów.
To zresztą zalecenie przekazywane przez oficjalne kanały, np. RCB. W sytuacjach zagrożenia powinniśmy w miarę możliwości korzystać z komunikatorów tekstowych i wiadomości SMS, żeby nie obciążać sieci komórkowej.
A gdzie w takiej sytuacji trafiają dzieci? Czy szkoły i przedszkola będą je kierować do schronów?
Nie będą kierowane do schronów, bo tych schronów po prostu nie ma i na razie nie będzie. Będą natomiast miejsca doraźnego ukrycia.
Trzeba też pamiętać, że w zależności od tego, w jakiej części kraju się znajdujemy, inaczej może wyglądać cała operacja ewakuacyjno-ratunkowa, w tym odbieranie dzieci z placówek.
Wschodnie województwa, ze względu na położenie geograficzne, są bardziej narażone na ewentualne działania kinetyczne niż województwa zachodniej czy centralnej Polski.
Nawet gdyby rozpoczął się najgorszy scenariusz, czyli konflikt pełnoskalowy, nie oznacza to, że w ciągu 10–15 minut, godziny czy pięciu godzin nasz kraj zostanie zalany przez wojska przeciwnika. Tak to nie będzie wyglądało.
Skąd rodzic ma wiedzieć, gdzie jest jego dziecko i czy zostało ewakuowane? Jak powinien wyglądać przepływ informacji między szkołą, służbami a rodzicami?
Moim zdaniem w szkole podstawowej niestety nie ma obecnie takiego systemu przepływu informacji. Prawdopodobnie będzie się to opierało na grupach klasowych, do których dołączony jest również nauczyciel.
Mówiąc krótko, będzie to trochę na zasadzie "rozpoznania bojem", jak często mówiło się w wojsku, czyli po prostu próby zarządzania chaosem.
Wiadomo, że będziemy chcieli jak najszybciej odebrać dzieci i dotrzeć do szkoły. Sam mam dziecko i wiem, jak trudne jest mówienie o tym w teorii, bo w sytuacji zagrożenia zadziała rodzicielski instynkt. Każdy z nas będzie chciał jak najszybciej odebrać dziecko, przez co sami będziemy poniekąd potęgować chaos.
A jeśli rodzic pracuje blisko szkoły i może szybko dotrzeć na miejsce – czy może odebrać dziecko w trakcie ewakuacji?
Jeżeli zostanie zarządzona ewakuacja, jedną z naczelnych zasad jest to, że musi być ona ściśle zorganizowana. Każdy przeszkolony pracownik szkoły, każdy nauczyciel wie, co ma zrobić z dziećmi, w jaki sposób je ewakuować i dokąd je skierować.
Mało prawdopodobne jest więc, aby rodzic mógł nagle wyciągnąć dziecko z tego procesu, ponieważ wszystko odbywa się zgodnie z określoną procedurą. Miejmy nadzieję, że te procedury zadziałają.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Czy w szkołach ćwiczy się ewakuację na wypadek zagrożenia militarnego?
W szkołach regularnie ćwiczy się ewakuację wynikającą z przepisów przeciwpożarowych, które nakładają na placówki taki obowiązek. Nie ćwiczy się natomiast ewakuacji na wypadek ataku z powietrza. Zresztą takiej ewakuacji nie ćwiczy się obecnie w żadnej instytucji.
Czy pana zdaniem powinno się ją ćwiczyć?
Moim zdaniem większy nacisk powinniśmy dziś położyć na edukację i świadomość obywateli, w tym również nauczycieli. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, co oznaczają syreny alarmowe i gdzie szukać informacji o tym, jak zachować się w sytuacji zagrożenia.
Pojawiające się w internecie głosy, że "nikt mnie nie nauczył" i "nikt nie wie, co ma robić", że obywatel został pozostawiony sam sobie, moim zdaniem nie są prawdziwe i wspierają rosyjską dezinformację.
Dziś kwestia alarmowania jest szeroko komentowana. Mamy różnego rodzaju aplikacje, poradniki bezpieczeństwa, pikniki edukacyjne, informacje w radiu. Właściwie nigdy wcześniej tego typu działań w Polsce nie podejmowano na taką skalę.
Organizowane są też szkolenia – od poziomu gminy, przez starostwa, aż po poziom centralny. Można zapisywać się na specjalne szkolenia dotyczące gotowości. Możliwości więc są. Bardziej chodzi o przełamanie bariery i zwiększenie świadomości. To jest tutaj kluczowe.
Czy Polacy chcą wiedzieć, jak zachować się w sytuacji zagrożenia? Chcą się szkolić?
W mojej ocenie wciąż za mało, a świadomość nadal jest zbyt niska. Eksperci, komentatorzy, administracja samorządowa i administracja zespolona, czyli wojewodowie, cały czas informują, apelują i organizują różnego rodzaju szkolenia.
Oczywiście nasi obywatele biorą w nich udział, ale uważam, że powinniśmy jeszcze bardziej wytężyć działania. Trudno mi jednak powiedzieć, co jeszcze możemy zrobić jako eksperci i osoby zajmujące się bezpieczeństwem, żeby ludzie chętniej korzystali z tych możliwości.
Łopatą do głowy tej wiedzy nie włożymy. A w sieci niestety nadal bardzo często pojawia się narracja, że obywatel zostaje sam, z czym nie mogę się zgodzić.
Co powiedziałby pan osobom, które uważają, że wystarczy “wyłączyć telewizor i nie śledzić wiadomości”, żeby czuć się bezpiecznie?
Czasy nam na to nie pozwalają. Jesteśmy bezpiecznym państwem, a co więcej, mamy dużą szansę zbudować najbardziej odporne społeczeństwo w tej części Europy, biorąc pod uwagę nakłady sił i środków przeznaczane zarówno na obronę cywilną, jak i na obronność.
Potrzebujemy jednak do tego wspólnego wysiłku.
To nie jest tak, że rząd zrobi za nas wszystko. My, jako obywatele, również musimy się zaangażować. Przede wszystkim potrzebne są chęci, a to już jest bardzo dużo.





