Zatroskany chłopak
Co prowadzi dziecko od dręczenia zwierząt i fascynacji przemocą do planowania ataku na ludzi? Pytamy psychologa, dr. Radosława Kaczana Fot. Shutterstock

Planował atak na szkołę, wcześniej znęcał się nad zwierzętami. Sprawa 13-latka wstrząsnęła opinią publiczną, ale psychologowie nie mają wątpliwości: tak drastyczne zachowania nigdy nie pojawiają się z dnia na dzień. – Wewnętrzne mechanizmy radzenia sobie nie rosną same z siebie, tak jak kości. Kształtują się w interakcji z drugim człowiekiem. Jeśli nikt nie nauczy dziecka, co ma robić z własnym życiem psychicznym, ono poszuka odpowiedzi na zewnątrz – ostrzega dr Radosław Kaczan, psycholog rozwoju człowieka.

REKLAMA

W poniedziałek 28 września pisaliśmy w naTemat.pl o 13-latku z Wąbrzeźna, który planował atak w szkole. W przygotowanym na lekcje plecaku miał bagnet, a w domu – tasak. Z ustaleń śledczych wynika, że wcześniej zabijał koty.

Tym razem tragedii udało się uniknąć. Mundurowi zatrzymali nastolatka w mieszkaniu, a o jego zamiarach zostali poinformowani przez Biuro Międzynarodowej Współpracy Policji KGP.

We wtorek do ataku doszło w szkole podstawowej na Słowacji. Uczeń ósmej klasy zaatakował ostrym przedmiotem nauczycieli i dzieci. Zginęła 61-letnia nauczycielka, a jeden z rannych uczniów jest w stanie krytycznym. Ranna została także inna nauczycielka.

Co prowadzi dziecko od dręczenia zwierząt i fascynacji przemocą do planowania ataku na ludzi? Jak na czas wyłapać sygnały ostrzegawcze i jaką rolę mają tu do odegrania rodzice? O to zapytałam psychologa, dr. Radosława Kaczana.

Aleksandra Tchórzewska, naTemat.pl: Wczoraj wstrząsnęła nami informacja o 13-latku, który planował zamach w szkole, a wcześniej znęcał się nad zwierzętami i je zabijał. Z punktu widzenia psychologii – co dzieje się w głowie takiego chłopca? Kiedy dręczenie zwierząt przeradza się w plan ataku na ludzi?

Dr Radosław Kaczan, psycholog rozwoju człowieka: W tym konkretnym przypadku nikt z nas tego nie wie. Sytuację znają przede wszystkim specjaliści i nauczyciele, którzy teraz zajmą się chłopcem. Jeśli jednak spojrzymy szerzej, dręczenie i zabijanie zwierząt w tym wieku to jeden z najbardziej drastycznych symptomów w psychopatologii. To wyraźny sygnał, że rozwój dziecka przebiega głęboko nieprawidłowo.

Z czego to wynika? Z jednej strony może mieć podłoże medyczno-biologiczne. Z drugiej – mogą za tym stać poważne problemy w socjalizacji i trudne relacje, które towarzyszą dziecku od wczesnych lat.

Do tego dochodzą problemy z radzeniem sobie ze stresem, komunikacją, wyrażaniem własnych emocji i brak bezpiecznej przestrzeni, żeby w ogóle móc je wyrazić. To może prowadzić do zachowań przemocowych: od ataków na zwierzęta, przez konflikty z rówieśnikami, aż po próby ataku na ludzi.

Czy jeśli ten chłopiec otrzyma pomoc, jest szansa, że odnajdzie się w społeczeństwie?

Trudno tu cokolwiek wyrokować. Wszystko zależy od natury problemu i od tego, jakiej pomocy dziecko potrzebuje. Szybka reakcja, o której mówią media, to stanowczo za mało. Tu nie mówimy o tygodniach czy miesiącach terapii, ale o latach.

Po drastycznym, nagłośnionym incydencie naturalnie rzuca się wszystkie siły i środki do szkoły czy rodziny. Pytanie brzmi: co dzieje się później, kiedy opadną emocje?

Największym problemem dzieci wchodzących na ścieżkę przemocy jest niestałość i brak jakiegokolwiek oparcia. W ich biografiach często dominują emocjonalne porzucenie, zaniedbanie i ignorowanie ich potrzeb. Nawet jeśli na chwilę pojawi się ktoś życzliwy, zaraz znika. To tylko utwierdza dziecko w przekonaniu, że na dorosłych nie można liczyć i trzeba radzić sobie samemu. Często prowadzi to do całkowitej dezorganizacji zachowania.

Jest w ogóle jakiś punkt zwrotny? Moment, w którym można to jeszcze zatrzymać?

Tak. Przełomem jest moment, gdy to dziecko – albo cała grupa rówieśnicza – w końcu komuś zaufa. Problem w tym, że takie działania rzadko są kontynuowane. Cykl zajęć się kończy, specjaliści odchodzą, a rodzice, często sami niewydolni wychowawczo, bez stałego wsparcia z zewnątrz znów zostają sami z problemem.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Jak rozpoznać granicę? Kiedy mroczna moda czy internetowy trend to jeszcze niewinna fascynacja, a kiedy w głowie dziecka zaczyna dziać się coś niebezpiecznego?

Dostrzeżenie tej granicy wymaga tego, czego dzieciom najbardziej brakuje: szczerej uwagi dorosłego. Żeby sprawdzić, czy została przekroczona, musimy po prostu mieć dostęp do wewnętrznego świata dziecka.

Nie potrzeba do tego dyplomu psychologa. Wystarczy czas i przestrzeń na rozmowę. Ale uwaga: rozmowę, a nie przesłuchanie. Chodzi o zwykły, codzienny kontakt. Kiedy dziecko mówi o tym, co przeżywa, samo zaczyna lepiej to rozumieć. Uczy się dystansu do własnych emocji i dowiaduje się, że złość czy nawet mroczne pragnienia są naturalne, ale wcale nie muszą prowadzić do destrukcji.

Wewnętrzne mechanizmy radzenia sobie nie rosną same z siebie, tak jak kości. Kształtują się w interakcji z drugim człowiekiem. Jeśli nikt nie nauczy dziecka, co ma robić z własnym życiem psychicznym, ono poszuka odpowiedzi na zewnątrz. Trafi na ludzi, którzy z podobnych fascynacji robią publiczne show i na tym zarabiają. Albo na takich, którzy posunęli się o krok za daleko.

Wtedy w głowie nastolatka może pojawić się myśl: "Czuję podobnie. A gdybym też tak zrobił?". Jeśli dziecko nie wyrobiło w sobie wewnętrznego głosu rozsądku – opartego na wcześniejszym dialogu z dorosłym – może nie wiedzieć, jak tę myśl odrzucić. Wtedy niebezpieczna podpowiedź z zewnątrz może stać się jego pierwszym i jedynym wyborem.

Czy powinniśmy kontrolować to, co dziecko robi w sieci – na przykład codziennie sprawdzać historię przeglądarki? Czy może wystarczy liczyć na to, że samo, w zaufaniu, o wszystkim opowie?

Jeśli pierwsze pytanie o to, co dziecko robi w internecie, zadajemy sobie dopiero wtedy, gdy ma ono 13 czy 14 lat, to najczęściej mamy już problem.

Nie chodzi o to, by rodzic wiedział wszystko i na poczekaniu sypał gotowymi rozwiązaniami – to fikcja. Jeśli jednak od najmłodszych lat towarzyszymy dziecku i wiemy, czym żyje, mamy szansę zauważyć, co je naprawdę angażuje. Możemy uważać jego fascynacje za głupie czy irytujące. Ważne, żebyśmy po prostu o nich rozmawiali. Wtedy nieporównywalnie łatwiej wychwycić moment, w którym dziecko natrafia na niebezpieczne treści.

Oczywiście dziecko może czuć wstyd i nie opowie o wszystkim od razu. Dlatego gdy rodzic widzi coś niepokojącego, ma nie tylko prawo, ale i obowiązek zareagować. Pytać, w razie potrzeby sprawdzić i postawić twarde granice: "Odpowiadam za ciebie, więc to podlega mojej kontroli. Łamiesz nasze umowy – ponosisz konsekwencje".

Chodzi o to, by szczerze nazwać emocje: złość dziecka, że czegoś mu się zabrania, i lęk rodzica, który na podstawie złych doświadczeń traci zaufanie.

A co w sytuacjach, gdy mleko już się rozlało i rodzic dowiaduje się o wszystkim po fakcie?

W pracy bardzo często obserwuję w takich momentach szok. Kiedy okazuje się, że dziecko uprawia hazard w sieci albo stosuje cyberprzemoc, rodzice trwają w zaprzeczeniu. Są święcie przekonani, że ono by czegoś takiego nie zrobiło.

Kluczowe staje się to, co zrobią po tym pierwszym wstrząsie. Czy spróbują naprawić sytuację, czy ulegną panice i skupią się na własnych emocjach zamiast na rozwiązaniu? W takim stanie rodzic sam sobie nie poradzi, potrzebuje wsparcia specjalistów.

Zamiast tego często wpada w pętlę wyrzutów sumienia: "Co zrobiłem źle? Jakim jestem ojcem, skoro moja córka wypisuje okropne rzeczy na klasowej grupie, a syn nagrywa, jak dręczy kolegę?".

Ale bywa też druga skrajność – rodzice, których sytuacja zupełnie nie interesuje. Nie podejmują nawet najmniejszej próby zbudowania z nastolatkiem kontaktu.

Nawet interwencja służb przy tak groźnych zdarzeniach nie wywołuje u nich żadnej refleksji?

Bywa i tak. Służby stawiają wtedy konkretne wymagania: na przykład wizytę u specjalisty albo rozpoczęcie leczenia. Część rodziców potakuje, deklaruje współpracę, po czym nic z tym nie robi. A bez wsparcia terapeutycznego czy medycznego problem ucznia po prostu pęcznieje.

Sąd rodzinny nie może w takich sytuacjach wydać twardego nakazu?

Może ograniczyć lub pozbawić władzy rodzicielskiej, może też przydzielić kuratora. Tyle że egzekwowanie tych kroków pod przymusem jest potwornie trudne. Powodzenie jakichkolwiek działań opiera się na choćby minimalnej woli współpracy.

Gdy rodzic składa deklarację poprawy, specjaliści początkowo przyjmują ją za dobrą monetę. A potem okazuje się, że dziecko nie ma diagnozy, nie leczy się, a w szkole jest coraz gorzej. Wtedy sprawa znów eskaluje, ale to wszystko pożera czas.

Gdyby była współpraca, procedura trwałaby znacznie krócej. Dla nauczycieli i szkolnych psychologów to niestety codzienna rzeczywistość. Jeśli zabraknie współdziałania po stronie dorosłych, trudno oczekiwać, że zachowanie dziecka nagle samo się poprawi.