Dziecko odebrane rodzicom.
Tak działa system odbierania dzieci w Polsce Fot. Shutterstock

Kontrowersje wokół ostatnich działań Rzeczniczki Praw Dziecka wywołały silne emocje. My przyglądamy się jednak szerzej temu, co dzieje się z dzieckiem, kiedy nagle musi opuścić dom. – Interwencja to tak naprawdę kolejny etap historii, która zaczęła się dużo wcześniej – mówi w rozmowie z naTemat mec. Emilia Naumann – adwokatka i psycholożka doskonale znająca polski system ochrony dzieci.

REKLAMA

14 sierpnia 2026 roku na warszawskiej Białołęce Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak była świadkiem sytuacji, w której matka szarpnęła dziecko i na nie krzyczała. Wezwani na miejsce policjanci, a następnie kurator sądowy nie stwierdzili podstaw do odebrania dzieci.

Mimo to kilka dni później rodzeństwo trafiło do placówki opiekuńczej. Sąd rodzinny nakazał ich natychmiastowy powrót do rodziców. Sprawa wywołała pytania o granice ingerencji państwa w życie rodziny i kompetencje Rzeczniczki Praw Dziecka.

W naTemat w rozmowie z mec. Emilią Naumann, adwokatką, ekspertką w zakresie prawa rodzinnego, Wiceprzewodnicząca Sekcji Praw Dziecka w Izbie Adwokackiej w Warszawie oraz psycholożką, przyglądamy się jednak szerzej temu, kiedy państwo może odebrać dziecko rodzicom, jak wygląda taka interwencja i jakie mogą być jej konsekwencje dla dziecka i rodziny.

Aleksandra Tchórzewska: Jak długo jest pani w zawodzie?

mec. Emilia Naumann, adwokatka, psycholożka: Od 25 lat.

Czy w tym czasie spotkała się pani z sytuacją, w której dziecko zostało odebrane rodzicom, a później okazało się, że interwencja była niezasadna?

Nie przypominam sobie takiego przypadku.

Zdarza mi się natomiast obserwować naprawdę straszliwe nadużycia związane z ustawą o przeciwdziałaniu przemocy domowej – procedurą Niebieskiej Karty, wszelkimi zakazami i nakazami. Dla byłych partnerów to czasem po prostu element rozgrywki. Zakładają sobie nawzajem Niebieskie Karty, traktując je czysto instrumentalnie. Następnie przedkładają dokumenty z tym związane we wszystkich toczących się postępowaniach sądowych, licząc, że sąd wyciągnie z tego daleko idące wnioski.

I wyciąga?

Czasem rzeczywiście tak. Samo określenie kogoś mianem "osoby stosującej przemoc" jest stygmatyzujące, jeśli nie było solidnej weryfikacji. Kiedy taka łatka zostanie już przyklejona, bardzo trudno ją odkleić – nawet jeśli po wyjaśnieniu sprawy okazuje się, że ta osoba wcale przemocy nie stosowała. Tylko że wtedy bywa już za późno, bo sąd zdążył podjąć decyzje dotyczące rodziny. 

Sama ustawa jest bardzo dobra: reguluje, piętnuje i pomaga zwalczać przemoc. Niestety, daje też pole do poważnych nadużyć.

Wspomniała pani mecenas o decyzjach podejmowanych przez sąd. A co w sytuacjach nagłych, krytycznych? Kiedy państwo może odebrać dziecko rodzicom bez wcześniejszej zgody sądu? Jakie przesłanki muszą zostać spełnione, żeby służby przyjechały na miejsce i zabrały dziecko z domu?

Prawo dopuszcza taką możliwość tylko w jednym przypadku, który wynika z ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Zgodnie z art. 12a, jeśli istnieje zagrożenie życia lub zdrowia dziecka w związku z przemocą domową, pracownik socjalny w towarzystwie funkcjonariusza policji ma prawo odebrać dziecko z rodziny.

Nie zależy to jednak wyłącznie od swobodnego uznania pracownika socjalnego. Służby posługują się specjalnym kwestionariuszem szacowania ryzyka, który zawiera konkretne kategorie zdarzeń i sytuacji dotyczących dziecka. Decyzja nie jest więc podejmowana dowolnie, ale w ramach ściśle określonej procedury.

Co w praktyce oznacza takie zagrożenie życia lub zdrowia? O jakich konkretnie sytuacjach mówimy?

Chodzi o przypadki, w których wobec dziecka stosowana jest bezpośrednia przemoc fizyczna – jest bite, kopane, szarpane czy obezwładniane – i istnieje realne ryzyko, że doznało z tego powodu obrażeń. W najcięższych sytuacjach taka agresja ze strony dorosłego zagraża zdrowiu lub życiu dziecka.

Widoczne na ciele ślady – siniaki, wybroczyny czy oparzenia – to bezpośrednie czynniki wysokiego ryzyka, które jasno wynikają z kwestionariusza szacowania ryzyka. Podobnie wygląda kwestia wykorzystania seksualnego, jeśli istnieją wiarygodne przesłanki lub zgłoszenia dotyczące takiego zdarzenia.

Pamiętajmy, że w przeszłości odbieranie dzieci z rodzin niejednokrotnie wywoływało w Polsce ogromne oburzenie społeczne. Pracownicy socjalni, którzy podejmowali te decyzje byli później poddawanie wielką  falą krytyki. Czasem te odbiory były uzasadnione, czasem być może nadmierne, jednak ich ostateczna ocena zawsze należy do sądu.

A co w sytuacji, gdy dziecko jest zdrowe, czyste i zadbane, ale rodzic jest na tyle pijany, że nie potrafi się nim zaopiekować? Czy wtedy również może dojść do odebrania, czy najpierw szuka się trzeźwego opiekuna?

Odebranie dziecka to zawsze ostateczność, najbardziej drastyczna reakcja państwa. Dlatego w takich sytuacjach w pierwszej kolejności szuka się rozwiązania, które pozwoli zabezpieczyć dziecko bez konieczności zabierania go z rodziny.

Nawet jeśli istnieją podstawy do takiej interwencji, najpierw sprawdzamy, czy można uniknąć umieszczenia dziecka w placówce opiekuńczej lub rodzinie zastępczej. Szuka się pomocy u bliskich: babci, dziadka, cioci czy wujka. 

Ogromne znaczenie ma tu również wiek dziecka. Inaczej wygląda sytuacja, gdy nietrzeźwy rodzic ma pod opieką dwunastolatka, a zupełnie inaczej, gdy obok znajduje się niemowlę czy dwulatek. Zawsze jednak trzeba sprawdzić, czy jest inna osoba, która może bezpiecznie przejąć opiekę, a wobec pijanego rodzica podejmowane są dalsze kroki prawne w odpowiednim trybie.

Jaką rolę w tego typu interwencjach odgrywa wcześniejsza historia rodziny? Czy założona Niebieska Karta, poprzednie interwencje policji, nadzór kuratora albo toczące się postępowania sprawiają, że pracownicy socjalni inaczej oceniają kolejne zdarzenie?

Tak, to ma bardzo duże znaczenie przy szacowaniu ryzyka. Uwzględnia się wszystkie wcześniejsze interwencje czy założoną Niebieską Kartę. Zwraca się też uwagę na to, czy w rodzinie jest małe dziecko – poniżej trzeciego roku życia.

Istotne mogą być również informacje o kryzysach psychicznych, na przykład zgłaszane przez samo dziecko myśli samob*jcze, z czym niestety spotykamy się także w szkołach czy nawet przedszkolach. Zwłaszcza jeśli podobne incydenty i interwencje się powtarzają, wszystkie te sygnały ważą bardzo dużo przy całościowej ocenie sytuacji.

Rozumiem oczywiście, że celem interwencji jest ochrona dziecka i to jest priorytet, ale chciałabym panią zapytać – jako że jest pani również psycholożką – co czuje takie dziecko w tym momencie? 

Ja spojrzałabym na to z innej perspektywy: przede wszystkim na to, co działo się w tym domu wcześniej. Jeżeli rodzina przechodzi tylko przejściowy kryzys, interwencja może się zdarzyć, ale służby zazwyczaj wkraczają tam, gdzie sytuacja jest już naprawdę bardzo trudna. Dlatego zawsze zadaję sobie pytanie: co to dziecko przeżywało, zanim doszło do interwencji?

Mogło przecież na co dzień doświadczać lęku, braku poczucia bezpieczeństwa, odrzucenia czy zaniedbania, które samo w sobie jest formą przemocy i niesie poważne konsekwencje dla rozwoju.

Interwencja to tak naprawdę kolejny etap historii, która zaczęła się dużo wcześniej.  Zgoda, dla dziecka to z pewnością trudne i stresujące przeżycie, ale musimy się zastanowić, czy dyskomfort związany z przeprowadzką jest większy niż codzienne cierpienie: to, że było bite, wyzywane, głodne czy szło zawstydzone do szkoły, bo nie miało potrzebnych rzeczy.

Często jednak, patrząc na moment odebrania, wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze i z niepokojem zastanawiamy się: co z tym dzieckiem będzie, dokąd ono teraz trafi?

Mam wrażenie, że pytając o moment odebrania dziecka, często patrzymy na tę sytuację oczami dorosłych: "Moje biedne dziecko zostało wyrwane z pięknego, różowego pokoju i dokąd ono teraz trafi? Pewnie do jakiegoś przytułku". To tak nie wygląda.

System pieczy zastępczej w Polsce ma oczywiście swoje wady, ale również ma zalety i funkcjonuje prawidłowo. Dziecko może trafić do pieczy instytucjonalnej, co bywa mniej korzystne, ale może też trafić pod opiekę najbliższej rodziny – kochającej babci, cioci czy wujka. Nie można więc powiedzieć, że zabranie z domu to dla dziecka wyłącznie dramat. Owszem, to dramat dla całej rodziny, ale dla samego dziecka to czasem jedyny ratunek.

 Znam sprawy, w których starsze dzieci same błagały, by je zabrać z domu. Znam też takie, w których dzieci dopiero po trafieniu do rodziny zastępczej zaczynały mówić o tym, czego naprawdę doświadczały w domu rodzinnym, bo dopiero pod opieką rodziny zastępczej poczuły się bezpiecznie. To wszystko są niezwykle skomplikowane sprawy.

Czy dziecko powinno wiedzieć, dlaczego zostaje odebrane rodzicom? Jak z nim o tym rozmawiać, żeby zminimalizować lęk i zagubienie?

Dziecko powinno otrzymać informację o tym, co się z nim dzieje. Należy mu to wyjaśnić w sposób dostosowany do jego wieku i możliwości poznawczych. Czterolatek potrzebuje bardzo prostego komunikatu, z kolei nastolatkowi trzeba podać znacznie bardziej szczegółowe wyjaśnienie. Najważniejsze, by dziecko wiedziało, co się dzieje, dlaczego opuszcza dom i co wydarzy się dalej.

Szczególnie trudne są momenty, w których rodzic sprzeciwia się odebraniu dziecka albo interwencja ma bardzo gwałtowny, emocjonalny przebieg. Wtedy ogromne znaczenie mają kompetencje pracownika socjalnego i policjanta. Od sposobu, w jaki przeprowadzą interwencję, w dużej mierze zależy, czy uda się oszczędzić dziecku dodatkowego stresu i lęku.

Gdy słyszymy o gwałtownych interwencjach, w głowie od razu pojawia się obraz wyrywania dziecka: przychodzi pracownik socjalny z policją i zabiera je siłą. Czy w praktyce tak to wygląda? 

W Polsce opieka nad dzieckiem jest ustawiona w taki sposób, że rodzice często mają poczucie pewnego władztwa nad dzieckiem. Wynika to być może również z terminologii prawniczej i z historii rozwoju praw dziecka.

Kiedy myślimy o relacji rodzic–dziecko, mówimy przecież o "władzy rodzicielskiej". To określenie niesie ze sobą wiele skojarzeń: "to jest moje dziecko", "nikt nie ma prawa się wtrącać", "to ja decyduję". Gdyby zamiast "władzy rodzicielskiej" mówić o "odpowiedzialności rodzicielskiej", niosłoby to zupełnie inny przekaz – podkreślałoby przede wszystkim odpowiedzialność rodzica za dziecko. 

mec. Emilia Naumann

adwokatka, psycholożka, ekspertka w zakresie prawa rodzinnego, Wiceprzewodnicząca Sekcji Praw Dziecka w Izbie Adwokackiej w Warszawie

Gdyby matka składała do sądu wniosek o pozbawienie ojca odpowiedzialności rodzicielskiej albo ojciec – matki, być może łatwiej byłoby patrzeć na taki spór nie jak na osobistą urazę czy walkę o własne ambicje, ale właśnie przez pryzmat odpowiedzialności za dziecko.

Myślę, że określenie "wyrywanie dziecka" również wiąże się z takim poczuciem władztwa rodziców nad dziećmi. Nie mówię oczywiście, że samo przywiązanie i uczucia rodziców do dzieci są czymś złym. Jest mnóstwo rodziców, którzy bardzo dobrze zajmują się swoimi dziećmi. Niestety są też rodziny, w których dzieci są zaniedbywane albo ich potrzeby w ogóle nie są zaspokajane. Sądy rodzinne są pełne takich spraw.

Ciąg dalszy wywiadu poniżej

We wrześniu ukazał się raport organizacji pozarządowych monitorujących wdrażanie zaleceń Komitetu ONZ ds. Praw Dziecka w Polsce. Z danych przedstawionych w tym raporcie wynika, że w czerwcu 2026 roku ponad 1500 dzieci oczekiwało w Polsce na przyjęcie do pieczy zastępczej. Powód jest prosty: brakuje rodzin zastępczych. 

W efekcie dzieci, których dobro jest zagrożone w rodzinach biologicznych, czasami miesiącami, a nawet niemal rok czekają na umieszczenie w pieczy zastępczej. To również coś mówi o tym, jak wygląda odpowiedzialność rodzicielską, ile pomocy ze strony całego systemu potrzebne jest rodzinom.

Wyobraźmy sobie rodzica, który uważa, że dziecko zostało mu odebrane niesprawiedliwie, i chce je odzyskać. Jakie ma możliwości? Gdzie powinien się zgłosić? Czy rzeczywiście zdarzają się sytuacje, w których rodzic dostaje drugą szansę?

Rodzic dostaje od sądu mnóstwo szans. Sądy są wobec rodziców biologicznych bardzo uprzejme i dają im niezliczoną liczbę możliwości. Czasem uważam, że aż za dużo.

Jeżeli dziecko zostało odebrane przez pracownika socjalnego, mówimy o sytuacji wyjątkowej, ponieważ – co do zasady – to sąd decyduje o tym, czy dziecko ma być wychowywane poza rodziną. W takim przypadku sąd musi natychmiast zweryfikować, czy decyzja o odebraniu dziecka była słuszna.

Rodzic może więc działać od razu. Powinien zgłosić się do sądu i wziąć udział w postępowaniu, w którym zostanie ocenione, czy dziecko zostało odebrane zasadnie.

Sąd daje rodzicom naprawdę mnóstwo kół ratunkowych: proponuje terapię, leczenie odwykowe czy udział w terapii dla sprawców przemocy. Jeżeli rodzice z tego korzystają i pokazują sądowi autorefleksję, sytuacja dziecka może się poprawić.

Niestety, rzadko się to zdarza. Rodzice często czują się po prostu urażeni: "Jak to? Przecież jestem supermamą, supertatą i nikt nie będzie się tutaj mieszał, a już szczególnie pani z OPS-u".

Jestem ciekawa, jak pani mecenas zapatruje się na sprawę Rzeczniczki Praw Dziecka. Pani rzecznik twierdzi, że zareagowała, bo była świadkiem przemocy, i wolała, żeby sprawa zakończyła się w ten sposób, niż powtórzyła się sytuacja Kamilka z Częstochowy.

Nie chciałabym komentować tej konkretnej sprawy (szczegóły znajdziesz tutaj - przyp.red.) Powiem natomiast szerzej: przemoc karmi się milczeniem. Jeżeli nie reagujemy, przyzwalamy na to, by sytuacje, które dzieją się w przestrzeni publicznej, ale też wśród naszych bliskich, uchodziły bez reakcji.

Uważam więc, że reagowanie na ulicy czy w innej przestrzeni publicznej na zachowania opiekunów wobec dzieci jest potrzebne, jeżeli widzimy, że przekraczają one granice. Czasem wystarczy zwrócić uwagę, żeby rodzic, który pod wpływem emocji stracił panowanie nad sobą, zatrzymał się i zreflektował.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę prowadzi kampanię "REAGUJ na przemoc wobec dzieci!" , która właśnie do tego zachęca – żeby reagować, kiedy widzimy dorosłego krzyczącego na dziecko czy szarpiącego je. Można powiedzieć: "Widzę, co się dzieje. Być może potrzebujesz pomocy. Proszę, przestań". Taka reakcja może spotkać się z negatywną odpowiedzią, ale czasem rzeczywiście powoduje, że rodzic się zatrzymuje.

Sama kilka razy zwracałam uwagę osobom, które bezrefleksyjnie krzyczały na dzieci, zwłaszcza gdy było widać, że są one przerażone. Takie wytrącenie rodzica z tego stanu może sprawić, że trochę ochłonie. Co do zasady nie powinniśmy być na siebie nawzajem obojętni. Reagowanie jest czymś, co pomaga.

W Olsztynie był niedawno przypadek, kiedy kobieta zobaczyła z okna mężczyznę z płaczącym dzieckiem na rękach, który wsiadał z nim do samochodu. Obawiała się, że dziecko może doświadczać przemocy albo zostać uprowadzone, więc zadzwoniła na służby. Funkcjonariusze pojechali do rodziny i okazało się, że wszystko jest w porządku. Internauci się podzielili: jedni chwalili kobietę za czujność, inni krytykowali za nadgorliwość i wtrącanie się w nieswoje sprawy. 

Ludzie często się wahają: dzwonić, nie dzwonić, reagować czy nie reagować?  Ale jeżeli nawet na sto reakcji jedna okaże się uzasadniona i dzięki niej uda się uratować życie dziecka, to być może warto reagować.

Po to istnieje system, po to są organy ścigania i pomoc społeczna – żeby pomagać i sprawdzać, co się dzieje. Sama świadomość, że ktoś może zareagować i sprawdzić sytuację, może też powstrzymać innych przed przemocą. Jeżeli człowiek wie, że podniesienie ręki na dziecko, krzyk czy wyzwiska mogą spotkać się z reakcją, być może dwa razy się zastanowi, zanim tak się zachowa.

Zmiana społecznych nawyków jest bardzo trudna i trwa latami. Jesteśmy dziś w momencie, w którym o przemocy i jej przeciwdziałaniu mówi się bardzo dużo. Powstają kolejne zespoły i instytucje, których zadaniem jest monitorowanie i przeciwdziałanie przemocy.

W społeczeństwie, w którym przemoc jest wciąż silnie obecna, takie działania mogą początkowo spotykać się z negatywną reakcją. Jesteśmy jednak na drodze do tego, by z czasem ten odbiór się zmienił.