Ze zdjęcia dziecka przy oknie wyczytają, gdzie mieszkasz
Prywatny profil w mediach społecznściowych? Ekspertka wyjaśnia, dlaczego to iluzja. Fot. naTemat.pl

– Pewna mama opisała mi historię, gdy wystawiła ubranka dziecięce na sprzedaż w serwisie Vinted. Wkrótce dostała wiadomość od zupełnie obcej osoby: "Odbiorę te rzeczy osobiście, bo widziałam ten pokój z okna i wiem, gdzie pani mieszka” – opowiada Klaudia Topolska, ekspertka do spraw cyberbezpieczeństwa, w sieci znana jako CyberWilczyca. W rozmowie naTemat pokazuje, jak z drobnych szczegółów publikowanych w sieci można złożyć zaskakująco dokładny obraz naszego życia.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska, naTemat.pl: Większość rodziców, widząc w sieci zdjęcie dziecka z miską płatków przy oknie, dostrzega po prostu uroczy, rodzinny poranek. Pani widzi w tym kadrze coś zupełnie innego: precyzyjną lokalizację, rozkład mieszkania, markę płatków czy ulubioną bajkę malucha. Kiedy zaczęła pani patrzeć na takie publikacje oczami specjalistki od bezpieczeństwa?

Klaudia Topolska, ekspertka do spraw cyberbezpieczeństwa: Szczerze mówiąc, dopiero wtedy, gdy sama urodziłam dziecko. Narzędzia OSINT-owe, czyli tak zwany biały wywiad, znałam już ze swojej pracy zawodowej. W sektorze cyberbezpieczeństwa łączenie w całość drobnych, z pozoru niepowiązanych informacji, często pochodzących z różnych źródeł to codzienność.

Dopiero jednak, gdy zostałam mamą i zaczęłam bliżej przyglądać się sharentingowi (czyli regularnemu, często nieprzemyślanemu publikowaniu wizerunku i danych dzieci w sieci), moja perspektywa całkowicie się zmieniła.

Dziś, widząc zdjęcie dziecka przy oknie, od razu układam z niego całą mozaikę. Widok za szybą może być niezwykle łatwy do zidentyfikowania – czasem wystarczy wykorzystać do tego narzędzia sztucznej inteligencji.

Co więcej, w sieci istnieją specjaliści i pasjonaci, chociażby na TikToku, którzy rywalizują o to, kto szybciej zlokalizuje miejsce ze zdjęcia. Młodzi ludzie potrafią wskazać kraj, miasto, a nawet konkretną ulicę na podstawie fragmentu chodnika czy kształtu latarni.

To, co rodzicom wydaje się miłym, bezpiecznym kadrem, w rzeczywistości może ujawniać mnóstwo danych. A znajomość ulubionych płatków czy bajek może zostać wykorzystana w socjotechnice. Oszust może w ten sposób zbudować fałszywe poczucie bliskości z dzieckiem lub jego opiekunem – sprawiać wrażenie, jakby doskonale ich znał.

Patrzę na zdjęcia inaczej, bo wiem, jak wiele danych można z nich wyczytać.

Jakie są niebezpieczeństwa wynikające z tego, że tak hojnie i często nieświadomie dzielimy się szczegółami z naszego życia w sieci?

Doskonałym przykładem jest historia, którą opisała mi jedna z obserwatorek na Instagramie. Na grupie facebookowej poświęconej budowie domów pojawił się post z prośbą o poradę przy wyborze elewacji. Autorka dołączyła zdjęcie swojego domu; na podjeździe stały samochody, a w tle widać było bawiące się dzieci. Dwa tygodnie później ta sama kobieta poinformowała na grupie, że jej dom został okradziony.

Ktoś o złych intencjach po prostu połączył kropki. Profil autorki posta był otwarty: widać było ładny dom, drogie auta, informację o małych dzieciach. Wystarczyło poczekać na wpis z cyklu: "Zaczynamy wakacje!". Dla złodzieja to gotowe zaproszenie. Chcemy dzielić się z innymi naszą radością, ale zapominamy, że o naszym wyjeździe powinni wiedzieć najbliżsi, a nie cały internet.

O naszych dzieciach także? Często powtarza pani, że dziecko nie jest naszą własnością. Tymczasem większość rodziców ma telefony pełne zdjęć i absolutne poczucie władzy nad tym, co i kiedy wrzucą do sieci.

Tak, bo dziecko nie jest naszą własnością, tylko osobną osobą z własnymi prawami. Mamy władzę rodzicielską, ale mamy też obowiązek je chronić. Tymczasem, publikując zdjęcia bez jego zgody, często bezrefleksyjnie naruszamy jego prawo do prywatności.

Często usprawiedliwiamy się: "Przecież pięciolatek uśmiecha się do aparatu, chętnie pozuje, robi śmieszne miny, więc pewnie tego chce". Tyle że takie dziecko nie ma jeszcze świadomości, czym jest internet. Zgoda na zrobienie zdjęcia nie oznacza przecież zgody na pokazanie go całemu światu.

Klaudia Topolska

ekspertka do spraw cyberbezpieczeństwa

Z tego podejścia zrodziło się zresztą bardzo niepokojące, a niestety popularne w sieci zjawisko – tak zwany troll parenting. To sytuacje, gdy rodzice dla żartu publikują zdjęcia płaczącego czy umorusanego przy jedzeniu malucha. Ryzykują, że za kilkanaście lat te same kadry zostaną użyte przeciwko dorastającemu już dziecku.

Wchodzimy tu prosto w obszar cyberprzemocy. Jeśli nasz profil w mediach społecznościowych jest otwarty, zdjęcie pięciolatka staje się łatwym łupem. Gdy to samo dziecko ma piętnaście lat – a to wiek, kiedy w szkole zdarzają się konflikty i rówieśnikom do głowy wpadają przeróżne pomysły – jeden kadr z przeszłości może wywołać lawinę problemów.

Raport aplikacji Kids Alert wyróżnia aż 40 form cyberprzemocy. Jedną z nich jest właśnie pobranie przez kolegów ze szkoły starego zdjęcia z profilu rodziców i zrobienie z niego mema. Czasem nawet nie trzeba niczego przerabiać.

Samo udostępnienie takiej fotografii – choćby tej z buzią brudną od pierwszego posiłku – w klasowym gronie może stać się powodem do kpin. Wyobraźmy sobie, jak czuje się wtedy taki nastolatek.

A przecież niektórzy rodzice potrafią jeszcze na takich treściach zarabiać. Internet jest pełen kont opartych wyłącznie na udostępnianiu wizerunku dzieci.

Zgadza się. Zauważam jednak – i bardzo mnie to cieszy – że ten trend zaczyna się powoli odwracać. Coraz więcej influencerów przyznaje: "Nie wiedzieliśmy, do czego to prowadzi, nie mieliśmy świadomości zagrożeń płynących z technologii i sharentingu. Przestajemy to robić".

Apelują do innych i głęboko wierzę, że im więcej osób będzie potrafiło przyznać się do błędu, tym szybciej nastąpi w społeczeństwie to potrzebne „kliknięcie”. Wcześniej, ze względu na powszechność zjawiska, ulegaliśmy złudzeniu normalizacji. Skoro wszyscy wokół publikują zdjęcia dzieci, to dlaczego moje ma być wyjątkiem?

Od kilku lat nie publikuję już zdjęć mojej córki, ale wcześniej żyłam w "bańce rodzicielskiej". Sądziłam, że skoro udostępniam niewiele, a mój profil jest prywatny i dostępny tylko dla znajomych, to moje dziecko jest w pełni bezpieczne. Gdzie tkwił błąd w takim myśleniu?

Prawda jest taka, że nasz "prywatny" profil w mediach społecznościowych, choć formalnie zamknięty dla obcych, nierzadko gromadzi setki znajomych. Średnio to około dwustu osób, ale bywają profile liczące ich ponad tysiąc.

Czy naprawdę znamy je wszystkie i ufamy im na tyle, by dzielić się z nimi swoim życiem? To zazwyczaj znajomi ze studiów, z akademika czy z poprzedniej pracy – ludzie z naszej przeszłości, z którymi dawno straciliśmy kontakt. Z całą pewnością nie należą już do naszego zaufanego kręgu.

Druga sprawa to przejmowanie kont. Ile razy widzieliśmy na Facebooku komunikaty: "Ktoś przejął moje konto, nie odpisujcie na wiadomości"? To jasny sygnał, że osoba z zewnątrz może zyskać dostęp nie tylko do danego profilu, ale również do zdjęć i informacji udostępnianych przez jego właściciela – nawet jeśli konto było oznaczone jako prywatne.

Rzadko pamiętamy też o metadanych, czyli informacjach zapisanych w samym pliku zdjęcia (tak zwanych danych EXIF). Mogą one zawierać m.in. dokładną lokalizację GPS, model telefonu oraz datę i godzinę wykonania zdjęcia. Duże serwisy społecznościowe zazwyczaj usuwają je z publikowanych fotografii, ale oryginalne pliki z metadanymi wędrują dalej, gdy wysyłamy je mailem, udostępniamy przez link do chmury, wrzucamy na bloga albo przesyłamy w komunikatorze jako plik. Najprościej wyłączyć zapisywanie lokalizacji w aparacie telefonu.

Zresztą do ustalenia, gdzie bywamy, metadane wcale nie są potrzebne. Jeżeli regularnie publikujemy zdjęcia z tego samego placu zabaw, zawsze po południu, sam kadr i pora publikacji dają czytelny sygnał, że często tam bywamy i prawdopodobnie mieszkamy w pobliżu.

To detale, o których warto pomyśleć, zanim podzielimy się z pozoru niewinnym obrazkiem z naszego życia.

Co było dla pani przełomowym punktem w podejściu do ochrony prywatności dzieci?

Zaczęłam zgłębiać temat białego wywiadu, praw dziecka do prywatności oraz regulacji prawnych. Punktem zwrotnym były jednak warsztaty, które prowadziłam w jednym z przedszkoli. Dzieci miały mieć robione wspólne zdjęcie, ale jedno z nich nie miało podpisanej przez rodziców zgody na publikację wizerunku.

Nauczycielka na oczach wszystkich powiedziała: "Musisz odejść z grupy, bo twoja mama nie podpisała zgody". To dziecko zostało dosłownie wykluczone na oczach rówieśników.

Klaudia Topolska

ekspertka do spraw cyberbezpieczeństwa

Ta sytuacja bardzo mocno we mnie została. Do dziś dostaję mnóstwo wiadomości od mam – szczególnie we wrześniu, gdy w placówkach rozdawane są formularze zgód. Kobiety piszą, że nie chcą udostępniać zdjęć dzieci w sieci, ale czują ogromną presję. Przedszkola i szkoły często stawiają je pod ścianą, mówiąc: "Jest pani jedyną osobą robiącą problem, nie wiemy, co z tym zrobić".

Zdarzają się też komentarze w stylu: "Przecież nie musi się pani wstydzić swojego dziecka". To pokazuje skalę problemu. Troskę o prywatność dziecka wciąż traktuje się jak fanaberię, a mamę, która mówi "nie", jak kogoś, kto wstydzi się własnego dziecka.

Z jednej strony rośnie świadomość i niektóre szkoły pokazują kadry z boku czy od tyłu, ale z drugiej – w przedszkolach i klubikach malucha nagrania z dziećmi wciąż pojawiają się codziennie…

Wynika to z faktu, że zdjęcia i nagrania podopiecznych to dla tych placówek darmowy marketing. Pokazują uśmiechnięte, świetnie bawiące się dzieci, by przyciągnąć kolejnych klientów. Zapominają jednak, że ochrona prywatności i bezpieczeństwo najmłodszych powinny być zawsze ważniejsze niż promocyjne zasięgi w mediach społecznościowych.

Czy w innych krajach podejście do tej kwestii wygląda inaczej?

Tak, i to wyraźnie. Najdalej poszła Francja, która w 2024 roku przyjęła ustawę o ochronie prawa dzieci do wizerunku. Przypomina ona rodzicom, że ich władza nad wizerunkiem dziecka nie jest absolutna, a w skrajnych przypadkach sąd może im ją ograniczyć. Wcześniej Francuzi uregulowali też zarobki dziecięcych influencerów. To pokazuje, że odpowiednia ochrona jest możliwa.

W Polsce rodzic wciąż może z wizerunkiem dziecka zrobić niemal wszystko.

Czy rodzice, udostępniając takie zdjęcia, działają ze złej woli, czy po prostu brakuje im świadomości?

To nigdy nie jest zła intencja ze strony rodziców, lecz właśnie brak świadomości. Chcemy pokazać, że dzieci są szczęśliwe, ale zapominamy o zagrożeniach. Tymczasem na rynku pojawiają się już placówki, które wprost chwalą się tym, że nie publikują wizerunku podopiecznych – sama jako mama szukam takich miejsc.

Na rodzicach ciąży dziś ogromna presja, by w sieci prezentować idealne rodzicielstwo. Wybieramy zamknięte profile w iluzji bezpieczeństwa, a tymczasem z pozoru niewinne zdjęcie potrafi zdradzić miejsce zamieszkania.

Jakie sytuacje najbardziej obrazują to zagrożenie?

Jedna z mam opisała mi historię, gdy wystawiła ubranka dziecięce na sprzedaż w serwisie Vinted. Sfotografowała je w pokoju dziecka, który miał bardzo specyficzny, charakterystyczny wystrój. Dostała wiadomość od całkowicie obcej osoby: "Odbiorę te rzeczy osobiście, bo widziałam ten pokój z okna i wiem, gdzie pani mieszka". To mrozi krew w żyłach – przypadkowy człowiek zidentyfikował lokalizację wyłącznie na podstawie fragmentu wnętrza.

Inny głośny przypadek pochodzi z 2019 roku z Japonii. Stalker odnalazł miejsce zamieszkania piosenkarki na podstawie zwykłego selfie. Powiększył zdjęcie jej oczu i w odbiciu w źrenicy rozpoznał stację kolejową, co pozwoliło mu ustalić dokładny adres.

A co w sytuacji, gdy nie publikujemy zdjęć publicznie, lecz wysyłamy je babci czy cioci na grupie rodzinnej w komunikatorze?

Wtedy bardzo łatwo stracić nad takim zdjęciem jakąkolwiek kontrolę. Dziadkowie, chcąc pochwalić się ukochanym wnukiem, nierzadko przesyłają te fotografie swoim znajomym. Dlatego niezwykle ważna jest szczera rozmowa ze starszymi członkami rodziny, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę, jak szerokim medium jest internet i do jak wielu osób te materiały docierają.

Warto ustalić z bliskimi jasne zasady: "Chcemy dzielić się z wami naszym życiem, ale to zdjęcia wyłącznie dla was. Bardzo prosimy, nie wysyłajcie ich dalej, bo cenimy prywatność naszego dziecka". Zazwyczaj to wystarcza.

Czy zasłonięcie twarzy dziecka emotikonem uchroni je przed zagrożeniem?

To tylko iluzja bezpieczeństwa. Mimo że twarz jest zasłonięta, na zdjęciu nadal widać tło – nasz ogród, dom czy to, że jest w stroju kąpielowym. Każdy rodzic powinien sobie zadać pytanie: jaka jest moja główna intencja przy publikowaniu takiego kadru? Co tak naprawdę chcę nim przekazać?

Będąc w ciąży sama opublikowałam swoje zdjęcie, by podzielić się nowiną z innymi. Dostałam mnóstwo lajków, ale niedługo potem przyszła refleksja: czy na pewno chcę, aby wszyscy wiedzieli o moim prywatnym życiu i czy w taki sposób chcę budować swój ślad cyfrowy?

Ciąg dalszy tekstu poniżej.

Jak go na co dzień tworzymy?

Ślad cyfrowy dzielimy na aktywny i pasywny. Aktywny to wszystko, co świadomie publikujemy w sieci: zdjęcia, wpisy, komentarze, opinie czy dane wpisywane w formularze. Dobrym przykładem są komentarze pod profilami przedszkoli. Dla kogoś, kto potrafi układać mozaikę danych, to jasny sygnał, do której placówki chodzi nasze dziecko.

Pasywny ślad cyfrowy powstaje natomiast automatycznie, często bez naszej wiedzy. Telefon zapisuje historię lokalizacji, wyszukiwarka pamięta nasze zapytania, a aplikacje i strony internetowe zbierają informacje o tym, co oglądamy, kiedy i skąd. Do tego zdjęcia z telefonu często same trafiają do chmury. Choć firmy zabezpieczają swoje serwery, wycieki danych wciąż się zdarzają.

Od 13. roku życia nastolatki mogą formalnie zakładać konta w większości serwisów społecznościowych. Jak dzisiejsza młodzież reaguje na udostępnianie ich wizerunku przez rodziców i czy zaczyna sama dbać o swój ślad cyfrowy?

Wielu rodziców w ogóle nie zna limitów wiekowych zapisanych w regulaminach, a dzieci i tak łatwo je omijają, bo cała weryfikacja to często jedno okienko z datą urodzenia. Za to podejście samej młodzieży świetnie pokazuje raport Rzeczniczki Praw Dziecka "Więcej szacunku dla młodego wizerunku" z grudnia 2025 roku. Większość nastolatków chce, żeby pytać ich o zgodę na publikację zdjęć, a 74 proc. uważa, że wrzucanie czyjegoś wizerunku bez zgody może być szczególnie szkodliwe w ich wieku. Najwyraźniej sprzeciwiają się starsze nastolatki, w wieku od 15 do 17 lat.

Chcą mieć wpływ na to, co o nich trafia do internetu. Mają świadomość zagrożeń, w tym konsekwencji odwróconego sharentingu i cyberprzemocy, i zależy im na samodzielnym kreowaniu własnej tożsamości.

Może najlepiej zniknąć całkiem z internetu?

Zniknięcie z internetu też nie jest rozwiązaniem. Ślad cyfrowy można porównać do historii kredytowej w banku – jego całkowity brak budzi wątpliwości. Dzisiaj pracodawcy, nie znajdując kogoś w sieci, zaczynają się zastanawiać, dlaczego dana osoba jest zupełnie niewidoczna.

Dlatego zależy mi, aby moje dziecko w przyszłości samo zbudowało tę tożsamość na własnych zasadach. Nasze pokolenie w czasach Naszej Klasy czy początków Facebooka publikowało mnóstwo treści bez pełnej wiedzy o konsekwencjach. Dziś, gdy tę świadomość już mamy, nie warto mieć do siebie pretensji o przeszłość, lecz zacząć działać odpowiedzialnie od teraz.

Gdyby jakiś rodzic chciał przeprowadzić cyfrowe porządki, od jakich konkretnych kroków powinien zacząć?

Pierwszy krok to sprawdzenie ustawień prywatności konta. Jeśli profil jest publiczny, zmieniamy go na prywatny. Drugi – przejrzenie listy znajomych i usunięcie osób przypadkowych, z którymi nie utrzymujemy już bliskich relacji.

Kolejna rzecz to audyt dotychczas opublikowanych zdjęć. Warto usunąć te, które w przyszłości mogłyby zawstydzić dziecko, a szczególnie fotografie w stroju kąpielowym, na plaży, półnagie czy na nocniku.

Jak empatycznie porozmawiać z inną mamą, która publikuje w sieci mnóstwo zdjęć swojego dziecka, żeby jej nie urazić i nie wpędzić w poczucie winy?

Zamiast pouczać, lepiej zadawać pytania z ciekawością, a nie z oceną. Na przykład: "Komu najbardziej chcesz pokazać te zdjęcia?". Często chodzi po prostu o chęć podzielenia się radością z najbliższymi albo pokazania ważnego momentu, jak np. pierwszy dzień w przedszkolu.

Zrozumienie własnych motywacji i uświadomienie sobie, jak daleko takie zdjęcia mogą trafić, często wystarcza, by zmienić podejście.

Jak daleko?

Skala jest ogromna. Zdjęcia dzieci publikowane przez rodziców mogą zostać pobrane i przerobione za pomocą sztucznej inteligencji na materiały o charakterze sek*ualnym.

Według raportu Dyżurnet.pl (NASK) za 2025 rok liczba takich materiałów stworzonych przez AI wzrosła w ciągu roku aż o 300 proc. Eksperci wprost wskazują, że jednym ze źródeł są zdjęcia, które dzieci, rodzice i opiekunowie sami publikują w mediach społecznościowych. Rodzice często nie mają świadomości, że pozornie niewinne zdjęcie może później pojawić się w zupełnie innym kontekście.

We wrześniu 2026 roku głośno było o historii mamy z Utah. Opublikowała na Instagramie nagranie, na którym śpiewa w samochodzie z córką siedzącą z tyłu. Pod filmem wbudowany asystent AI sam podsunął jej pytanie o to, kim jest dziecko na tylnym siedzeniu. Gdy je kliknęła, dostała imię córki, a potem także dane jej siostry, której na nagraniu w ogóle nie było.

Klaudia Topolska

ekspertka do spraw cyberbezpieczeństwa

Co ważne, ta mama nigdy nie podawała imion dzieci na swoich profilach. Sztuczna inteligencja złożyła ich cyfrowy ślad głównie z postów publikowanych przez lata przez dziadków i innych krewnych. Meta po tej sprawie zmieniła podpowiedzi generowane przez swoje AI.

W Unii Europejskiej chroni nas RODO, ale to nie znaczy, że taki cyfrowy ślad nie powstaje. Informacje o jednej osobie bywają rozproszone w wielu miejscach, a odpowiednie narzędzia potrafią je połączyć w kilka sekund.

Dobrym pierwszym krokiem jest wpisanie w wyszukiwarkę swojego imienia i nazwiska oraz imienia dziecka, żeby sprawdzić, jaki ślad zostawiliśmy w sieci. Warto też porozmawiać z dziadkami, ciociami i wujkami, bo oni również go współtworzą.

Aż trudno uwierzyć, że ktoś mógłby chcieć wykorzystać jakieś niewinne zdjęcie, żeby skrzywdzić nas albo nasze dziecko.

Dla nas takie myślenie jest niewyobrażalne, bo sami nie mamy złych intencji. Widzimy ładne zdjęcie znajomej, zostawiamy serduszko i przewijamy dalej. Jednak ktoś, kto ma złe zamiary, drobiazgowo analizuje całe tło.

I jeśli chce coś wyczytać – wykorzysta każdy szczegół.