Pobity 17-latek z Warszawy
Pobity 17-latek sam musi szukać oprawców Fot. Shutterstock; montaż naTemat

Kacpra pobili nieznajomi. – Syn wymiotował krwią, miał rozcięte wargi i wieloodłamowe złamanie nosa z przemieszczeniem. Lekarze uprzedzali nas, że może już nigdy nie odzyskać dawnego wyglądu – mówi Agata, mama 17– latka. Wyjście ze szpitala nie oznaczało dla rodziny końca koszmaru. Przeciwnie – to był dopiero początek.

REKLAMA

Ostatni dzień października, halloweenowy wieczór. Kacper, 17-latek z Warszawy, szedł na spotkanie ze znajomymi. Impreza odbywała się niedaleko, u kolegi Antka – zaledwie dwa bloki od jego domu. 

Godzinę przed północą przenieśli się na pobliski plac zabaw przy Parku Przy Bażantarni. Rozmawiali, śmiali się. Kilka minut później na miejsce przyszła 20-osobowa grupa młodzieży. Jak relacjonował później Kacper, od początku szukali zaczepki.

– Nagle jeden z nich krzyknął: "Kto tu zaczął aferę?", chociaż wcześniej nic się nie wydarzyło. Ktoś dla żartu wskazał na mnie. Agresor podszedł i uderzył mnie otwartą dłonią w głowę – opisuje Kacper.

Cały był we krwi

Zapewnia, że nie odpowiedział. Jest silny, trenuje Muay Thai, ale – jak tłumaczył później – wiedział, że jeśli odda choć jeden cios, pozostali natychmiast się przyłączą. Chwilę później ten sam napastnik miał zaatakować również jego kolegę. Tym razem doszło między nimi do bójki.

Kacper opowiada, że nie włączył się do bójki. Stał z boku, obserwował sytuację i pilnował, żeby reszta grupy nie ruszyła na jego znajomych.

Jego słowa potwierdza Antek, gospodarz imprezy.

– Kacper nie oddał ani jednego ciosu, bo nie chciał eskalować walki. Nie wiedzieliśmy przecież, czy ktoś nie wyciągnie noża. Poza tym ci, którzy atakowali, byli bardzo młodzi. A Kacper, jako że ćwiczy Muay Thai, kopnięcia ma takie, że mógłby zrobić krzywdę. Bardzo tego nie chciał.

Po chwili Kacper usłyszał krzyki dochodzące z pobliskiej alejki. Ktoś wołał, że kilku chłopaków bije jednego. Poszedł sprawdzić, co się dzieje. Tamten chłopak zdążył uciec.

Wtedy – jak opowiada Kacper – sam stał się celem agresorów.

– Podchodzi do mnie niski chłopak. Pokazuję, że nie chcę walczyć. Trzymam ręce opuszczone, żeby było jasne, że nie zamierzam oddawać. Mimo to zaczyna mnie bić. Po chwili dołącza kolejny napastnik. Zachowują się bardzo agresywnie. Mam wrażenie, że są pod wpływem jakichś substancji – relacjonuje.

Koledzy, którzy byli z nim na miejscu, zadzwonili po policję i powiadomili jego matkę. Policjanci, widząc, w jakim jest stanie, wezwali pogotowie.

– Kiedy zeszłam na dół, syn siedział na ziemi cały we krwi. Miał podartą koszulę, rozciętą wargę. Nos był dosłownie zgnieciony. Karetka już jechała – wspomina Agata, matka Kacpra.

Mama Kacpra: "Lekarze nas uprzedzili" 

Kacper trafia na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Warszawie. Na potwierdzenie tych informacji jego mama przesyła mi dokumentację medyczną i zdjęcia syna wykonane po pobiciu.

W szpitalu przechodzi tomografię. Badanie wykazuje wieloodłamowe złamanie kości nosa z ich ugięciem i przemieszczeniem oraz złamania kolców nosowych przednich.

Twarz jest mocno poturbowana: usta spuchły, górna i dolna warga pęknięte, a pod okiem rozległy krwiak. Kacper obficie wymiotuje krwią. Zostaje w szpitalu na noc.

Kacper potrzebuje pilnej operacji. Mama Kacpra zaczyna szukać lekarza, któremu będzie mogła powierzyć syna. Chce mieć pewność, że trafi w najlepsze ręce. 

Czasu jest niewiele. Złamane i poprzemieszczane fragmenty kości trzeba nastawić, zanim zaczną zrastać się w niewłaściwej pozycji. 

– Lekarze uprzedzili nas, że przy takich obrażeniach trudno zagwarantować dobry efekt. Nawet w dokumentacji było napisane, że mogę do końca życia mieć krzywy nos i problemy z oddychaniem. Istniało nawet ryzyko, że całkowicie stracę nos – opowiada nastolatek. 

Kacper trafia do Lublina. W Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym, na oddziale otolaryngologii dziecięcej, przechodzi operację w znieczuleniu ogólnym. Lekarze wykonują zamkniętą repozycję kości nosa – nastawiają złamane kości i przywracają ich prawidłowe ułożenie.

Na potwierdzenie swoich słów Agata przesyła mi dokumentację medyczną oraz zdjęcia Kacpra wykonane po operacji. Przez kolejne tygodnie chłopiec nosi gips. Rekonwalescencja wyłącza go z życia. 

Antek wciąż przeżywa, że to właśnie Kacper ucierpiał tak dotkliwie. 

 – Po wszystkim pojawiło się poczucie winy, że można było zrobić coś inaczej, szybciej mu pomóc – przyznaje Antek. – Dopiero parę godzin później, kiedy adrenalina zeszła, poczułem, jak bardzo się bałem. 

Matka Kacpra twierdziła, że poszkodowani zostali również jego koledzy: jeden miał rozciętą wargę, drugi rozcięty łuk brwiowy. 

"Was naje*ać to jest nic"

Rodzina od początku była przekonana, że ustalenie sprawców będzie formalnością. Na miejscu zdarzenia znajdował się miejski monitoring, a zajście widziało około 13 świadków.

Na dodatek już dzień po pobiciu rodzinie udało się zdobyć materiał, który szczegółowo pokazywał, co wydarzyło się dzień wcześniej. Ze względu na dobro i bezpieczeństwo osób postronnych nie ujawniamy szczegółów dotyczących tego, w jaki sposób nagranie powstało ani kto je przekazał rodzinie.

W trwającym około 15 minut materiale padły pseudonimy kolejnych uczestników oraz szczegółowy przebieg pobicia. Chłopcy wprost wyliczali, kto bił Kacpra, kto ruszył za nim w pościg i co działo się, gdy 17-latek leżał bezbronny na ziemi. Potwierdzili, że Kacper nikogo nie sprowokował i nie oddał ani jednego ciosu, a zachowanie swoich kolegów określili jako "niehonorowe".

"No to on stał na tamtym chodniku, trójka go otoczyła i po prostu nokaut. I wtedy złamali mu nos" – słychać w nagraniu. 

"On ma 14 lat i on nap**** większych od niego. Was najebać to jest nic, bo on naj*bał nawet kiedyś policjantów" – mówił jeden z uczestników o głównym agresorze.

Z materiału wynika, że w pewnym momencie na leżącego Kacpra rzuciło się pięciu napastników, którzy mieli kopać go po głowie i ciele. Jeden z rozmówców przyznał również, że biegał za uciekającymi z nożem w ręku. 

Rozmówcy opowiadali też, że całe pobicie od początku rejestrował telefonem jeden z członków grupy oraz że ich koledzy tej samej nocy mieli zaatakować jeszcze innego, przypadkowego przechodnia. 

Mama Kacpra przesyła mi także protokół odtworzenia materiału, który pozwala prześledzić materiał minuta po minucie. W listopadzie pendrive z materiałem został dostarczony policji.

Kolejny ważny trop wyśledzili w sieci sami znajomi Kacpra. Na profilu jednego z napastników w mediach społecznościowych znaleźli zdjęcie zrobione w warszawskim metrze krótko po zdarzeniu. Choć twarze na fotografii zostały zamazane, rodzina uznała, że monitoring w metrze powinien zarejestrować tę samą grupę bez cenzury.

Natychmiast poinformowaliśmy policję, żeby zabezpieczyła nagrania z metra. Ci chłopcy stali tam w jednym rzędzie, wystarczyłoby po prostu wskazać palcem, kto bił. Mieliśmy świadków, nagrania z ulicy i ten ślad z metra. Byłam spokojna. Wydawało mi się, że przy tylu dowodach kwestia czasu dzieli nas od postawienia zarzutów.

Agata

mama Kacpra

Mijały jednak tygodnie i miesiące, a – jak twierdzi Agata – kolejne ślady nie prowadziły do ustalenia tożsamości uczestników zajścia.

– Najgorsze jest to, że na monitoringu wyraźnie widać chłopaka, który stał w samym centrum i nagrywał każdy cios. Śmiał się z tego. A policja przez dziesięć miesięcy nie zrobiła nic, żeby się z nim skontaktować i zabezpieczyć ten telefon. Moja koleżanka znalazła go w internecie po samej ksywce, a dla organów ścigania okazało się to problemem – mówi z goryczą kobieta.

Kiedy dzwoniła do funkcjonariusza prowadzącego sprawę, ten miał jej przekazać, że "prowadzi wiele innych postępowań". Kilka dni po jednej z takich rozmów – jak relacjonuje Agata – dowiedziała się, że skierowano wniosek o umorzenie dochodzenia.

– Jeszcze chwilę wcześniej słyszałam, że trwają poszukiwania sprawców, a nagle okazało się, że sprawa ma po prostu trafić do kosza. Byłam w szoku – wspomina.

"Nasza sprawa nikogo nie interesuje"

Z rosnącą frustracją matka Kacpra śledziła doniesienia o innych brutalnych pobiciach w stolicy. Gdy media informowały o zatrzymaniu sprawców ataku na moście Siekierkowskim zaledwie kilka godzin po zdarzeniu, nie potrafiła ukryć rozczarowania.

– Słuchałam tych informacji i czułam zwyczajną niesprawiedliwość. W tamtej sprawie w kilka godzin zatrzymano wszystkich. W Piasecznie po jednym dniu policja ustaliła sprawców innego pobicia. A u nas mijały miesiące. Mieli monitoring, świadków, nagrania, a mimo to miałam wrażenie, że nasza sprawa od początku nikogo nie interesuje – mówi.

Niemal odruchowo sprawdzała każdą informację o grupowych atakach. Pojechała nawet na komisariat w Piasecznie, sądząc, że chodzi o tę samą grupę napastników. Okazało się, że to inni sprawcy, ale – jak mówi – utwierdziło ją to w przekonaniu, że podobne sprawy można prowadzić znacznie sprawniej.

Rodzina wraz z pełnomocniczką złożyła zażalenie na postanowienie o umorzeniu dochodzenia. Podczas przeglądania akt adwokat nie odnalazła jednak pendrive'a z nagraniem przekazanym wcześniej policji w listopadzie. Brakowało również części dokumentacji, a z dołączonym nośnikiem z miejskim monitoringiem nikt się nawet nie zapoznał.

– Te kamery dziwnym trafem "psuły się" dokładnie w momentach, gdy działo się coś krytycznego. Syn mówi, że nie chce walczyć, pada pierwszy cios i obraz nagle zamiera albo pokazywane jest pusty plac . Nie uwierzę w to, że w tym samym ułamku sekundy nagle zacięły się trzy różne kamery – podkreśla Agata.

W marcu, pięć miesięcy po zdarzeniu, matka Kacpra postanowiła poszukać pomocy na własną rękę i zatrudniła prywatnego detektywa Macieja Hajnusa.

– Moim zadaniem było ustalenie tożsamości osób widocznych na nagraniach oraz dotarcie do ich adresów – mówi Maciej Hajnus. – Zrobiłem to w ciągu około dwóch tygodni i przekazałem wszystkie informacje klientce, by mogła dostarczyć je policji.

Detektyw nie ukrywa zdziwienia tempem prac w tej sprawie.

– Ta sprawa od początku była prowadzona dość dziwnie. Mając narzędzia operacyjne, jakimi dysponuje policja, można to było zrobić w kilka dni. Na nagraniach wszystko było jak na dłoni: widoczne z bliska twarze, pseudonimy, zarejestrowane rozmowy. Niektórzy z tych chłopaków byli kojarzeni ze szkoły, więc dotarcie do nich nie stanowiło wielkiego problemu. Z moich nieoficjalnych ustaleń wynikało również, że dwóch uczestników zajścia miało w tym czasie przebywać na przepustkach z zakładu poprawczego. To kolejny trop, po którym identyfikacja powinna być kwestią godzin.

Hajnus porównuje tę sprawę z innymi podobnymi postępowaniami.

– Było wiele podobnych spraw, w których policja błyskawicznie ustalała sprawców. Choćby pobicie obywatela Ukrainy na moście w Warszawie w maju tego roku, gdzie zatrzymania nastąpiły bardzo szybko. Gdybym to ja miał policyjne narzędzia, rozwiązanie tej sprawy trwałoby parę dni.

– Nie neguję działań policji, natomiast wygląda to tak, jakby komuś dziwnie zależało, żeby to nie skończyło się zbyt szybko. Nie wiem komu – dodaje wymownie.

Agata zaczęła wysyłać pisma do kolejnych instytucji – od Prokuratury Krajowej po Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich.

Przełom nastąpił 8 kwietnia 2026 roku. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa w Warszawie uwzględnił zażalenie, uchylił wcześniejsze postanowienie o umorzeniu dochodzenia i nakazał jego dalsze prowadzenie.

Mimo decyzji sądu sprawa nadal posuwała się wolno. W maju mama Kacpra skierowała pierwsze pismo do Ministra Sprawiedliwości Waldemara Żurka, prosząc o "pilne podjęcie działań nadzorczych w sprawie rażących nieprawidłowości w postępowaniu karnym". W sierpniu dowiedziała się, że zmienił się policjant prowadzący postępowanie, ale prokuratura okręgowa nie znalazła podstaw do objęcia sprawy oficjalnym nadzorem.

Na początku sierpnia wysłała drugie pismo do ministra Waldemara Żurka. Wymieniła w nim 14 kwestii, które – jej zdaniem – wymagały wyjaśnienia. Pytała m.in. o brak zabezpieczenia monitoringu ze stacji metra, wielomiesięczny brak działań w kierunku pozyskania nagrań z telefonów napastników oraz brak w aktach sprawy pendrive’a z nagraniem dostarczonym policji w listopadzie. Zwracała też uwagę na utrudniony dostęp pełnomocnika do akt i problemy z rozpatrywaniem składanych wniosków dowodowych. 

Reprezentująca rodzinę mecenas Katarzyna Wysiadecka studzi jednak emocje i tłumaczy prawną specyfikę procedur:

– Cały czas toczy się postępowanie przygotowawcze. Prokurator podejmuje kolejne czynności i wykonuje wytyczne sądu. Na obecnym etapie nie widzę dużej opieszałości, ponieważ trzeba wziąć pod uwagę okres wakacyjny. Wiadomo, że klient chciałby, żeby wszystko zostało załatwione niezwłocznie, raz-dwa, ale u nas tak to niestety nie działa.

Mecenas przyznaje jednak, że na wcześniejszym etapie dochodzenia można było zrobić więcej:

– Pewne czynności można było wykonać jeszcze przed wydaniem postanowienia o umorzeniu. Być może wtedy sprawa zakończyłaby się inaczej. Nie ma jednak co teraz gdybać – dodaje.

"Oni przyszli tam kogoś pobić"

Dla matki Kacpra najważniejsze pytania wciąż pozostają otwarte.

– Do dziś nie wiem, co stało się z pendrive'em przekazanym policji. Dowiedzieliśmy się też, że odstąpiono od zabezpieczenia monitoringu z metra jako dowodu – mówi.

O brak nośnika z nagraniem, kwestie związane z monitoringiem oraz przebieg postępowania zapytałam policję. Asp. szt. Marta Haberska z KRP Warszawa II poinformowała, że w ramach postępowania "dokonano oględzin i analizy zgromadzonych materiałów, w tym dostępnych nagrań".

Policja nie odniosła się szczegółowo do pytań dotyczących wcześniejszego etapu postępowania ani do kwestii zabezpieczenia konkretnych nośników.

"Z uwagi na dobro prowadzonego postępowania na obecnym etapie nie przekazujemy bardziej szczegółowych informacji" – czytamy w odpowiedzi komendy.

Policja informuje jednocześnie, że sprawa pozostaje w toku, a przyjęta kwalifikacja prawna może jeszcze ulec zmianie.

Na razie nie ustalono osób podejrzewanych o pobicie. To ogranicza również możliwości dalszego działania rodziny.

– Żeby żądać zadośćuczynienia, czy to za pobicie, czy za cierpienie, potrzebujemy wyroku skazującego. Myślę, że w przyszłości z pewnością o to wystąpimy, jednak teraz musimy poczekać na rozstrzygnięcie – wyjaśnia mecenas Wysiadecka.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Podobnie jest z zakazem zbliżania się.

– Na razie nie ma sprawców, więc nie ma komu takiego zakazu wydać. Żeby ktoś otrzymał zakaz zbliżania się, musi mieć status podejrzanego i muszą być ku temu podstawy. Nie można wydać zakazu osobie, która jedynie w ocenie pokrzywdzonego jest potencjalnym sprawcą. To niestety tak nie działa. Zresztą, na chwilę obecną trudno powiedzieć, czy ten środek byłby zasadny, ponieważ od czasu tamtego zdarzenia panu Kacprowi nic się nie stało i nie podejmowano wobec niego żadnych działań. Taki środek musi być uzasadniony konkretnymi okolicznościami – tłumaczy prawniczka.

O sprawę zapytaliśmy również Prokuraturę Rejonową Warszawa-Ursynów. Prokurator Piotr A. Skiba przypomina, że po uchyleniu umorzenia prokuratura musi wykonać czynności wskazane przez sąd.

W sprawie brakującego nośnika wyjaśnia, że pełnomocnik pokrzywdzonego może zwrócić się o wydanie płyty CD po uiszczeniu stosownej opłaty. Prokuratura zapewnia również, że analizuje wszystkie nagrania znajdujące się w aktach sprawy.

Prokurator zaznacza, że kwalifikacja prawna przyjęta przez policję na początku postępowania nie wiąże prokuratury, a w toku postępowania sprawdzane są również inne wersje wydarzeń.

Gdy adwokat Agaty w końcu uzyskał wgląd do akt, okazało się, że – w ocenie rodziny – postępowanie praktycznie stało w miejscu. Mimo upływu niemal roku nie przesłuchano żadnego z wytypowanych napastników, świadkom nie okazano nagrań, a materiały zebrane przez rodzinę – jak twierdzi Agata – nie zostały przeanalizowane.

– W aktach nie ma nawet notatki, że ktoś te nagrania obejrzał. Przez 10 miesięcy policja nie zrobiła protokołu dowodowego. Z synem w dwa tygodnie spisaliśmy całą płytę sekunda po sekundzie, ale to przecież zadanie śledczych – oburza się matka Kacpra.

I dodaje: – To wygląda naprawdę tak, jakby pani prokurator robiła wszystko, by ta sprawa po prostu wygasła.

Dziś, dziesięć miesięcy po tamtym halloweenowym wieczorze, nie widać już śladów pobicia. Kacper czuje się dobrze. 

Ale, jak sam mówi, stracił poczucie bezpieczeństwa Kiedy wychodzi z domu, zawsze mówi gdzie idzie i o której wróci. 

– To nie była bójka, która wymknęła się spod kontroli. Oni przyszli tam kogoś pobić. Boję się, że jeśli nic się nie zmieni, kolejną ofiarą będzie ktoś inny – mówi Kacper.

Do dziś nikomu nie przedstawiono zarzutów.