
– Mama dawała mi na tydzień stówę, czasami 120 zł. Z tego 36 zł szło na bilety, żeby dojechać do rodzinnego domu na weekend i z niego wrócić. Pieniądze kończyły mi się już we środę – opowiada Jessica o swoich studenckich czasach. – Mój najstarszy syn pracuje na dwa etaty i ma życie, o jakim nam się nawet nie śniło – dodaje. Profesor ekonomii: – Kiedyś na studiach można było dorobić, a nie zarobić. Teraz się po prostu zarabia.
Ziemniaki i cebula. Innych produktów Jessica (na prośbę imię zmienione) z czasów studenckich właściwie nie pamięta.
Do Olsztyna na studia przyjechała z maleńkiej miejscowości. Z mamą od zawsze były same. A ta robiła, co mogła, żeby córka mogła studiować polonistykę.
Jessica wynajęła pokój razem z koleżanką z grupy. Za stancję płaciły po 200 zł. Jessica spała na materacu, koleżance oddała łóżko. W drugim pokoju mieszkał gospodarz. Mówiły na niego "dziadek".
Mieszkanie było skromne i zapuszczone, więc i opłaty niewielkie.
– Najwięcej wydawałyśmy z Sylwią na środki czystości, żeby toaletę doszorować. Ale nie udało się – wspomina Jessica z rozbrajającą szczerością.
Pamięta też srogą zimę. Słupki rtęci pokazywały minus 20 stopni. Tego dnia wracała z Sylwią na stancję. Już na klatce schodowej poczuły taki odór, że Jessica, mimo upływu tylu lat, nadal go pamięta.
Okazało się, że właściciel stancji podgrzewał obornik.
– Stwierdził, że jak położy taki zimny na ziemi, to pomidory mu zmarzną. Więc postanowił go podgrzać w garnku, jak zupę – opowiada.
Na szczęście miewał też lepsze pomysły. Widział, że studentkom się nie przelewa, więc dzielił się z nimi tym, co wcześniej wyrosło mu na działce. Zimą przynosił im ziemniaki, cebulę i inne warzywa z jesiennych zbiorów.
– Wjeżdżały wariacje ziemniaczane i najróżniejsze dania z cebuli. Pieniądze, które przywiozłam w niedzielę z domu, kończyły mi się najczęściej już we środę, więc jadłam to, co było – opowiada.
Każdy dodatkowy grosz się liczył. W sobotę Jessica sprzątała rodzinny dom na wsi, a mama dawała jej za to dodatkowe 20 zł. Więcej nie mogła, bo córka potrzebowała jeszcze biletu na cały miesiąc, żeby poruszać się po Olsztynie.
Jessica ubrań nie kupowała. Jeśli już bardzo mocno czegoś potrzebowała, szukała w ciucholandzie.
– Moja współlokatorka ze swoim chłopakiem mieli kiedyś taką zajawkę, żeby jechać po keczup tańszy o parę groszy na drugi koniec miasta. Mnie by się w życiu nie chciało za tym gonić. Słyszałam więc od Sylwii, że jestem... strasznie rozrzutna.
Jessica dodaje, że brak pieniędzy nie oznaczał braku rozrywek.
– Mieliśmy wtedy zupełnie inne oczekiwania niż dzisiejsza młodzież. Musiało wystarczyć, nie było innego wyjścia. Gdy byłam na studiach i wiedziałam, ile mama musi wydać, żeby mi pomóc, to choćby nie wiem co się działo, musiałam je skończyć. Nie było szukania wymówek czy odpuszczania. Poczucie obowiązku zostało mi do dziś.
Jessica ma czworo dzieci, najstarszy syn, dwudziestolatek pracuje na dwa etaty, jeździ autem.
Jessica
żona i mama
Uważa, że młodzi ludzie są dziś mniej przygotowani do życia. A to przez to, że dorastają w czasach większego dobrobytu.
– Nas tamte czasy po prostu nauczyły przetrwania. Ja nigdy nie czułam się gorsza przez to, że byłam biedniejsza. Ale młodym paradoksalnie jest ciężej, niż nam było wtedy, bo rodzice na nich chuchają i dmuchają tak, że oni potem sobie nie radzą.
Innego zdania jest Kamil, 48-latek. Uważa, że rodzic jest właśnie od chuchania i dmuchania. Dorastającym synom zapewnia wszystko, co tylko się da, żeby nie mieli tak źle, jak on.
– Wracałem z plecakiem wypchanym słoikami od mamy. Bigos, wekowane gołąbki i pulpety w sosie pomidorowym. Na stancji czekały na mnie... karaluchy i prusaki. Wynajmowałem pokój na pół z kolegą w starym wieżowcu. Jak spacerowałem po mieście, to gapiłem się w szyby restauracji, jak ludzie siedzą sobie przy stolikach. Zazdrościłem im – mówi niemal na jednym oddechu.
Jedzeniem od mamy dzielił się ze współlokatorem, bo ten miał jeszcze trudniej niż on. Potem zaczynało się kombinowanie: zupki chińskie, makaron z najtańszym twarogiem, parówki z promocji. Jak udało mu się dorobić na wykładaniu towaru, to wszystko szło na rozrywkę. Młody był, bawić się chciał.
– Stała praca? Zapomnij! Tyle było nauki, że bez szans. Do wieczora na wykładach siedziałem. W wakacje za to pracowałem i zarabiałem na stancję na przyszły rok – opowiada.
Niedługo wyśle starszego syna na studia. – Nie będę żałował na niego ani złotówki – zapewnia. – On pewnie nie będzie ślęczał nad książkami jak ja, więc może i sobie nawet dorobi.
Kamil mówi, że nawet tęsknota za młodością nie jest w stanie sprawić, żeby na studenckie czasy patrzył z sentymentem.
– Pamiętam biedę. A bieda to straszna rzecz – podsumowuje.
Milena też lekko nie miała, kiedy była studentką. Dlatego kiedy tylko zaczęła dostawać 500 plus (a potem 800 plus) na córkę, od razu postanowiła z mężem, że te pieniądze idą na jej start w dorosłość.
– Dostanie auto i kilkadziesiąt tysięcy złotych na początek. Nie chcę, żeby mieszkała w takich warunkach jak ja. Wynajmowałam z mężem mikroskopijną, obskurną kawalerkę. Odmawialiśmy sobie wszystkiego – wspomina. – Córka chce też pogodzić pracę ze studiami, wierzę, że jej się uda.
Córka Mileny, tegoroczna maturzystka potwierdza: – Moje starsze koleżanki poszły na studia i od pierwszego roku od razu pracują. Myślałam, żeby w weekendy być kelnerką albo dorabiać korepetycjami.
Student dziś zarabia, a nie dorabia
Zupka chińska i rozciągnięty sweter? Dziś studencki rachunek wygląda już zupełnie inaczej. Z najnowszego "Portfela Studenta" Związku Banków Polskich i Warszawskiego Instytutu Bankowości wynika, że modelowy student wydaje miesięcznie 4045,82 zł. W tej kwocie jest 500 zł czesnego, więc na studiach stacjonarnych bez opłat za naukę zostaje 3545,82 zł. Dla porównania, w 2018 roku podobna symulacja zamykała się w 1904,49 zł.
I choć dziś studenci potrzebują na życie znacznie więcej, coraz częściej sami dokładają do swojego utrzymania. Według badania WIB i ZBP pracuje już około 59 proc. z nich.
Potwierdza to prof. Andrzej Buszko, ekonomista z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Jak mówi, szczególnie w dużych ośrodkach akademickich młodzi ludzie coraz częściej już na pierwszym czy drugim roku znajdują pracę.
– Świat się zmienia i studenci też się zmieniają. Ich pozycja materialna również ulega zmianie. Oferty pracy dla studentów niekiedy są na tyle atrakcyjne, że pozwalają im utrzymać wysoki standard życia – mówi naTemat.pl prof. Buszko.
Jego zdaniem jedną z największych zmian jest rozwój pracy zdalnej. Dziś student może pracować nawet dla firmy znajdującej się w innym mieście, a możliwości szczególnie mocno widać w branżach związanych z informatyką, matematyką, fizyką, robotyką czy elektroniką.
Jako przykład podaje studentów prawa, którzy coraz częściej już w czasie studiów aplikują na płatne staże i podejmują pracę w kancelariach. Dzięki temu jednocześnie zdobywają praktykę i zarabiają.
– W związku z tym mit biednego studenta staje się już powoli przeszłością. Dziś, jeśli student nie pracuje, może to wynikać z braku zaradności, braku determinacji czy nawet z lenistwa. Oczywiście bywają też inne okoliczności – ktoś chce się skupić wyłącznie na bardzo dobrej nauce i zdobywaniu wiedzy – ale to jest już mniejszość – zauważa.
prof. Andrzej Buszko
ekonomista i wykładowca UWM w Olsztynie
– Pracodawcy są dziś bardzo elastyczni. Student może pracować w różnych godzinach i w różnej formie. Szczególnie cenni są ci, którzy mają już za sobą licencjat i zostały im dwa lata do końca studiów – mówi profesor.
Jak wyglądały czasy studenckie, kiedy sam się uczył?
– Za moich czasów każdy też chciał dobrze żyć. To nie było tak, że byliśmy pozbawieni poczucia etosu materialnego. Każdy chciał się dobrze ubrać. Może standardy były trochę inne, ale potrzeba materialna również była – przyznaje prof. Andrzej Buszko.
Były więc studenckie spółdzielnie pracy, praca w wakacje, korepetycje czy wyjazdy zagraniczne. Te ostatnie pozwalały zarobić pieniądze, które później można było wykorzystać przez resztę roku akademickiego.
– Kto nie wyjeżdżał, szukał pracy w kraju. W firmach prywatnych, usługach, a czasem w szarej strefie, na przykład na zbiorach. Niektórzy udzielali korepetycji. Jednak wtedy nie było typowego łączenia studiów z pracą jak dzisiaj. Po prostu wykorzystywało się wolny czas, by coś zarobić – porównuje.
Dziś ten model wygląda inaczej. Student może być jednocześnie na etacie, zdobywać doświadczenie, zarabiać i uczyć się. Dotyczy to jednak przede wszystkim dużych miast.
– Jeśli popatrzymy na mniejsze ośrodki – a mamy ich w Polsce sporo, uczelnie wyższe pojawiają się choćby w Kaliszu czy Pile – tam studentowi jest trudniej znaleźć pracę. Mimo że i tam studenci pracują, to jednym z głównych powodów, dla których młodzi ludzie decydują się na studia w większych miastach, jest właśnie łatwiejszy dostęp do rynku pracy – zauważa ekonomista UWM.
Ciąg dalszy tekstu poniżej.
Zobacz także
Czy studia są konieczne?
Czy da się jednak jednocześnie dużo pracować i być bardzo dobrym studentem? Zdaniem prof. Buszki sam model studiowania mocno się zmienił. Dziś łatwiej ułożyć plan tak, żeby połączyć zajęcia z pracą.
– Za moich czasów trudno było sobie wyobrazić, że student nie przychodzi na zajęcia i de facto go na nich nie ma, a pojawia się tylko wtedy, kiedy są jakieś zaliczenia czy egzaminy. Dzisiaj elastyczność układania planu jest o wiele większa – student może zdecydować, kiedy chce mieć wolne, co ułatwia pogodzenie nauki z pracą – mówi.
Jest jednak druga strona tej zmiany.
– Sam poziom, moim zdaniem, nieco się obniża. Mówię to generalnie, bo oczywiście nie można tego indywidualizować i twierdzić, że tak jest w każdym przypadku – zastrzega.
Profesor zwraca uwagę, że zmienił się przede wszystkim cel kształcenia. Dawniej student miał zdobywać bardzo szeroką wiedzę. Dziś coraz częściej chodzi o to, żeby potrafił wykorzystać ją w konkretnym miejscu pracy.
– Musimy popatrzeć na to z perspektywy celu: czy zależy nam na studencie, który jest niemal naukowcem, czy na takim, który zdobywaną wiedzę wykorzysta w praktyce w konkretnym zakładzie pracy? Ten element praktyki i operowania wiedzą jest dzisiaj znacznie większy niż uprzednio. Kiedyś wiedza była bardzo szeroka, dzisiaj jest węższa, bardziej specjalistyczna i dostosowana pod kątem potrzeb rynku – tłumaczy.
Zmienia się więc nie tylko sytuacja materialna studentów, ale również samo podejście do studiów. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy wieloletnie studia są w ogóle potrzebne, skoro konkretnych umiejętności można nauczyć się na kursach.
I właśnie dlatego, zdaniem profesora Buszki, trudno dziś porównywać studenckie życie sprzed kilkudziesięciu lat z tym, jak wygląda ono teraz. – To wszystko się zmienia, komplikuje, i ten dzisiejszy świat jest już zupełnie inny, niż był kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt lat temu – podsumowuje.






