
Mike Flanagan ulepił "Carrie" Stephena Kinga na nowo, nadając jej współczesne kształty i odnajdując grozę w kulturze mediów społecznościowych. Serial o dziewczynce wychowywanej w religijnym, odciętym od reszty świata domostwie od pierwszych odcinków kusi nas wizją krwawego balu, który ostatecznie nie przynosi satysfakcji. Dusza tej adaptacji tkwi w rozbudowanej dynamice między postaciami i rozczulającym występie Summer H. Howell.
Każdemu powinna być znana historia Carrie White z powieści Stephena Kinga. Wyszydzana nastolatka zostaje wybrana królową balu i tuż po koronacji oblana świńską krwią na oczach reszty uczniów. W kulturowej świadomości swoje piętno odcisnął kadr przedstawiający skąpaną w czerwieni Sissy Spacek z oczami niemal wychodzącymi z orbit.
W wydaniu Mike'a Flanagana, twórcy rewelacyjnej "Nocnej mszy", widok dziewczyny obdarowanej zdolnościami telekinetycznymi nie wywołuje fali gęsiej skórki jak u Briana De Palmy. Horror wynikający z tego, co niewyjaśnione, zastąpiono w serialu "Carrie" tragizmem współczesnego świata. Twórca nie konstruuje makiety miasteczka Chamberlain w stanie Main wedle koncepcji niesamowitość Sigmunda Freuda. Świat przedstawiony buduje za to wokół chęci zrozumienia powodu popychającego ludzi do czynienia zła.
Recenzja serialu "Carrie" Mike'a Flanagana. Zbaw nas ode złego
Robotnik ginie na placu budowy, zmiażdżony betonowymi pustakami ściennymi. Policja odkrywa w piwnicy jego zaciemnionego domu dwie wystraszone istoty. Matkę z córką. Pani White, której mąż wpoił strach przed głębokim państwem i innymi konstruktami przewijającymi się w narracji teoretyków spiskowych, pod naciskiem opieki społecznej musi zrezygnować z edukacji domowej i posłać Cariettę do publicznej szkoły średniej. Obie wyruszają w kierunku nieznanego. Jedna z zamkniętą, druga z otwartą głową.
Licealne korytarze wydają się Carrie fascynujące i przytłaczające zarazem. Lokalne media nagłośniły jej rodzinną sprawę do tego stopnia, że nastolatka niemal od razu staje się celem szkolnych dręczycielek. Nie ma smartfona pod ręką, zamiast modnych ubrań nosi własnoręcznie uszyte sweterki i reaguje strachem na próbny alarm przeprowadzany regularnie przez dyrekcję na wypadek potencjalnej strzelaniny. W dziewczynie drzemie nieposkromiona moc, która będzie przybierać na sile z każdą kolejną wymierzoną w nią formą przemocy psychicznej.

Mike Flanagan słynie z prób uczłowieczania horroru i szukania odpowiedzi na pytania dotyczące dualizmu natury ludzkiej. "Carrie" staje się dziełem wypatrującym niuansu tam, gdzie się tylko da. Reżyser adaptacji "Nawiedzonego domu na wzgórzu" już na wstępie stawia tezę, że człowiek nie rodzi się zły, a czynniki zewnętrzne popychają go do przeobrażenia się w potwora. Tytułowa bohaterka jest przykładem osoby, która mimo wychowania w – bądź co bądź – przemocowym domu, nie ulega tak łatwo diabelskiej pokusie. Próbuje być wyrozumiała nawet wtedy, gdy inni zadają jej cierpienie; nawet wtedy, gdy uzmysławia sobie, że jej dom rodzinny jest tak samo przeżarty zgnilizną jak licealny gmach.
Flanagan dał Carrie większą sprawczość, co zresztą współgra z epizodyczną formułą tej adaptacji. Summer H. Howell ("Klątwa laleczki Chucky") w przejmujący i niezwykle wiarygodny sposób przeprowadziła swoją postać przez wszystkie etapy pożegnania z niewinnością i młodzieńczego buntu.
W serialu nie liczy się cel podróży (ociekający krwią bal), lecz droga pokonana przez protagonistkę (wszystkie wydarzenia poprzedzające wielką kulminację). To relacje między Carrie a resztą społeczności Chamberlain – w połączeniu z krótkimi quasi-dokumentalnymi wstawkami poświęconymi innym paranormalnym historiom – pozwala mi z pewnym sentymentem spoglądać na produkcję Prime Video.

Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Z początku nie byłam przekonana do wizji, że Margaret White, grana przez świetną Samanthę Sloyan ("Zagłada domu Usherów"), zostanie ukazana na małym ekranie ze współczuciem, ale ostatecznie do tego pomysłu przekonał mnie sposób, w jaki zdewociała matka Carrie zaczęła po trochu dostrzegać wpływ sekciarskich poglądów swojego męża na jej życie. Flanagan ubrał ją w szaty moralnie szarej postaci, która stanowi kontrast dla młodej Carrie, jeszcze wolnej od uprzedzeń.
Wszystko by mi się udało, gdyby nie ci wścibscy X-Meni
Oczywiście Flanagan wprowadza mniejsze i większe zmiany względem oryginału, zastępując horror Kinga kombinacją thrillera psychologicznego z nutką teen dramy. Nagromadzenie niektórych wątków pobocznych, które jakby nie patrzeć były zgodne z filozofią mistrza grozy, narobiło sporego bałaganu w finale serialu. Scenariusz nie rozwinął ich na tyle, by widz mógł poczuć się w pełni usatysfakcjonowany.
Pojawienie się w adaptacji grupy przywodzącej na myśl ekipę z instytutu Charlesa Xaviera było zupełnie zbędne. Szkolny bal zamienił się w walkę osób trzecich, którym Flanagan nie przeznaczył stosownej ilości czasu na to, aby mogły stać się pełnoprawną częścią serialowego uniwersum.
Ambicje twórcy "Carrie" trochę go przerosły. Flanagan wygrywa tam, gdzie skupia się na ludziach i ich wewnętrznych demonach. Nie radzi sobie natomiast tam, gdzie próbuje na siłę wciskać elementy rodem z komiksów Marvela. Serial o Carrie White ma znacznie lepszy początek niż zakończenie, co jest zadziwiające, biorąc pod uwagę, że książkowy bal jest kultowy i wcale nie potrzebuje dodatkowych ozdób.




