
– Spakowałem się, kiedy rodzice byli w pracy. Mimo jakiegoś przyzwyczajenia czy miłości do nich wiedziałem jedno: jeśli zostanę tam dłużej, to w końcu po prostu nie będzie mnie wcale – opowiada Asa, 20-latek w kryzysie bezdomności. Agnieszka Sikora, szefowa Fundacji PO DRUGIE: – Bezdomność zostaje w człowieku na zawsze. Nawet jeśli odbuduje się swoje życie i stworzy własną rodzinę.
Przemek ma 22 lata. Lubi Marvela, stare gry i "Gwiezdne Wojny". Trzy lata temu spakował rzeczy, wyszedł z domu i już nigdy do niego nie wrócił. O powodach mówi ostrożnie, waży słowa.
Wspomina o nowym partnerze matki, który stopniowo zaczął wpływać na jej decyzje i sposób, w jaki traktowała syna. Przemek coraz częściej czuł, że przestaje być w tym domu mile widziany.
Dzieci, których nikt nie chce
Pierwszą noc spędził w warszawskiej komunikacji miejskiej. Jeździł autobusami z pętli na pętlę. Byle dotrwać do rana.
– Nie miałem gdzie się wyspać, umyć, co zjeść ani czego się napić. Zostawiłem kartę do telefonu w domu, nie miałem internetu, więc wszystko było jeszcze trudniejsze – wspomina.
Takich jak Przemek świat nie widzi.
– Po prostu wyglądamy jak ludzie, którzy normalnie mieliby dom. Mamy jakieś ubrania, nie śmierdzimy. Ciężko zauważyć kogoś, kto, za przeproszeniem, nie siedzi z butelką wódki i nie żebrze o dwa złote – tłumaczy chłopak.
Pomoc znalazł w Fundacji Po DRUGIE, która roztacza skrzydła nad młodymi w kryzysie bezdomności. Mieszka w Domu dla Młodzieży.
Na korytarzu mija się z 20-letnim Asą. To student techniki animacji filmowej. Bez domu żyje od roku. Rano idzie na uczelnię, rozmawia z rówieśnikami. Ale nie o tym, gdzie śpi.
– Obawiam się reakcji innych. Zresztą nie jestem tu jedyną osobą, która to ukrywa i niechętnie się tym dzieli.
Jego pierwszy kryzys przyszedł jeszcze pod dachem domu rodzinnego. Asę po kawałku zjadała depresja, gdy był jeszcze małym chłopcem.
– Rodzice nie zauważyli, praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy. Siedziałem głównie sam w pokoju – opowiada.
Przyznaje wprost: w domu była przemoc psychiczna. To dlatego tamtego dnia spakował się, gdy tylko wyszli do pracy. – Mimo jakiegoś przyzwyczajenia czy miłości do nich wiedziałem jedno: jeśli zostanę tam dłużej, to w końcu po prostu nie będzie mnie wcale.
Przez pierwsze miesiące pomieszkiwał na kanapach u znajomych. Ale potem dłużej już się nie dało. Asa nie mógł wykonać żadnego ruchu, depresja odcięła go od wszystkiego.
Takich uczestników wsparcia jak Przemek i Asa przez Fundację Po DRUGIE przewijają się setki.
– Najczęstszą przyczyną ucieczki z domu jest przemoc. Coraz częściej w domach, po których na pierwszy rzut oka nigdy byśmy nie powiedzieli, że dzieje się tam coś złego. To przemoc w białych rękawiczkach – wyjaśnia Agnieszka Sikora, szefowa fundacji.
I wylicza dalej: – Czasem pojawia się nowy partner i dziecko staje się zbędnym balastem. Innym razem to młodzież z rodzin adopcyjnych, w których rodzice nie dostali wsparcia, by pokierować dziecko na prostą drogę.
Do tego dochodzi kryzys psychiatrii dziecięcej oraz luki w systemie usamodzielniania wychowanków pieczy zastępczej, które – jak uważa Sikora – bywają kolejnym ogniwem prowadzącym na ulicę .
– Piecza zastępcza leży. To skandal, że setki dzieci czekają na bezpieczne miejsce w w placówce czy rodzinie zastępczej. Jesteśmy dwudziestą gospodarką świata, a kompletnie nie potrafimy mądrze zaopiekować się najsłabszymi – ocenia Sikora.
– Coraz częściej słyszy się też o dzieciach wypisywanych ze szpitali psychiatrycznych tuż po osiągnięciu pełnoletności prosto na ulicę, bo rodzice po prostu nie chcą ich odebrać. Wie pani, ile mamy takich telefonów z całej Polski? – pyta retorycznie.
Dziś Przemek i Asa szukają równowagi w placówce prowadzonej przez fundację. – Czuję się tu bardziej u siebie niż w domu, w którym mieszkałem wcześniej – przyznaje Przemek.
Niedawno odbudował kontakt z mamą.
Asa o powrocie do domu rodzinnego na razie nie myśli. – Gdyby rodzice zdecydowali się iść na terapię i zobaczyli, że coś faktycznie było nie tak, to jest szansa na odbudowanie relacji. Ale to zależy od nich. Ja nie zamierzam robić pierwszych kroków – zaznacza student.
Sama ulica też często wygląda inaczej, niż nam się wydaje. – Bezdomność to nie tylko noclegownia czy klatka schodowa. To także nocowanie na kanapach u kolegów czy chowanie się na lotnisku w tłumie pasażerów. To wszystko są rozwiązania tymczasowe, bardzo trudne i niebezpieczne – tłumaczy Sikora.
Zjawisko to zaczyna wreszcie znajdować odzwierciedlenie w oficjalnych statystykach. W ogólnopolskim badaniu przeprowadzonym na zlecenie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej po raz pierwszy podjęto próbę uchwycenia tzw. bezdomności ukrytej. Z danych resortu wynika, że około 13 proc. osób w wieku 18–25 lat doświadczających kryzysu bezdomności deklarowało nocowanie u bliskich. Wśród osób niepełnoletnich odnotowano osiem takich przypadków.
Gra w chowanego
Zanim młoda osoba ucieknie z domu, potrafi miesiącami ukrywać, że jest tam jej źle. Jak zauważa Agnieszka Sikora, dzieci długo udają, że wszystko jest w porządku – z lęku przed eskalacją przemocy albo trafieniem do domu dziecka.
Ten sam strach przenoszą potem do organizacji pomocowych. Z doświadczenia szefowej fundacji wynika, że pierwsza rozmowa to zazwyczaj gra w chowanego. Młodzi ze wstydu i lęku przed odmową do ostatniej chwili ukrywają uzależnienia czy traumy.
– Wystarczy dać im czas i poczucie bezpieczeństwa. Po dwóch, trzech tygodniach wiemy już wszystko – mówi Sikora.
Jak opowiada, drogi do ich Punktu Pomocowego bywają bardzo różne. Jedni szukają ratunku od razu po pierwszej nocy w autobusie, inni krążą wokół fundacji tygodniami – dzwonią, odwołują spotkania, boją się przekroczyć próg.
– Przychodzą do nas osoby, które mają dopiero 19 lat i mówią: "Pani Agnieszko, mój dom jest tam, gdzie zobaczę ławkę, na której spędzę noc". Mówią tak, bo to lepiej brzmi, choć jest w nich ogromne cierpienie – dodaje.
Im szybciej młodzi dostaną wsparcie, tym łatwiej będzie im stanąć na nogi. – Tyle że naszym pierwszym i podstawowym wyzwaniem staje się dziś bardzo zły stan zdrowia psychicznego tych ludzi – zauważa. – Bywa, że nasz proces pomocy to błędne koło: coś zaczynamy, za chwilę jest hospitalizacja, kolejna próba i kolejna hospitalizacja.
Prof. Renata Szczepanik, pedagożka resocjalizacyjna i kryminolożka z Uniwersytetu Łódzkiego dodaje, że w wielu przypadkach wychodzenie z kryzysu oznacza po prostu naukę życia z konsekwencjami doznanych traum:
– Wyjście z bezdomności nie zawsze oznacza pełne rozwiązanie wszystkich problemów. Sporo osób musi po prostu nauczyć się funkcjonować ze swoimi trudnościami. Mają znacznie więcej wyzwań niż ktoś w pełni zdrowy, bo jednocześnie muszą okiełznać dorosłą rzeczywistość i nauczyć się żyć z takim trudnym "towarzyszem" w postaci kryzysu psychicznego.
Dlatego popularna rada w stylu: "niech się weźmie do roboty" jest zdaniem naukowczyni kompletnym nieporozumieniem.
– Na brak dachu nad głową nakładają się uzależnienia, traumy i głęboki kryzys psychiczny – tłumaczy badaczka. – Mówienie takiemu człowiekowi, żeby po prostu zarobił na dom, to absurd. On nie ma na to ani warunków, ani sił.
Pułapka młodzieńczości
Agnieszka Sikora stawia sprawę jasno: problem narasta, a my jako społeczeństwo tracimy młodych ludzi, których można wesprzeć i przygotować do życia w społeczeństwie.
– Jeśli tym młodym nie pomożemy tu i teraz, to część z nich po prostu nie przeżyje. A reszta nigdy nie wejdzie w dorosłość – ostrzega szefowa fundacji.
Bywa że początkowo młodzi ludzie nie myślą o sobie jako o osobach bezdomnych. Prof. Renata Szczepanik zwraca uwagę, że wypierają swój stan i wpadają w "pułapkę młodzieńczości".
– Dwie noce spędzone na przystanku nie wyglądają dla nich groźnie, bo młody organizm szybko się regeneruje. Brak dachu nad głową traktują jak intensywny, wręcz przygodowy styl życia: nocowanie na kanapach u znajomych, wyjazd pod namiot czy praca sezonowa nad morzem. Edukację odkładają na później, bo liczy się tylko przetrwanie tu i teraz.
Zdaniem prof. Szczepanik sama terapia to za mało. Żyjemy w świecie, który każdy problem próbuje zamknąć w medycznej diagnozie, podczas gdy tym młodym ludziom brakuje czegoś znacznie bardziej fundamentalnego – zwykłego wychowania.
– Nauka oswajania codzienności, a nawet "nauka chorowania" – choćby tego, że przy zaburzeniach psychicznych trzeba uregulować rytm dnia i pilnować brania leków – wyjaśnia prof. Renata Szczepanik – Ci młodzi ludzie potrzebują obecności znaczących osób dorosłych, które po prostu z nimi będą, wesprą ich w codziennych sprawach i nauczą ich żyć.
Złudne bywają też oficjalne statystyki. Z danych Ministerstwa Rodziny wynika, że kobiety stanowią zaledwie 28 procent młodych w kryzysie bezdomności.
To jednak tylko pozory. Jak wyjaśnia prof. Szczepanik, dziewczęta po prostu inaczej walczą o przetrwanie i łatwiej ukrywają problem.
– Znajdują zakwaterowanie u osób starszych, które mają mieszkanie – często pod płaszczykiem relacji czy związku, ale w rzeczywistości w zamian za dyspozycyjność sek**alną. Chłopcy są z kolei bardziej narażeni na bezpośrednią przemoc i agresję. Różnią się też sposobem radzenia sobie: chłopcy częściej łączą się w grupy i paczki, co widać również w kryminologii, przy analizie przestępczości nieletnich. Dziewczęta częściej próbują radzić sobie indywidualnie.
"Przyjdź z mamą, to was pogodzę"
W Polsce istnieje system pomocy dla osób w kryzysie bezdomności. Tyle że został skrojony pod dorosłych.
– Noclegownia to nie jest miejsce dla osiemnastolatka – tłumaczy Agnieszka Sikora, szefowa Fundacji po DRUGIE. – Młodzi potrzebują innego podejścia: opieki, wychowania i powolnego wdrażania w dorosłość, a nie wrzucenia na głęboką wodę.
– Pracownicy socjalni, którzy wysyłają osiemnastolatków do schroniska, powinni spędzić tam chociaż jedną noc – mówi dosadnie prof. Szczepanik. – Schroniska są dla ludzi starszych, schorowanych i zmęczonych życiem. Tam nikt nie wychowuje ani nie uczy żyć. Młodego człowieka trzeba z takiego środowiska wyrywać, a nie w nie wpychać.
Od lat apeluje, by bezdomności młodzieży nie traktować po prostu jako "pierwszego etapu" dorosłej bezdomności.
– Zasadnicza różnica polega na tym, że młodzi ludzie często nigdy nie mieli szansy być osobami "domnymi". Dorosły ma za sobą lata pracy, relacje, życie rodzinne. Młody trafia na ulicę z niczym. W przypadku młodzieży bezdomność jest efektem tzw. "zmultiplikowanej kryzysowości", której fundamentem staje się całkowite osamotnienie. Bywa to porzucenie fizyczne – gdy w dniu 18. urodzin dostaje się walizki za drzwi domu lub placówki. Ale też emocjonalne: "Masz 18 lat, jesteś dorosły, radź sobie sam".
Prof. Renata Szczepanik
pedagożka resocjalizacyjna i kryminolożka z Uniwersytetu Łódzkiego
To, że system jest ślepy na tę specyfikę, dobrze pokazuje przykład, który przytacza prof. Szczepanik: gdy wyrzucony z domu chłopak poszedł szukać pomocy w ośrodku pomocy społecznej, urzędniczka wysłuchała go i wypaliła krótko: "Przyjdź z mamą, to was pogodzę"
A potrzeby są ogromne. Z oficjalnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w kryzysie bezdomności przebywa ponad 1,2 tys. osób w wieku 18–25 lat – o jedną piątą więcej niż jeszcze dwa lata wcześniej.
Agnieszka Sikora odnosi się do tych wyliczeń krótko:
– To bzdura. Tych osób jest znacznie więcej. Widzimy to u siebie: bywają tygodnie, gdy zgłasza się do nas nawet dziesięciu nowych młodych z całej Polski.
Resort rodziny w odpowiedzi na pytania wskazuje na przygotowywaną nowelizację przepisów. Zmiany mają zakładać m.in. wcześniejszy proces usamodzielniania w pieczy zastępczej, wyższe świadczenia na naukę oraz unijne miliony na tworzenie mieszkań treningowych.
Agnieszka Sikora kontruje: –Tylko że resort rodziny mówi o jednej grupie młodzieży – wychowankach pieczy. Zasłania się zmianami w tej ustawie, a zapomina o innych młodych osobach w bezdomności.
Zdaniem prof. Szczepanik samo przydzielenie dachu nad głową – bez stałej opieki drugiego człowieka – również niczego nie rozwiązuje.
– Co z tego, że wychowanek dostanie mieszkanie socjalne, skoro po dwóch latach i tak wyląduje na ulicy? Mieszkanie trzeba umieć utrzymać. Jak ma to zrobić osamotniony dziewiętnastolatek z traumą czy uzależnieniem? – pyta badaczka.
Odpowiedzią mają być Domy dla Młodzieży – miejsca, w których młodzi nie tylko znajdą bezpieczne schronienie, lecz także nauczą się samodzielności przy wsparciu innych osób.
O ich utworzenie walczy Fundacja Po Drugie, która w petycji skierowanej do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej apeluje o wpisanie do ustawy o pomocy społecznej odrębnych rozwiązań dla młodzieży i młodych dorosłych w wieku 18–25 lat.
– Młodzi uczą się tam normalnego życia: pracy, nauki i dokładania się do rachunków. Nie ma numerków na drzwiach jak w domu dziecka. Są konkretne zasady, ale jest też wsparcie, którego wcześniej nigdy nie dostali – podsumowuje prof. Szczepanik.
Ciąg dalszy tekstu znajdziesz poniżej
Zobacz także
Piętno
Agnieszkę Sikorę takie widoki cieszą najbardziej. Na 15-lecie fundacji przyszedł elegancko ubrany, z teczką pod pachą. Pracuje, angażuje się w środowisko osób trzeźwiejących. Ot, ułożony facet. A ona pamięta go jeszcze jako chłopaka ledwo wchodzącego w dorosłość – uzależnionego, z przerwanymi terapiami i życiem na ulicy.
Albo historię siedemnastolatki, która uciekając przed przemocą domową, mieszkała w altance na działkach – bez wody i prądu – i stamtąd codziennie chodziła do szkoły. – Trafiła do nas, skończyła szkołę, zdobyła zawód i wyszła za mąż – wspomina szefowa fundacji. – Niedawno zadzwoniła na wideo, żeby pokazać zdjęcie z USG i powiedzieć, że zostanie mamą.
Sikora od razu dodaje jednak, że wyjście na prostą nie wymazuje przeszłości. – Bezdomność zostaje w człowieku na zawsze – zaznacza. – Cień tego doświadczenia – osamotnienia, strachu, chłodu i głodu – towarzyszy mu do końca życia. Nawet jeśli odbuduje swoje życie i stworzy własną rodzinę.
Profesor Renata Szczepanik przestrzega też przed szukaniem w tych historiach tanich happy endów. – Dla wielu to jest potężna, nierówna walka z traumami i chorobami psychicznymi – mówi pedagożka – Czasem doświadczenia z domu rodzinnego są tak dramatyczne, że dziewiętnastolatek niesie ciężar, jakiego nie uniósłby żaden dorosły. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że system wciąż udaje, że tych ludzi po prostu nie ma.
Przemek i Asa nie chcą, żeby trudna przeszłość zaglądała im przez ramię. Patrzą w przód.
– Nie marzę, mam cele. Robię prawo jazdy. Chcę zostać kierowcą autobusu w Warszawie. Bardzo lubię autobusy – mówi z przekonaniem 22-letni Przemek.
Ten sam, który trzy lata temu swoją pierwszą noc na ulicy spędził, jeżdżąc warszawskimi autobusami od pętli do pętli, byle tylko dotrwać do rana.
– Chciałbym po prostu odnaleźć się w pracy artystycznej i odzyskać stabilność – dodaje Asa.
GDZIE SZUKAĆ POMOCY?




