
– Myślisz, że siedzimy sobie słodko w jesienne wieczory i gramy w planszówki? Zapomnij. Jest nas czwórka, mieszkamy wszyscy razem, ale się mijamy – przyznaje Marzena. Beata, samodzielna mama: – Rodzinne niedziele wyparowały z mojego kalendarza, bo córka wtedy spędza czas z ojcem.
Pachną pieczarki. Szkli się cebula. Jest niedziela, więc po południu na kolację będą zapiekanki. Beata ma siedem lat i zna ten scenariusz na pamięć: mama krzyknie, że znów się przypiekły, a ona się ucieszy, bo lubi taki chrupiący ser. Usiądą wszyscy razem w salonie przy dużym stole i będą oglądać "Dynastię".
Beata znów nic nie zrozumie z tych zawiłości i rodzinnych koligacji, ale wszystko jest lepsze niż siedzenie samej w pokoju. Przed seansem rysuje na kartce z bloku mamę, tatę, dwójkę dzieci i psa.
"To będzie moja rodzina" – uśmiechnie się do mamy.
***
Nie ma drugiego dziecka, nie ma psa. Rodzina dorosłej Beaty rozpada się tak szybko, że sama jest zdziwiona. Bo weselnym torcie zostaje niestrawność.
Próbuje związać koniec z końcem: w tygodniu praca, w weekendy dodatkowe dyżury, wieczorami domowe obowiązki. Z językiem na brodzie biegnie po córkę do przedszkola. Z ojcem dziecka przekazują ją sobie jak kukułkę.
Próbuje zrozumieć, jak to możliwe, że z rodzicami grała w karty, planszówki i smażyła racuchy z jabłkiem. Jak, kiedy?
Coraz częściej kupuje w sklepie gotowe dania. Coraz częściej zasypia w ubraniu. W końcu stwierdza, że musi oczyścić głowę.
Biega, zapisuje się na pilates. W niedzielne południa ćwiczy na siłowni. Córka jest wtedy u ojca. W tygodniu obie działają w trybie przetrwania: praca, szkoła, nauka, dodatkowe zajęcia, płacenie rachunków, wzywanie fachowca.
– Co drugi weekend Matylda idzie w sobotę do ojca, zamiast w piątkowy wieczór. Dzięki temu udaje nam się zjeść razem śniadanie. Ale odkąd się rozstaliśmy, rodzinne niedziele zupełnie wyparowały z kalendarza. Córka musi mieć kontakt z ojcem, nie zmienię tego. Nie umiem tego wszystkiego pogodzić.
Optymalizacja
Sylwia nie chce być jak matka, która – jak zapamiętała – całe dnie spędzała ze ścierką w ręku. Chce mieć własne życie, zainteresowania i plany. O tym, trzeba stawiać na siebie, usłyszała kiedyś w rolce na Instagramie. "Mąż może cię zostawić, dzieci wyfruną. Jedyne, co masz w życiu pewnego, to siebie. Postaw na siebie" – przekonywała influencerka.
Sylwia postawiła. Zapisuje się na webinary, uczy hiszpańskiego online, chodzi na spotkania rozwojowe.
Z koleżankami umawia się w sobotnie popołudnia. Jest jeszcze partner, z którym też chce spędzać czas. Nie mieszkają razem, więc spotkania trzeba uzgadniać, dopasowywać do obowiązków i planów.
Córka je obiady w szkole, w weekendy zamawiają pizzę albo sushi. Sylwii szkoda czasu na gotowanie.
O atmosferę domową też dba. W galerii kupiła patyczki zapachowe. Wystarczy wstawić je do flakonika, żeby mieszkanie pachniało szarlotką.
Ale kiedy słyszy jak córka szepcze do koleżanki: "Wiesz, mama chciała, żeby było jak w prawdziwym domu", coś w niej pęka.
– Załamałam się. Mam wrażenie, że coś poszło nie tak w moim życiu – przyznaje. – Moje dziecko nie będzie miało żadnych smaków ani zapachów z dzieciństwa. Niczego. Będzie pamiętać zapach patyczków z Rossmana.
I dodaje:
– Średnio pociesza mnie to, że moje koleżanki, które mają pełne rodziny, żyją tak samo.
Jej słowa zdają się potwierdzać to, co mówi Marzena, która z mężem uprawia gimnastykę logistyczną.
– Myślisz, że siedzimy sobie słodko w jesienne wieczory i gramy w planszówki? Zapomnij. Jest nas czwórka, mieszkamy wszyscy razem, ale się mijamy. Między synami jest duża różnica wieku, nie da się zaplanować aktywności dla wszystkich. W sobotę mąż wiezie starszego na piłkę albo do kolegi, który mieszka za miastem. Ja z małym wychodzę na spacer, na plac zabaw albo ogarniamy dom.
Marzena
mama dwójki dzieci
Bywa, że jest jeszcze trudniej. Na przykład w rodzinach patchworkowych. Wtedy planowanie wspólnego czasu przypomina niekiedy akrobatykę logistyczną. Trzeba pogodzić grafik byłego partnera, plany obecnego, terminy pobytu dzieci w obu domach i ich własne zajęcia.
– Posadzić nas wszystkich przy stole, to jak wygrać w Lotto – powiedziała kiedyś moja koleżanka, która dwójkę dzieci wychowuje w opiece naprzemiennej.
Jej partner także.
Rytuał to obietnica
Są rodziny, które nie muszą układać życia między dwoma domami, a mimo to wspólny czas staje się w nich towarem deficytowym.
Dlaczego tak trudno nam dziś być razem, nawet kiedy mieszkamy pod jednym dachem? Co stało się z rodzinnymi rytuałami i czy rzeczywiście jeszcze ich potrzebujemy?
Jak podkreśla socjolożka i psycholożka Żaneta Rachwaniec, zarówno dawniej, jak i dziś domowe rytuały mają jedno główne zadanie: zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa.
– To trochę obietnica, że coś się wydarzy, że znów się spotkamy. Wnosi w życie rodziny stałość i przewidywalność, niezależnie od tego, co dzieje się dookoła – tłumaczy ekspertka.
Dla małego dziecka ta powtarzalność ma szczególne znaczenie: wieczorne rytuały pomagają mu wyciszyć się przed snem, a w przypadku rozstania rodziców stały grafik spotkań z każdym z nich pozwala bezpieczniej odnaleźć się w nowej codzienności.
Z wiekiem dzieci potrzebują jednak więcej swobody. Nastolatek niekoniecznie zechce spędzać niedzielę przy wspólnym stole, nawet jeśli rodzice od tygodnia planowali uroczysty obiad. – My coś zaplanujemy, a nastolatek nagle wyskoczy z hasłem: "Umówiłam się na pizzę ze znajomymi". Dzieci mogą się nam z tych rytuałów wymykać i jest to zupełnie normalne – uspokaja Rachwaniec.
Potwierdza to dyskusja, na którą trafiam na Facebooku. Matka ucznia drugiej klasy liceum opisała ankietę przeprowadzoną w klasie jej dziecka. Pytania dotyczyły zwyczajnych przyjemności: wyjścia do kina na film wybrany przez dziecko, spaceru z rodzicami po parku lub lesie czy wspólnego wyjścia na lody. Uczniowie mieli też odpowiedzieć, kiedy ostatnio spędzili z rodzicami czas na luzie, nie licząc wspólnych wakacji.
Do wyboru były trzy odpowiedzi: miesiąc, trzy miesiące albo sześć miesięcy. Ponad połowa klasy zaznaczyła, że w ciągu ostatniego półrocza nie spędziła z rodzicem takiego swobodnego czasu.
Pod postem rozgorzała dyskusja. Część komentujących zwracała uwagę na natłok obowiązków, inni – na to, że nastolatki same nie zawsze mają ochotę na wspólne wyjścia.
"My chcemy spędzać czas z synami – to oni nie chcą" – broniła się jedna z internautek.
Nie zawsze więc wystarczy, że rodzice znajdą czas i zaproponują wspólną aktywność.
Jak podkreśla Rachwaniec, nie trzeba kurczowo trzymać się kalendarza. Jedni lubią stałe punkty tygodnia, inni wolą spontaniczność – najważniejsze, by wspólne zwyczaje sprawiały autentyczną przyjemność. Sama psycholożka w weekendy celebruje z córką słodkie śniadania, a w grudniu przygotowuje kalendarz adwentowy.
Problem pojawia się wtedy, gdy forma zaczyna dominować nad relacją.
– Gorzej, gdy tradycja staje się narzędziem terroru i przymusu. Zdarza się, że ktoś jest zmęczony i wolałby spędzić święta pod palmami, a wtedy słyszy od oburzonej rodziny: "Jak to? Przecież o tej porze zawsze jeździliśmy do wujka Mariana!". I zamiast radości pojawia się presja. Rytuały mają nas do siebie zbliżać, a nie służyć narzucaniu własnej woli – przestrzega.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Bliskość bez okazji
Rodzice coraz częściej dbają o własny rozwój: chodzą na pilates, przygotowują się do półmaratonów, spotykają ze znajomymi. Łatwo jednak wypełnić kalendarz po brzegi i przeoczyć moment, w którym relacja z dzieckiem schodzi na dalszy plan. Jak znaleźć dla niej miejsce?
Żaneta Rachwaniec organizuje z córką "babskie wieczory" – nakładają maseczki i rozmawiają. Nie uważa jednak, że bliskość wymaga specjalnych okazji ani długich rozmów. Często łatwiej o nią przy okazji gotowania, zakupów czy drogi do szkoły. Dziecko może wtedy samo zacząć mówić o tym, co je zajmuje, bez poczucia, że zostało wezwane na poważną rozmowę.
Żaneta Rachwaniec
psycholożka, socjolożka
Nie chodzi więc o rezygnację z własnych pasji, ale o uważność na dziecko i gotowość, by czasem odłożyć swoje plany.
– Dziecko musi czuć, że choć mama ma swoje sprawy, to ono i tak pozostaje dla niej priorytetem – podkreśla psycholożka.
Nie wszystko z dawnego domu warto zachować.
Zamiast bezrefleksyjnie odtwarzać dawne zwyczaje, lepiej wybrać z nich tylko to, co rzeczywiście budzi ciepłe wspomnienia. Podczas warsztatów Rachwaniec prosi uczestniczki o dokończenie dwóch zdań: "W moim domu zawsze…" oraz "Od mojej mamy dostałam…".
Często odpowiedzią wcale nie jest doniosłe wydarzenie, lecz z pozoru drobny gest, który zostaje w pamięci na całe życie.
– Jeżeli dorosły człowiek potrafi z uśmiechem powiedzieć: "W moim domu w soboty zawsze jedliśmy razem słodkie śniadanie i wszyscy mieli świetny humor", to mówimy o prawdziwym sukcesie – puentuje.




