
– Na kursach uczę sprytu, blefu i gry aktorskiej. Przetrwanie na ulicy to w dużej mierze gra. Jeśli uda ci się oszukać napastnika, wracasz do domu w jednym kawałku – mówi Igor Barnaś, instruktor samoobrony i twórca systemu DEFENDU, ekspert w dziedzinie taktyki i strzelectwa oraz szkoleniowiec zespołów ochrony VIP i bezpieczeństwa.
Aleksandra Tchórzewska: Jechałam kiedyś nocą starym pociągiem. Cały wagon był pusty, a w moim przedziale siedział jeszcze jeden mężczyzna. Dziwnie na mnie zerkał. Przez całą podróż towarzyszył mi niepokój. Co powinnam zrobić?
Igor Barnaś, instruktor samoobrony i twórca systemu DEFENDU: W takich momentach można zastosować tak zwane pytania bezpieczne. Zagadujemy drugą osobę i obserwujemy jej reakcję. Słyszymy, jak mówi, jaki ma akcent, a przede wszystkim – czy jest otwarta na rozmowę. Przy okazji możemy nieco rozładować napięcie.
Oczywiście rozmowa nie musi powstrzymać kogoś, kto ma już konkretny plan ataku. Wchodząc do przedziału, możemy jednak zadać zwykłe pytanie: "Czy ktoś jeszcze będzie tu siedział?", "Wygodnie panu?" albo zażartować: "Ciekawe, czy w ogóle dojedziemy tym starym pociągiem".
Spokojna reakcja może ułatwić nawiązanie kontaktu. Wrogość czy agresja powinny natomiast wzbudzić naszą czujność.
Bałam się przesiąść, bo pomyślałam, że pójdzie za mną. Pusty wagon, obsługa daleko, ciemno, lampki nad fotelami nie działały.
Czasami warto powiedzieć wprost: "Niech pan się nie obrazi, ale czuję niepokój i boję się przy panu zasnąć".
Powiedzenie wprost, że się boję, nie sprowokuje agresora?
Wielu ludzi taka szczerość może rozbroić. Mężczyzna może odpowiedzieć: "Kobieto, daj spokój, jestem zwykłym facetem, wracam zmęczony z pracy i nie mam takich pomysłów". Bezpośrednia rozmowa bywa sposobem na rozładowanie napięcia.
Co zrobić, żeby strach nie odebrał nam zdolności działania?
Powiem, co sam robię w stresie. Uspokajam się, biorę oddech i mówię sobie: "Dobra, to nie jest Matrix, to jest życie. Walczę o przetrwanie". Nie walczę o to, żeby wygrać, tylko żeby przeżyć.
Analizuję sytuację: gdzie jestem, jakie mam możliwości? Zajmuje mi to dosłownie pięć sekund, ale to kwestia treningu.
Przede wszystkim trzeba kontrolować oddech. Nie można dopuścić do hiperwentylacji, bo wtedy trudniej zapanować nad sobą. Pod wpływem silnych emocji łatwo podejmować pochopne decyzje.
Łatwo panu mówić, jest pan ekspertem. A co ma zrobić przerażona pani Kowalska, która znajdzie się w ciemnej bramie?
Jeśli może wcześniej pomyśleć o swoim bezpieczeństwie, warto, żeby to zrobiła.
Załóżmy, że wraca z pracy.
Jeśli wraca z nocnej zmiany i codziennie pokonuje tę samą trasę, może zastanowić się, czy istnieje bezpieczniejsza alternatywa. Nie daje to oczywiście gwarancji, że nic się nie wydarzy. Chodzi o to, by – obok umiejętności reagowania w sytuacji zagrożenia – brać pod uwagę także środki ostrożności, które możemy zastosować wcześniej.
Oczywiście za atak odpowiada sprawca, a nie osoba, która znalazła się w danym miejscu. Nie zawsze mamy możliwość przewidzenia zagrożenia czy wybrania innej drogi.
Jeśli wiem, że na trasie mam ciemny, nieprzyjemny zaułek, nie szukam latarki na dnie torebki, pod portfelem i kluczami. Wyciągam ją wcześniej, zanim dojdę do bramy. Mogę oświetlić przejście z dystansu i sprawdzić, czy ktoś tam stoi. Światło może pomóc wcześniej zauważyć zagrożenie, choć oczywiście nie daje gwarancji bezpieczeństwa. W niektórych sytuacjach mocna latarka skierowana w oczy może na chwilę utrudnić widzenie i dać czas na ucieczkę.
Jeśli z daleka widzę, że ktoś koczuje w bramie, po prostu tam nie wchodzę. Dzwonię do kogoś, żeby po mnie wyszedł, albo proszę o pomoc osobę na oświetlonej ulicy: "Przepraszam, boję się wejść na to podwórko. Czy mógłby pan podejść ze mną pod klatkę?".
Dzisiaj boimy się takich odruchów. Zamknęliśmy się w telefonach, a po pandemii jeszcze bardziej odwykliśmy od kontaktu z ludźmi. Boimy się poprosić o wsparcie, a ludzie – wbrew pozorom – naprawdę chcą pomagać. Trzeba tylko przełamać wstyd i dać im na to szansę, zamiast na ślepo pchać się w kłopoty.
Czyli unikamy ciemnych bram. Jakich jeszcze sytuacji powinniśmy się wystrzegać?
Wszystkich, które mogą stwarzać zagrożenie. Warto śledzić bieżące informacje i wiedzieć, gdzie dochodzi do pobić czy napadów.
Jeśli idę przez ciemny park albo miejsce, w którym czuję się zagrożony, nie trzymam gazu pieprzowego na dnie torby. Mam go pod ręką, tak żeby w razie potrzeby móc szybko po niego sięgnąć. Jeśli jest schowany, nie wyciągnę go w ułamku sekundy.
Idziemy nocą, mamy chodnik po lewej, jezdnię i chodnik po prawej. Gdzie jest, pani zdaniem, najbezpieczniej?
Nie wiem… Tam, gdzie świecą latarnie?
Nie, pod samą latarnią wcale nie jest najbezpieczniej. Nie wiem, czy pani zauważyła, jak są skonstruowane – rzucają snop światła naokoło, a tuż pod słupem bywa najciemniej.
Najbezpieczniej jest tam, gdzie jesteśmy widoczni dla innych i w razie potrzeby możemy szybko poprosić o pomoc.
Trzymajmy się krawędzi chodnika od strony jezdni. Nie idźmy tuż przy ścianach budynków, bo ktoś może wciągnąć nas w bramę i nikt nawet tego nie zauważy.
Jeśli czujemy, że ktoś za nami idzie i zaczynamy się bać, reagujmy. Wejdźmy do otwartego sklepu, na stację benzynową, wszędzie tam, gdzie są ludzie. Powiedzmy wprost: "Proszę pana, boję się, ktoś za mną idzie. Czy może mi pan pomóc?".
Nie zakładajmy, że nikt nam nie pomoże. Ludzie chcą pomagać.
I dzwońmy na policję.
Dziś każdy chce czuć się bezpiecznie. Jedni trenują boks, drudzy oglądają w sieci tutoriale z technikami samoobrony i żyją w przekonaniu, że w razie czego poradzą sobie na ulicy. Mają rację?
Ludzie mają złudzenia. Naoglądają się takich wzorców i myślą, że jakoś to będzie. Tymczasem bezpieczeństwo to przede wszystkim świadomość zagrożeń i wiedza zdobywana od fachowców, którzy na co dzień się tym zajmują.
Problem polega na tym, że niektórzy trenerzy sztuk walki, kiedy kończą im się pomysły na treningi i zaczyna brakować klientów, biorą się za rzeczy, na których się nie znają. Uważają, że skoro ktoś potrafi walczyć w ringu i jest mistrzem świata w swojej dyscyplinie, to na ulicy poradzi sobie równie dobrze. A wtedy następuje zderzenie z rzeczywistością.
Dlaczego?
Bo w sytuacji zagrożenia nie mamy czasu, żeby przypominać sobie skomplikowane techniki. Reakcja musi być intuicyjna. Trzeba wielokrotnie ćwiczyć jeden ruch, żeby wykonywać go automatycznie.
Mnogość kombinacji uderzeń i kopnięć może wręcz przeszkadzać. Wolę pracować z kimś, kto nigdy niczego nie trenował. W ciągu czterech godzin uczę taką osobę świadomego poruszania się po ulicy i reagowania w konkretnych sytuacjach.
Czyli w samoobronie ważniejsze od liczby wyuczonych technik jest przygotowanie do konkretnej sytuacji?
Dzisiaj uczy się fikołków, machania rękami, uderzeń i dźwigni. Nie tędy droga. Na moich szkoleniach siadamy, analizujemy sytuacje, odgrywamy scenki. Dopiero dzięki takiemu myśleniu człowiek staje się świadomy.
Techniki wprowadzam na samym końcu. U mnie samoobrona to dwa, trzy ruchy wyuczone na pamięć. Więcej człowiek po krótkim kursie po prostu nie jest w stanie zapamiętać ani zastosować.
Jest pan instruktorem wojskowego systemu DEFENDU, obejmującego walkę wręcz i posługiwanie się różnymi narzędziami, m.in. nożem i kijem. Uczy pan również strzelectwa i taktyki, szkoli zespoły ochrony VIP-ów, ochrania pan polityków. Skąd u pana tak szerokie doświadczenie?
Poświęciłem trzydzieści dwa lata na uczenie ludzi, jak radzić sobie w ekstremalnych sytuacjach na ulicy. Sam znalazłem się w takich sytuacjach, pracując dla wojska w Polsce i za granicą.
Wiem, co znaczy walczyć o życie. Osoby, które tego nie doświadczyły, często nie zdają sobie sprawy, do czego jesteśmy wtedy zdolni.
W którym momencie zaczyna się samoobrona?
Jeśli ktoś wychodzi do mnie z nożem, a ja zauważam go dopiero w tej chwili, może być już za późno na spokojną ocenę sytuacji. Muszę działać wcześniej: obserwować okolicę, ludzi, których mijam, i miejsca, do których wchodzę.
Przede wszystkim chodzi o budowanie świadomości. Wchodzę do pomieszczenia, rozglądam się, zwracam uwagę na osoby, które mogą stanowić zagrożenie, i oceniam sytuację. Nie prowokuję, nie zachowuję się agresywnie, nie próbuję na siłę niczego tłumaczyć.
Nie chodzi o to, żeby popaść w paranoję i bać się każdego człowieka. Chodzi o wyłapywanie sygnałów ostrzegawczych. Ktoś jest agresywny, krzyczy, wszczyna awantury, co jakiś czas przesuwa coś pod pachą, wkłada rękę za pas albo do kieszeni i trzyma tam nóż.
Ludzie często przegapiają takie sygnały, bo działają pod wpływem emocji, a nie logiki. Zaczynają sobie udowadniać: „Ja nie dam rady? Co, ja nie potrafię?”. Tymczasem chęć udowodnienia własnej siły może przesłonić rozsądek i utrudnić podjęcie bezpiecznej decyzji.
A czy nie jest tak, że najlepszą samoobroną jest po prostu rezygnacja z walki?
Nie do końca. Trzeba zrozumieć, że agresor również może szukać osoby, z którą łatwo sobie poradzi. Jeśli widzi kogoś pewnego siebie, sprawiającego wrażenie sprawnego i uważnego, może zrezygnować z ataku, bo uzna, że będzie trudniej. Woli wybrać kogoś, kogo postrzega jako słabszego. Zwierzęta też szukają w stadzie osobników chorych i słabych. Każdy trening sportowy może budować pewność siebie.
Byłbym jednak daleki od radzenia komukolwiek, żeby próbował odebrać nóż napastnikowi. Przerobiłem tysiące scenariuszy takich prób.
Igor Barnaś
instruktor samoobrony i twórca systemu DEFENDU
Jeśli nóż jest już w ruchu, wystarczą dwa, trzy cięcia i może być po wszystkim. Przecięcie tętnicy szyjnej albo udowej oznacza bezpośrednie zagrożenie życia.
Zdarzyła się panu sytuacja, w której musiał pan zmierzyć się z kimś uzbrojonym w nóż?
Kiedyś trafiłem na mężczyznę, który trzymał nóż przy szyi kobiety.
I co pan zrobił?
Zacząłem z nim rozmawiać.
Nie jestem zawodowym negocjatorem i teoretycznie nie powinienem się w to angażować, ale tam nie było czasu na czekanie. Wiedziałem jedno: jeśli ktoś przykłada drugiej osobie nóż do gardła, a przy tym dużo krzyczy i gestykuluje, to – w zależności od sytuacji – może w ten sposób próbować zaznaczyć swoją pozycję, zwłaszcza gdy brakuje mu innych argumentów. Nie musi to oznaczać, że chce zabić.
Nie można jednak z góry przesądzać, co nim kieruje ani jakie ma zamiary.
Pamięta pan, jakie słowa go przekonały, żeby odłożył ostrze?
Nie. Ale można spróbować zbić napastnika z tropu, zadając z pozoru nieoczywiste pytanie: "Słuchaj, co się stało, że doszło do takiej sytuacji?". Ale trzeba pamiętać, że nie ma jednej metody, która zadziała w każdej sytuacji.
Rzucasz temat i uważnie obserwujesz reakcję. Jeśli widzisz, że to tylko potęguje jego złość, nie brniesz w rozmowę. Szukasz bezpiecznego wyjścia z sytuacji.
Próba nawiązania kontaktu może czasem pomóc obniżyć napięcie, ale nie daje takiej gwarancji. Szczególnie jeśli napastnik ma nóż, najważniejsze jest własne bezpieczeństwo i możliwość oddalenia się.
Wielu agresywnych ludzi po prostu potrzebuje, żeby ktoś ich w tej frustracji zauważył. Nie wierzę, że człowiek rodzi się z genem zła. Każdego coś popycha do skrajności, choć motywy ataków bardzo się przez lata zmieniły.
Dzisiaj, moim zdaniem, eskalacja przemocy jest ogromna. Napastnicy bywają bezwzględni. Naoglądali się filmów, materiałów w internecie i relacji z zachodnich miast, gdzie – jak się często przedstawia – takie ataki stały się powszechne. Agresja poszła w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Co jeśli rozmowa nie działa?
Musimy stworzyć między sobą a napastnikiem barierę. Może to być stół, krzesło, samochód czy wózek sklepowy. Torbę, którą mam przy sobie, przekładam przed brzuch. To dodatkowa osłona.
Ale osłaniam się po to, żeby uciec, a nie żeby walczyć.
Jeśli mam przy sobie gaz w żelu, mogę spróbować go użyć, ale nie daje on stuprocentowej gwarancji. Jeśli nie trafię, mogę jeszcze bardziej rozzłościć agresora. Jeśli jednak pod ręką jest gaśnica, na przykład w szkole, a ktoś atakuje uczniów, można próbować wykorzystać ją do powstrzymania napastnika, działając wspólnie z innymi osobami, jeśli nie ma innego wyjścia.
Zawsze jednak obowiązuje podstawowa zasada: uciekaj, obserwuj i zawiadom służby.
Zdarza się, że trafiają do pana ludzie już po traumatycznych przejściach?
Oczywiście. Mam kursantów, którzy doświadczyli napaści, ale też takich, którzy przychodzą profilaktycznie. Zdarzało się, że moi kursanci zostali zaatakowani już po szkoleniu i wyszli z tego cało. Jedna z najdrobniejszych dziewczyn na zajęciach została zaatakowana przez kilku mężczyzn, kiedy wynosiła śmieci. Poradziła sobie.
Tylko pamiętajmy, co oznacza słowo "obrona".
Igor Barnaś
instruktor samoobrony i twórca systemu DEFENDU
To niewiele ma wspólnego ze sportami walki. Wymyślono je po to, by wojownicy mogli walczyć wręcz. Z czasem usunięto z nich najbardziej niebezpieczne elementy, a same dyscypliny przekształcono w sztuki walki uprawiane rekreacyjnie albo sporty z określonymi regułami.
Na ulicy żadnych reguł jednak nie ma.
Co najbardziej zaskakuje uczestników, kiedy przychodzą na salę ze swoimi wyobrażeniami?
Wymyślam scenariusze, których zupełnie się nie spodziewają. Tworzę na sali sytuacje, które wyciągają ich daleko poza strefę komfortu. Myślą, że przychodzą na bezpieczny trening, a ja stwarzam warunki, w których sala staje się dla nich piekłem. Muszą podejmować decyzje pod ogromną presją. Wystarczy drobna zmiana w schemacie, który ćwiczyli dziesiątki razy, i kompletnie się gubią.
Ostatnio prowadziłem wykład o bezpieczeństwie dla pięćdziesięciu kobiet. Padło pytanie, czy będziemy ćwiczyć techniki w parach. Jak to sobie wyobrazić w tak dużej grupie? Można co najwyżej pokazać kopnięcie w krocze albo uderzenie w głowę, ale nikt nie nauczy się w ten sposób skutecznie reagować.
Prawdziwe szkolenie prowadzi się w grupach liczących cztery, maksymalnie sześć osób. Wtedy cały czas mam kursanta na oku i jestem do jego dyspozycji. Można też sprawdzić w praktyce, czy dana technika działa pod presją.
Czy każdego człowieka można nauczyć działania?
Każdego. Problem polega na tym, że na co dzień żyjemy w strefie komfortu i boimy się z niej wyjść. Osoby, które przychodzą na kursy ze świadomością zagrożeń, chcą nauczyć się czegoś nowego i są gotowe nad tym pracować.
Większość uczestników wie, że bywa niebezpiecznie, ale nie wie, jak sobie z tym poradzić. Niektórzy naiwnie liczą na policję, straż czy pogotowie. Tyle że w chwili ataku służby mogą nie zdążyć z pomocą. Nie zawsze są w stanie zareagować natychmiast. Dlatego powtarzam: umiesz liczyć, licz na siebie.
Tak jak uczymy się pływać, prowadzić samochód czy poznajemy podstawowe przepisy, tak samo powinniśmy poznać podstawy samoobrony i wiedzieć, jak reagować w sytuacji zagrożenia. Potrzebujemy fachowców, którzy rozumieją zagrożenia, mają doświadczenie i wiedzą, o czym mówią. A nie ludzi, którzy nagle odkryli, że można na tym zrobić świetny interes.
Ciąg dalszy wywiadu poniżej
Zobacz także
Zauważyłem ostatnio taki trend: nagle wszyscy organizują kursy obrony przed nożem. Ja zajmuję się tym od trzydziestu lat, a teraz patrzę na nowych instruktorów i zastanawiam się, skąd się wzięli. Ale dobrze, każdy ma swój pomysł na biznes.
Ja chcę pójść szerzej i przygotować kursy, również online, dla osób w wieku 60 czy 70 lat. Seniorzy bywają szczególnie narażeni na różne formy przemocy i oszustw.
Napisałem też książkę "DEFENDU GREYMAN". Przygotowuję ją właśnie do publikacji.
Kim jest tytułowy Grayman?
Grayman to świadomy człowiek, który wtapia się w otoczenie. Nie chce się wyróżniać, a jednocześnie wie, jakie zagrożenia mogą go spotkać. Obserwuje otoczenie, wyciąga wnioski, szkoli się i przygotowuje na różne sytuacje. Nie chodzi o to, żeby ubierać się na szaro i za wszelką cenę pozostać niezauważonym. Można nosić kolorowe ubrania. Najważniejszy jest sposób myślenia.
A na ulicy? Jak taki człowiek zachowuje się na co dzień?
Przede wszystkim jest świadomy tego, co dzieje się wokół niego. Nie chodzi po ulicy z głową w telefonie, zwraca uwagę na otoczenie i potrafi wcześniej dostrzec sygnały ostrzegawcze. Nie afiszuje się też tym, co ma i kim jest. Gdyby miała go pani wytypować z tłumu, prawdopodobnie nie zwróciłaby pani na niego uwagi.
Grayman to przede wszystkim sposób myślenia: nie prowokować niepotrzebnego zainteresowania, nie ułatwiać innym oceny swojej sytuacji i dbać o bezpieczeństwo swoje oraz najbliższych.
Jakie było najbardziej zaskakujące albo niebezpieczne zdarzenie na ulicy w pana życiu? Zdarzył się moment, w którym poczuł pan zagrożenie?
Podświadomie czytam ludzi. Wystarczy kilka sekund: parę słów, strój, otoczenie. Na tej podstawie próbuję ocenić, z kim mam do czynienia.
Od ponad trzydziestu lat pracuję w obszarze bezpieczeństwa. Ochraniałem VIP-ów, pracowałem na bramkach, służyłem też w wojsku. Mimo takiego doświadczenia wiem, że sam mogę paść ofiarą napaści, jeśli ktoś zaskoczy mnie sposobem działania, z którym wcześniej się nie spotkałem.
Są jednak sytuacje, w których trzeba działać natychmiast. Jeśli widzę, że ktoś jest skrajnie agresywny, muszę zareagować stanowczo. W wojsku każdą akcję najpierw się planuje i prowadzi obserwację. To pozwala ograniczyć ryzyko zaskoczenia. Zarówno w ochronie osobistej, jak i w wojsku błąd może mieć bardzo poważne konsekwencje.
Na co dzień ludzie zaskakują mnie raczej pozytywnie. Mam poczucie, że potrafię wcześnie wychwycić zagrożenie i rozpoznać złe intencje.
Kobiety podchodzą do samoobrony inaczej niż mężczyźni? Mają inne oczekiwania?
Kobiety bywają bardzo zdeterminowane, czasem wręcz skrajnie. Zdarza się, że słyszę na zajęciach: "Chcę się nauczyć tak przywalić, żeby już nie wstał". Tłumaczę wtedy spokojnie, że istnieją pewne ograniczenia fizyczne i że w bezpośrednim starciu różnica siły może mieć znaczenie. Nie oznacza to jednak, że kobieta jest bez szans – wiele zależy od sytuacji, umiejętności i możliwości przerwania ataku.
Nie można zakładać, że każdy mężczyzna będzie postrzegał kobietę w ten sam sposób ani że ją zlekceważy. Zdarza się jednak, że napastnik nie spodziewa się zdecydowanej reakcji. W takiej sytuacji wyuczone techniki mogą pomóc zyskać chwilę na uwolnienie się i ucieczkę.
Celem samoobrony nie jest pokonanie napastnika za wszelką cenę, lecz zadbanie o własne bezpieczeństwo i jak najszybsze przerwanie niebezpiecznego kontaktu.
Facetom z kolei często przeszkadza ego: "Co, ja nie dam rady?". A na ulicy nie ma kozaków ani niepokonanych mistrzów.
Na kursach uczę sprytu, blefu i gry aktorskiej. Przetrwanie na ulicy to w dużej mierze gra. Jeśli uda ci się oszukać napastnika, wracasz do domu w jednym kawałku.




