
– Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby był atak. Jestem polonistką, a nie ekspertką od samoobrony. W żaden sposób nie jesteśmy przygotowani, nie przechodziliśmy żadnych szkoleń – mówi Ewa, nauczycielka z wieloletnim stażem. Podczas dyżuru na korytarzu towarzyszy jej pani sprzątająca. Zofia, polonistka z innej placówki: – Ja mogę wziąć kolejne dyżury, tylko co z tego? Nie będę miała czasu nawet wyjść do toalety, a i tak przecież nie umiem obezwładnić człowieka.
Tekst powstał w piątek 9 października, po doniesieniach o atakach z użyciem noża i udaremnionych planach zamachów, które ponownie postawiły pytanie o bezpieczeństwo w szkołach. Przez cały dzień rozmawiałam z nauczycielami ze szkół w całej Polsce. Pytałam, jak wygląda sytuacja po ostatnich wydarzeniach. Czy wiedzą, jak reagować w razie zagrożenia? Czy ktokolwiek przygotował ich na sytuację, w której zamiast prowadzić lekcję, musieliby stanąć w obronie uczniów? Albo ratować własne życie? I co, jeśli musieliby wybierać?
***
Ewa się boi. To pierwsze, co od niej słyszę. Potem strach staje się jeszcze większy, gdy dowiaduje się, że w jej mieście uczeń planował zamachy w szkołach. A przecież sama uczy w jednej z nich.
Rano na korytarzu mignęły jej policyjne mundury. Dyżurów ma tyle samo, co wcześniej. Zmieniło się tylko to, że od dziś nie chodzi po korytarzu sama. Tworzy dwuosobowy patrol z panią sprzątającą.
– Dzisiaj jest bardzo mało uczniów. Na moje lekcje przychodzą po dwie osoby z całej klasy – rzuca.
Pytam, czy wie, jak zareagować w razie zagrożenia. Ciężko wzdycha: – Nie mamy się czym bronić. Nie wiemy, jak się bronić. Nikt nas tego nie nauczył. Nie możemy mieć przy sobie nawet gazu pieprzowego.
Pytamy nauczycieli, czy w szkole czują się bezpiecznie
Ewa mówi, że poczucie bezkarności uczniów narasta od lat. Nauczyciel ma odpowiadać za porządek i bezpieczeństwo, ale kiedy dochodzi do konfliktu, zostaje sam.
– Uczeń śmieje się nauczycielowi prosto w twarz i mówi: "Co mi zrobisz?". Raz od ucznia usłyszałam: "Spie***laj". Jakie miał konsekwencje? Pogadanka z wychowawcą. Zazwyczaj wygląda to tak: przychodzi matka i od razu na mnie naskakuje. Nie chce wysłuchać. Ma pretensje. Trudno mi powiedzieć, jak rodzice zachowają się w sytuacji kryzysowej. Czy po prostu zrzucą wszystko na szkołę?
Joanna, nauczycielka szkoły podstawowej, zna podobne sytuacje.
– Zawsze było szczucie na nas, na nauczycieli. Jak wpisałam uwagę albo punkty minusowe za nieodpowiednie zachowanie, od razu dostawałam elaborat od rodzica z ogromnymi pretensjami. I nieraz zastanawiam się, czy któryś uczeń nie rozwali mi auta, nie zaatakuje mnie gdzieś na ulicy czy w pracy.
Zofia
polonistka
Zofia, polonistka z wieloletnim stażem, nie ma wątpliwości, że problem sięga głębiej niż pojedyncze konflikty między nauczycielami a rodzicami. – System całkowicie leży, bo dał nieograniczoną wolność uczniom i rodzicom, odzierając szkołę z jakiejkolwiek sprawczości.
"My nie możemy nawet podejrzewać!"
Nie trzeba uzbrojonego nastolatka, by nauczyciel poczuł się bezradny. W szkolnej codzienności nie brakuje sytuacji, w których trzeba zareagować, ale nie bardzo wiadomo, jak zrobić to tak, by nie narazić się na zarzut przekroczenia uprawnień.
– Byłam świadkiem, jak uczeń z drugiej klasy podstawówki zdenerwował się przy automacie i zaczął go kopać – wspomina Joanna. – Będąca przy nim nauczycielka zwróciła mu uwagę raz, drugi, trzeci. Wtedy stał się tak agresywny, że zaczął ją kopać. Przyszły inne osoby, żeby tego dzieciaka ogarnąć – nauczycielki i obsługa. Też zostały skopane.
W takiej sytuacji dorosły musi jednocześnie powstrzymać agresję i uważać, by samemu nie przekroczyć granic. – Z jednej strony nie powinny go w żaden sposób przytrzymywać, no bo przecież nie jesteśmy od tego. Ale z drugiej strony jest agresywny, więc musimy zabezpieczyć też inne dzieci. To jest właśnie takie trudne – dodaje Joanna.
Konrad, matematyk uczący w szkole średniej, nie musi długo szukać przykładu. Wystarczy sytuacja z poprzedniego dnia.
Konrad
matematyk
Zofia z kolei nie zabrała telefonu, choć uczennice rozsyłały sobie fałszywe informacje o ataku i cieszyły się "krwawym piątkiem".
Dlaczego tego nie zrobiła?
– Ja miałabym na głowie rodziców, kuratorium, telewizję, a one by powiedziały, że to tylko żarty – wyjaśnia. – To się w końcu skończy jakąś wielką katastrofą.
Konrad uważa, że zasady dotyczące kontaktu fizycznego z uczniami sprawiają, że nauczyciele muszą ważyć nawet najprostsze gesty.
– Co do zasady, te standardy mówią o tym, że nam dzieci dotykać po prostu nie wolno. A żeby nasze dotknięcie nie zostało źle zinterpretowane, najlepiej nie dotykać ich w ogóle. Nawet jak widzę, że dziecko jest w słabej kondycji psychicznej, straciło kogoś bliskiego i chcę je przytulić – i ono też tego chce – to najlepiej tego nie robić. Takich czasów dożyliśmy.
Przypomnijmy: standardy ochrony małoletnich, obowiązujące od 2024 roku, zobowiązują szkoły do określenia zasad bezpiecznych relacji między personelem a uczniami. W sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa ucznia lub innych osób interwencja może być konieczna. Nauczyciele muszą jednak ocenić, jak zareagować, by powstrzymać niebezpieczne zachowanie, a jednocześnie nie przekroczyć granic swoich uprawnień.
Zofia wskazuje na inny problem: nauczyciele mają reagować na niepokojące zachowania, ale – jak mówi – brakuje im narzędzi, by skutecznie interweniować.
– My nie możemy nawet podejrzewać, że dziecko jest pod wpływem jakichś substancji, bo zaraz słyszymy: "Moje na pewno nie, pozwę panią za zniesławienie!". Nie mamy żadnych narzędzi, a oczekuje się od nas wszystkiego. Zostaje nam wpisanie uwagi do Librusa, co i tak często kończy się awanturą z rodzicami: "Dlaczego mój synek, przecież on taki nie jest".
I dodaje: – Wymaganie czegokolwiek stało się dla dzieci formą opresji. Zwykły dyskomfort to od razu trauma. Nauczyciel huknie na lekcji i dziecko przez dwa dni leży zawinięte w kocyk u psychologa.
Nie ma co strugać bohatera
Konrad nie ukrywa, że wiadomości o kolejnych atakach w szkołach i próbach zamachów odbiły się na atmosferze. – Dzisiaj mieliśmy bardzo niską frekwencję. I młodzież się boi, i nauczyciele się boją. Nie ma co tu bohatera strugać.
Pytam, czy nauczyciele są przygotowani na sytuację, w której musieliby fizycznie obronić uczniów przed napastnikiem.
– Nie wiem, czy którykolwiek nauczyciel jest przeszkolony do takich działań. Myślę, że nawet nauczyciele WF-u nie przechodzą odgórnie kursu samoobrony. Chyba że ktoś trenuje jakieś sztuki walki – zastanawia się Konrad.
Piotr Siwecki, polonista z II LO w Olsztynie, zwraca uwagę na to, co dzieje się w szkole na długo przed ewentualnym kryzysem. Bo bezpieczeństwo to nie tylko pytanie, czy nauczyciel będzie w stanie powstrzymać napastnika. W jego podejściu ważne jest to, jak traktuje uczniów i czy potrafi stworzyć warunki, w których czują się bezpiecznie.
– To oznacza przede wszystkim ich podmiotowe traktowanie i realizowanie podstawy programowej w taki sposób, żeby czuli się przygotowani do egzaminów – podkreśla.
Polonista zaznacza, że chodzi nie tylko o same lekcje, ale też o ogólną atmosferę na korytarzach i w klasie. – To współpraca oparta na zaufaniu. Mam nadzieję, że w ten sposób uda się ograniczyć powstawanie sytuacji trudnych w życiu młodych ludzi.
Dodaje też, że nie czuje się w pracy pozostawiony sam sobie.
– Przygotowuje się nas na różne sytuacje w pracy. Czy wszystko się uda w sytuacji zagrożenia? Tego wolałbym po prostu nie sprawdzać – przyznaje.
Konrad opowiada, że w jego szkole dyrekcja dopuściła rozwiązanie, które miało dać nauczycielom choć trochę poczucia bezpieczeństwa: zamykanie sal lekcyjnych na klucz od środka.
– Niektórzy z nas to robili – przyznaje.
Kto ochroni nauczyciela, kiedy sam stanie się celem? Konrad odpowiada bez wahania.
– Teoretycznie chroni nas prawo, ale w praktyce nie mamy żadnej ochrony zawodowej. Jeśli sami się nie obronimy, nie możemy liczyć na nikogo. Nawet dyrektor nie ma obowiązku nas chronić. Status funkcjonariusza publicznego daje nam ochronę prawną, ale nie fizyczne bezpieczeństwo.
Zofia zwraca uwagę, że prawna ochrona nauczyciela nie powstrzyma agresji na szkolnym korytarzu.
– Dano nam status funkcjonariusza publicznego, ale nawet gdy dochodzi do sprawy, często kończy się na uznaniu niskiej szkodliwości czynu i uczeń nie ponosi kary. Nauczyciele są opluwani, obrzucani jajkami, a sprawy zamiata się pod dywan. Nauczyciel nie reaguje, bo nie ma narzędzi. Dyrektor też nie, bo kuratorium i tak przywróci ucznia. I tak to działa do pierwszego poważnego wypadku. A będzie jeszcze gorzej.
Kolejnym problemem, o którym mówią nauczyciele, jest pogarszający się stan psychiczny uczniów. Ewa zwraca uwagę, że niektórzy nie przyjmują leków przepisanych przez psychiatrę. Chowają je pod językiem. Zdarza się, że ich zachowanie staje się niepokojące. Grożą, że zrobią krzywdę sobie lub innym.
Ciąg dalszy tekstu poniżej.
Zobacz także
"Polska szkoła stoi na nauczycielu. Od braku papieru do ksero po ataki na korytarzach"
Zofia nie wierzy, że kolejne zalecenia i procedury poprawią bezpieczeństwo w szkołach. – Znowu będzie tak, że to my będziemy musieli szkolić uczniów, jak się bronić, pisać tony sprawozdań i podpisywać papierki, żeby się wszystkim zgadzało.
Pytam, czy dodatkowe dyżury na korytarzach mogą coś zmienić.
– Mogę wziąć kolejne dyżury, tylko co z tego? Nie będę miała czasu wyjść do toalety, a i tak nie umiem obezwładnić człowieka. Góra nas całkowicie ignoruje. Na poziomie ministerialnym spotkają się, przedyskutują, a potem powiedzą piękne słowa w telewizji.
Na koniec Zofia wraca do tego, co – jej zdaniem – najlepiej opisuje sytuację w polskiej szkole.
– Cokolwiek by się nie działo, polska szkoła i tak w całości stoi na nauczycielu. We wszystkim. Od braku papieru do ksero po ataki na korytarzach. Ministerstwo robi konferencje i opowiada, jacy to my jesteśmy odważni i wspaniali. Ale nie idą za tym żadne pieniądze ani żadne zabezpieczenie. Więc ostatecznie zawsze wystawiają nas samych na pierwszą linię.
Piotr Siwecki też widzi, jak wiele zależy od warunków, w jakich odbywają się lekcje. Przy kilkudziesięciu uczniach w klasie trudno mieć wszystkich na oku. Siwecki chciałby przede wszystkim mniej licznych klas.
– To mogłoby zapewnić bezpieczeństwo i przyczynić się do zwiększenia komfortu pracy zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Być może też wtedy zwiększyłaby się liczba nauczycieli, dzięki czemu można by ograniczyć sytuacje trudne lub szybciej je diagnozować.
Czy doczeka się takich zmian? Nie robi sobie wielkich nadziei.
– Wątpię. Tu potrzebne są potężne pieniądze.
Rodzice dyżurują przy wejściu
Szkoły wprowadzają dodatkowe środki ostrożności. Joanna nie ma jednak poczucia, że to wystarczy.
– U nas rodzice pełnią dyżury przy drzwiach. Był patrol policji, drzwi są zamykane na chipy – relacjonuje. – Dostaliśmy komunikat od dyrekcji, że jesteśmy bezpieczni. Ale czuję, że to znowu na nas spoczywa cała odpowiedzialność. Za bezpieczeństwo, za rozmowę z dziećmi. Nie czuję się kompetentna do tego, by mówić dzieciom, jak mają się bronić, bo sama nie wiem, jak miałabym to zrobić. Gdyby coś się wydarzyło, działałabym pewnie intuicyjnie.
Konrad opowiada o uczniu, który tak bał się iść do szkoły, że jego rodzice musieli przyjechać z innego miasta, by przeprowadzić go z bursy do placówki oddalonej zaledwie o kilkaset metrów.
– Tu nawet nie chodzi o ten feralny piątek. Po prostu młodzież co do zasady nie czuje się bezpieczna we współczesnej szkole. I o tym trzeba zacząć mówić głośno i wyraźnie. Bo dopóki będziemy zamiatali pewne rzeczy pod dywan, takie sytuacje będą się działy.
Po ostatnich atakach Związek Nauczycielstwa Polskiego zaapelował do władz o pilne działania na rzecz bezpieczeństwa w szkołach. Związkowcy domagają się jasnych procedur reagowania na zagrożenia, sprawnego systemu alarmowania i wczesnego ostrzegania, ściślejszej współpracy szkół ze służbami oraz większej dostępności pomocy psychologicznej dla dzieci i młodzieży.
Chcą też szkoleń dla pracowników oświaty i skuteczniejszego reagowania na groźby, również te publikowane w internecie. Podkreślają, że szkoły potrzebują systemowego wsparcia, a nauczyciele nie mogą sami odpowiadać za bezpieczeństwo placówek.
Na prośbę rozmówców większość imion została zmieniona.




