Gabriel Basso i Margaret Qualley w filmie "Miłość twojego życia"
"Miłość twojego życia" z Margaret Qualley to film, który doprowadza do łez. Nie jest dla wszystkich Fot. materiał prasowy

"Miłość twojego życia" sprawiła, że podczas seansu wylałam morze łez, zupełnie się tego nie spodziewając. Dramat z Margaret Qualley traktuje o życiu, które nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli; o bólu po stracie najbliższej osoby i towarzyszącej mu mozaice uczuć. Oglądając film Prime Video, miałam wrażenie, jakbym wcale nie patrzyła na aktorów odgrywających każde fazy żałoby, a to świetny i zarazem okrutny znak.

REKLAMA

Tekst zawiera spoilery dot. filmu "Miłość twojego życia" na Prime Video.

Filmy o prozie życia to moja słabość. Większość z nich nie mówi nic, czego byśmy nie wiedzieli, i dlatego właśnie staram obchodzić się z nimi jak z pewnym przypomnieniem o wartościach, o których w całym tym zamieszaniu, jakim jest codzienność, zwyczajnie zapominamy. Oczywiście rozumiem widzów, którzy niechętnie sięgają po takie pozycje, tłumacząc to tym, że życie samo w sobie jest trudne, więc po co mają dokładać sobie zmartwień i poświęcać półtorej godziny na oglądanie bolesnych perypetii postaci z ekranu. Niektórzy po prostu szukają w kinie eskapizmu, a nie realizmu.

Prime Video po cichu wrzucił do swojej biblioteki dramat romantyczny, który wywołał u mnie potok łez. Ostatnio raz płakałam tak przy "Poprzednim życiu" Celine Song. Oczyszczające przeżycie, które jednych wzbogaci, drugich przerośnie, tym bardziej że film pochyla się nad żałobą – nieodłączną częścią naszej smutnej, a zarazem szczęśliwej egzystencji. O życiu po czyjejś śmierci reżyserka Rachel Morrison ("Mudbound") opowiada z czułością i szczerością. Bez oceniania, za to ze zrozumieniem.

Recenzja filmu "Miłość twojego życia" Prime Video. Margaret Qualley w wyciskaczu łez

Miłość spada na nas, kiedy najmniej się jej spodziewamy. Maya jest młodą pielęgniarką z Bostonu, która nigdy nie zaznała rodzinnego ciepła. Po męczącym dyżurze w pracy jedzie odebrać antyczną szafkę, którą postanowiła kupić przez internet od nieznajomego. Wówczas poznaje astmatyka Charliego, a jej serce przebija strzała kupidyna i to z wzajemnością. Maya nareszcie ma rodzinę, ale coś tutaj nie gra. Z teściową niby się dogaduje, ale nie do końca. Lata mijają, młodzi snują dalekosiężne plany i wtedy w wiadomościach zaczynają pojawiać się informacje o pierwszych przypadkach zakażenia koronawirusem. Pandemia wywraca życie Mayi do góry nogami.

"Miłość twojego życia" prowadzi nas za rękę przez wszystkie stany żałoby, nie bojąc się jej prawdziwej twarzy. Z małego ekranu wylewa się ból, który udziela się widzowi, a to wszystko dzięki nasączonemu emocjonalnymi niuansami scenariuszowi Julii Cox ("Nyad"). Dialogi między postaciami są na tyle autentyczne, że dają aktorom możliwość pełnego przeobrażenia się w osoby, które grają, a to pozwala nam uwierzyć w ich istnienie.

Margaret Qualley w filmie "Miłość twojego życia"
Margaret Qualley w filmie "Miłość twojego życia". Fot. materiał prasowy

Margaret Qualley ("Substancja") staje się Mayą. Jej śmiech i rozpacz nie są na pokaz. Ryku, jaki wydaje z siebie, gdy jej świat zaczyna się walić, nie da się opisać słowami, ale każdy – nawet w małym stopniu – odnajdzie w tym obrazie samego siebie. Aktorka otula swoją bohaterkę współczuciem, ilustrując błędy, w stronę których popchnęła ją trauma. Tak jak wspomniałam, Morrison i Cox nie oceniają, natomiast pozwalają Mayi samej skonfrontować się z własnymi lękami, poczuciem winy i bliskimi, których zostawiła za sobą bez pożegnania.

Dalsza część artykułu poniżej.

W świecie "Miłości twojego życia" nie ma ludzi idealnych. Są tylko ludzie, którzy na nowo uczą się żyć po stracie. Jednym ta nauka zajmuje więcej czasu niż innym. Gabriel Basso ("Nocny agent"), Patrick Scharzenegger ("Biały Lotos"), Aaron Pierre ("Latarnie") i Catherine Keener ("Być jak John Malkovich") w tak krótkim czasie stworzyli postaci z krwi i kości, stając się idealnym dopełnieniem dla zachwycającej Margaret Qualley.

Kaseta magnetofonowa, od której tak na dobrą sprawę zaczyna się historia wielkiej miłości i wielkiego żalu, w piękny sposób obrazuje tak banalną, a jednak tak ulotną puentę filmu. Jak śpiewał Freddie Mercury, show must go on. Melodia żałoby, podobnie jak dźwięki nagrane na taśmie, z czasem zamieniają się w biały szum. Nie znikają na zawsze, ale w pewnym momencie przypominają swojemu słuchaczowi, że życie toczy się dalej, z nim lub bez niego.