
Na platformę Netflix trafił "Unabomber" o Tedzie Kaczyńskim, słynnym terroryście, który dokonywał zamachów bombowych. Nie jest to jednak propozycja dla fanów sensacji, a bardziej miłośników kina psychologicznego. Jak wyszło? Nierówno. Pomysłu starczyło tylko na połowę filmu.
Filmy o zbrodniarzach zawsze ekscytują. Przynajmniej tematyką. Z wykonaniem bywa bowiem różnie. Jak jest z "Unabomberem"? Potencjał zdecydowanie był, ale – nieco zaspoileruję własny tekst – gorzej z realizacją.
Ted Kaczyński, czyli kto?
Najpierw wyjaśnię, kim dokładnie był (anty)bohater filmu. Theodore John "Ted" Kaczynski, czyli słynny Unabomber, był amerykańskim matematykiem i terrorystą, dokonującym zamachów bombowych. W latach 1978-1995 wysyłał do różnych ludzi przesyłki z bombami. W ten sposób chciał wyrazić swój sprzeciw wobec cywilizacji opartej na nowoczesnych technologiach (w dobie AI nie wiedziałby, w co ręce włożyć). Jego przydomek Unabomber powstał z kryptonimu UNABOM (ang. university and airline bombings), który nadali mu agenci Federalnego Biura Śledczego.
Trudno o ciekawszy temat na scenariusz filmu. Szczególnie, że twórcy "Unabombera" pod lupę wzięli młodość Kaczyńskiego i to, jak stał się tym, kim poznał go po latach świat. Do tego w jego postać wcielił się młody utalentowany aktor Jacob Tremblay ("Pokój", "Życie Chucka"), a na ekranie partneruje mu m.in. Russel Crowe ("Gladiator", "Piękny umysł"). Teoretycznie to nie miało prawa się nie udać.
"Unabomber", czyli jak człowiek staje się potworem
Reżyser Janus Metz ("Zero Zero Zero", "Wszystkie stare noże") prowadzi fabułę dwutorowo. W świat przedstawiony wprowadza nas idyllicznym obrazem szczęśliwej rodziny, której spokój zostaje nagle przerwany tajemniczą przesyłką. Rozpoczyna się śledztwo, które ma odpowiedzieć na pytanie, kto zaczął terroryzować Amerykanów. Jednocześnie cofamy się do okresu studiów głównego bohatera i oglądamy, jak stawał się Unabomberem.
O ile wątek śledztwa nie jest ekscytujący (jak mógłby być, skoro od początku wiemy, kto stoi za "bombardowaniem" Amerykanów!), tak już wątek młodego Kaczyńskiego miał potencjał na co najmniej intrygujące kino. Teda poznajemy bowiem w momencie, gdy zostaje uczestnikiem pewnego programu, za którym stoi psycholog Henry Murray (Crowe). I właśnie obserwowanie tego, co dzieje się w czasie tych badań, jak wpływają one na psychikę młodego studenta, jest tu najciekawsze. Zastanawiamy się, o co dokładnie chodzi i czy właśnie to wszystko sprowokuje przyszłego terrorystę do wypowiedzenia światu wojny.
Sam Murray został tu przedstawiony niczym XX-wieczny Faust. Kusi Kaczyńskiego blichtrem, przynależnością do elity, wmawia mu, że on sam też jest kimś wyjątkowym. Obserwujemy, jak Ted się zmienia, na jaw wychodzą ukrywane wcześniej przed społeczeństwem cechy charakteru (a może ten jest na naszych oczach przebudowywany?). A wszystko to zostaje spuentowane klasycznym wręcz pojedynkiem intelektualnym.
Zobacz także
Wystarczyło opowiedzieć tylko jeden wątek
Jaki jest jednak efekt całości? Mocno nierówny. Choć rozumiem, dlaczego twórcy chcieli opowiedzieć nam historię Kaczyńskiego dwutorowo, udało się to im tylko połowicznie. Pomysłu na ciekawą fabułę i talentów aktorskich wystarczyło tylko na część dotyczącą młodości głównego bohatera. W efekcie śledztwo niemal w ogóle nas nie interesuje. Nawet scena aresztowania Unabombera (to nie spoiler, wystarczy sięgnąć do Wikipedii) jest pozbawiona napięcia i emocji.
Nie jest jednak też tak, że część dotycząca przeszłości Teda jest bez wad. Przez to, że niemało czasu antenowego zużyto na wątek śledztwa, widz także tu może dostrzec pewne płycizny i uproszczenia (nie wiadomo, czy doświadczenia Murraya faktycznie aż tak wpłynęły na Kaczynskiego, on sam zaprzeczał). A szkoda, gdyż naprawdę niewiele brakowało, by uczynić z "Unabombera" bardzo dobry thriller/dramat psychologiczny. Może nawet ukrywając początkowo tożsamość głównego bohatera, by na końcu wywołać u widza większy szok.
W efekcie otrzymaliśmy filmowego średniaka, który może i nie obraża inteligencji widza, ale też nie wykorzystuje w pełni potencjału biografii twórcy słynnego manifestu neoluddyzmu.
Na koniec polecam jednak bliżej przyjrzeć się karierom wspomnianych przeze mnie aktorów, którzy trzymają film na swoich barkach. Tremblay ma ostatnio pełne ręce roboty. Użyczył głosu w animacji "Wildwood" – to film animowany, który kręcono 15 lat – wystarczył zwiastun, by pociekły łzy. Crowe z kolei wciąż kojarzy się głównie z rolą Maximusa. Gdy powstawał sequel hitu Ridleya Scotta, był zazdrosny, że w nim nie wystąpił. Z kolei w historycznej "Norymberdze" wcielił się w Hermann Göringa.




