Kulisy afery w ZOO Łączna. Lemury były jedną z głownych atrakcji.
Afera w ZOO Łączna. Wejście prokuratury i policji zapoczątkowało burzliwą batalię o los zwierząt. Fot. Shutterstock

– Brakowało środków na pożywienie, zwierzęta dostawały najtańszy owies, co prowadziło do zakwaszania żołądków, a weterynarze łapali się za głowę. Z zimna padł m.in. kangur, zamarzły papugi kakadu. Każda śmierć była natychmiast przeliczana na straty finansowe – relacjonuje w rozmowie z naTemat Krzysztof, były pracownik ZOO Łączna. Właściciele odpierają zarzuty, a wokół samej interwencji narasta konflikt.

REKLAMA

To bezprecedensowa interwencja służb, o której mówi dziś cała Polska. Prywatne ZOO Łączna pod Mieroszowem znalazło się w centrum śledztwa, które wstrząsnęło opinią publiczną po doniesieniach o nieprawidłowościach, do jakich miało tam dochodzić przy utrzymywaniu zwierząt.

13 października na teren ogrodu weszli policjanci, prokurator i biegli. Następnego dnia, pięciu osobom związanym z prowadzeniem placówki, przedstawiono zarzuty na podstawie ustawy o ochronie zwierząt. Śledczy zarzucają im znęcanie się nad podopiecznymi, między innymi przez niezapewnienie odpowiedniego pożywienia i wody, niewłaściwe warunki sanitarne oraz zbyt małą przestrzeń na wybiegach.

Według prokuratury zaniedbania miały prowadzić do niedożywienia i chorób, a w przypadku części zwierząt także do śmierci.

Były pracownik ZOO Łączna: Liczyły się tylko pieniądze

Gdy przygotowywałam ten tekst, prokuratura przekazała kolejną niepokojącą informację: na terenie zoo odnaleziono szczątki zwierząt.

Udało mi się skontaktować z osobą, która wskazała śledczym, gdzie znajdują się szczątki zwierząt. To Krzysztof (imię zmienione na prośbę rozmówcy), były pracownik ogrodu.

Z relacji rozmówcy wynika, że w jego ocenie kwestie finansowe miały odgrywać istotną rolę w zarządzaniu placówką. Mężczyzna uważa, że standardy opieki nad zwierzętami nie zawsze były traktowane priorytetowo.

– Odnosiłem wrażenie, że liczyły się przede wszystkim pieniądze, a dobrostan zszedł na dalszy plan – mówi.

Według świadka szczególnie trudnym okresem była zima, po zakończeniu sezonu turystycznego. Mężczyzna twierdzi, że w tym czasie ograniczano wydatki na żywienie zwierząt, a jednym z podawanych im pokarmów miał być tani owies. W jego ocenie sposób żywienia mógł przyczyniać się do problemów żołądkowych u zwierząt.

Rozmówca wspomina także o przypadkach śmierci zwierząt w okresie mrozów, w tym kangura i papug kakadu. Łączy te zdarzenia z warunkami termicznymi w pomieszczeniach, jednak przyczyny śmierci zwierząt wymagają niezależnego potwierdzenia.

– Każda śmierć była natychmiast przeliczana na straty finansowe: ile tysięcy euro właśnie przepadło – relacjonuje.

Świadek mówi również, że wcześniej próbował zainteresować sprawą organizacje prozwierzęce i media. Jak twierdzi, jego działania nie przyniosły wówczas publikacji ani nagłośnienia opisywanych przez niego kwestii.

W działaniach na miejscu śledczym pomagała Fundacja na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt Mondo Cane. Jej prezeska, Katarzyna Śliwa-Łobacz, podkreśla jednak, że fundacja nie zainicjowała postępowania. Zawiadomienia złożyły dwie inne organizacje, a Mondo Cane wspierało prokuraturę w poszukiwaniu ośrodków gotowych przyjąć zabezpieczane zwierzęta.

– Prokuratura zwróciła się do nas ze względu na nasze doświadczenie procesowe. Jesteśmy uczestnikiem blisko stu postępowań dotyczących ochrony prawno-karnej zwierząt, bierzemy udział w pracach komisji sejmowych i mamy wysoki odsetek wyroków skazujących. Uznano, że mamy wiedzę, gdzie bezpiecznie ulokować tak wymagające gatunki. 

– Co pani zobaczyła, kiedy weszła na teren zoo? – pytam?

– Zwierzęta wyciągały łapy po jedzenie, darły się. One były po prostu potwornie głodne – wspomina Katarzyna Śliwa-Łobacz.

Prezeska fundacji zwraca uwagę na mechanizm, który jej zdaniem przynosił zyski kosztem dobrostanu zwierząt:

– Odwiedzający kupowali w kasie kubeczki z jedzeniem i sami je karmili. Grupy dzieci wpuszczano wprost do wolier z lemurami, a wilki karmiono przez siatkę, z ręki. Z głodu zwierząt zrobiono dodatkowo płatną atrakcję.

Krzyki zwierząt domagających się jedzenia nie były jednak jedynym widokiem, który zapamiętała. Szczególnie poruszył ją los małych drapieżników przebywających na zapleczu, wystawionych na chłód.

– Było może 2–3 stopnie na plusie – relacjonuje Katarzyna Śliwa-Łobacz. – W kojcu z wysoką trawą, takim na jakieś 15 m², jak dla psa, siedziały cztery małe serwale. Maluchy, wielkości czteromiesięcznego kota. Były bez matki, przytulone do siebie i całe się trzęsły z zimna, bo nie miały się nawet gdzie schować. Mówimy o afrykańskim kocie, który wymaga stałego ciepła. Za miesiąc w tych rejonach spadnie śnieg.

Prezeska zaznacza, że jej zastrzeżenia dotyczyły konkretnych miejsc, a nie całego ogrodu. Rozległe wybiegi dla kopytnych mogły sprawiać wrażenie zadbanych.

Po interwencji w sieci zaczęły krążyć oskarżenia pod adresem organizacji prozwierzęcych. Przedstawiano przedstawicieli Mondo Cane jako inicjatorów interwencji, którzy chcieli przejąć egzotyczne zwierzęta.

– My nie mamy zamiaru ani nigdy nie mieliśmy zabierać tych zwierząt, bo nie prowadzimy azylu dla dzikiej fauny. To państwo zabezpiecza inwentarz – podkreśla Śliwa-Łobacz.

Prezeska twierdzi, że w ciągu dwóch dób otrzymała ponad 150 gróźb karalnych, w tym groźby śmierci.

– Musieliśmy zablokować komentarze. Ludzie zarzucają nam kradzież zwierząt i rzekome zbiórki pieniędzy, których w ogóle nie prowadzimy – mówi.

ZOO w Łącznej. Warunki, w jakich żyły zwierzęta.
Oto warunki, w jakich żyły zwierzęta w ZOO w Łącznej. Fot. mat. czytelnika

Właściciele ZOO Łączna od początku kwestionują zasadność interwencji i sposób jej przeprowadzenia. Podkreślają, że ogród działa legalnie, a stan zdrowia zwierząt był monitorowany przez lekarzy weterynarii.

Nie brakuje osób, które ich popierają. W obronie zoo stają także jego byli goście, przekonujący, że podczas wizyt nie zauważyli niczego niepokojącego. Część przeciwników interwencji dała wyraz swojemu sprzeciwowi podczas protestu przed ogrodem.

– Przez sześć godzin nie mogliśmy wyjechać. Tłum biegał po parkingu, walił w samochody, ludzie zaglądali do namiotu policyjnego. Dochodziło do niebezpiecznych sytuacji, także z udziałem dzieci przebywających w pobliżu wyjeżdżających transportów – relacjonuje Katarzyna Śliwa-Łobacz.

Jak poinformował Zespół Komunikacji Społecznej KMP w Wałbrzychu, czynności prowadzono pod bezpośrednim nadzorem Wojewódzkiego Inspektora Weterynarii z Wrocławia, a decyzje o ewentualnym transporcie poszczególnych okazów podejmowali powołani specjaliści.

Policja stanowczo zaprzeczyła, jakoby celem akcji była likwidacja placówki lub wywiezienie całego inwentarza, potwierdzając jednocześnie zatrzymanie pięciu osób w związku z podejrzeniem znęcania się nad zwierzętami (art. 35 ustawy o ochronie zwierząt)

Sprzeciw wobec interwencji wyrażono również w petycji, której autorzy zarzucali służbom brak wcześniejszego uprzedzenia i odebranie właścicielom możliwości obrony.

"Nigdy nie widziałem tam zaniedbań"

Dla wielu regularnych gości i sympatyków ogrodu zarzuty śledczych są szokiem. 

Tomasz, fotoreporter, po raz ostatni odwiedził zoo z aparatem na przełomie sierpnia i września. Niedługo później wrócił tam jeszcze prywatnie i spędził kilka godzin.

– Nie jestem specjalistą, ale naprawdę nigdy nie zauważyłem tam niczego niepokojącego – tłumaczy.

Zwraca uwagę, że w ogrodzie żyło sporo starszych zwierząt, u których upływ czasu był widoczny. Nie dostrzegł jednak ran ani innych niepokojących zmian. Podobnie ocenia bliski kontakt zwierząt ze zwiedzającymi.

– Nie wiem, czy to najlepsze rozwiązanie, ale nie zauważyłem, żeby zwierzęta miały z tym jakiś problem – dodaje.

Fotoreporter przyznaje jednocześnie, że jako gość nie wie, co mogło dziać się poza jego obserwacjami. Cała sytuacja jest dla niego tym większym zaskoczeniem, że zna właścicieli zoo.

Gdyby rzeczywiście dochodziło tam do tak poważnych nieprawidłowości, spodziewałbym się wcześniej jakichś ostrzeżeń czy wezwań do poprawy warunków. Nigdy nie widziałem niczego, co sugerowałoby, że mamy do czynienia z przestępcami. To straszna sprawa, po prostu tego nie rozumiem.

Tomasz

fotoreporter, bywalec ZOO Łączna

Krzysztof: – Turyści widzieli przede wszystkim ogólnodostępną część placówki: wybiegi i lemury, które jadły z ręki. W mediach społecznościowych pojawiały się zdjęcia, które pokazywały to miejsce z atrakcyjnej strony. Nie miałem jednak wrażenia, by odwiedzający mieli okazję zobaczyć zaplecze, w tym stajnie i pomieszczenia gospodarcze, których stan budził moje zastrzeżenia. Gdy w maju na terenie placówki pojawiła się policja, sam zgłosiłem się na przesłuchanie.

"Nasze wątpliwości są bardzo poważne"

Władze placówki od początku kwestionują zarzuty dotyczące warunków utrzymywania zwierząt. Gdy w maju na teren ogrodu po raz pierwszy weszły służby, dyrektor ZOO Łączna Marcin N. wydał oświadczenie, w którym zadeklarował współpracę ze śledczymi.

Podkreślał, że ogród działa legalnie od 2012 roku, a stan zdrowia zwierząt jest monitorowany przez lekarzy weterynarii. Zapewniał również, że podczas pierwszej kontroli udostępniono organom ścigania wybiegi i dokumentację hodowlaną.

Dyrekcja zapowiedziała zakwestionowanie sposobu prowadzenia czynności oraz ustaleń biegłego, których znaczenie dla postępowania podważa. Jako przykład działań na rzecz poprawy warunków bytowych zwierząt przedstawiciele ogrodu wskazywali prowadzone inwestycje, w tym modernizację infrastruktury i rozbudowę wybiegów dla wilków.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

W kolejnym komunikacie, opublikowanym 23 maja, właściciele informowali, że podczas wiosennych działań żadne zwierzę nie zostało odebrane, a ogród nadal przyjmował zwiedzających. Apelowali też do mediów i internautów o powstrzymanie się od pochopnych ocen przed zakończeniem postępowania.

Zapytałam mec. Łukasza Opalińskiego, czy właściciele zoo kwestionują samą zasadność interwencji, czy przede wszystkim sposób jej przeprowadzenia.

– Zasadność, sposób, wszelkie kwestie związane z zatrzymaniem, odebraniem i przewiezieniem zwierząt – wylicza mecenas. – Mamy też zastrzeżenia dotyczące niedopuszczenia właścicieli do udziału w czynnościach. Jeśli chodzi o legalność działań, nasze wątpliwości są bardzo poważne – zaznaczył.

Zapytałam również, czy właściciele otrzymali już wyjaśnienia dotyczące podstawy prawnej prowadzonych czynności.

– Nie ma żadnych informacji. Jest blokada informacyjna. Prokurator prowadzący sprawę, podczas rozpoczętych czynności, nie przekazał informacji na temat podstawy prawnej podejmowanych działań – podkreślił mec. Opaliński.

Pełnomocnik zapowiadał wcześniej podjęcie kroków prawnych. Dopytałam więc, czy zostały już złożone wnioski lub zażalenia.

– Sytuacja jest dynamiczna, wciąż dużo się dzieje. Oczywiście będą podejmowane wszelkie kroki prawne. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie wnioski i zażalenia zostaną złożone, ale mogę zapewnić, że wszystkie terminy zostaną dochowane – zapewnił mecenas.

Interwencja nie była jedyną sprawą dotyczącą ZOO Łączna, którą zajęły się organy administracji. Jak poinformowała Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (GDOŚ), 5 sierpnia 2026 roku wszczęto z urzędu postępowanie administracyjne w sprawie cofnięcia zezwolenia na utworzenie i prowadzenie ogrodu zoologicznego.

Postępowanie wszczęto w związku z ustaleniami Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska we Wrocławiu, która prowadziła kontrolę od lipca 2024 do września 2025 roku. Jak wynika z przekazanych informacji, kontrola wykazała, że nie wszystkie wcześniejsze zalecenia zostały zrealizowane. Stwierdzono również nieprawidłowości dotyczące warunków utrzymywania niektórych gatunków zwierząt, braki w dokumentacji hodowlanej oraz brak dokumentów potwierdzających pochodzenie części zwierząt.