
Vive Profit to lumpeks, który bardziej przypomina sieciówkę niż klasyczny ciucholand. Jako facet mogę się tu obkupić w ubrania, w których mogę wyjść bez wstydu do ludzi, co w second handach wcale nie jest to oczywiste. To ma jednak swoją cenę. I to dosłownie.
Sklepy należą do spółki VIVE Textile Recycling z Grupy VIVE, która zbiera, sortuje i przetwarza używane tekstylia z Polski i Europy Zachodniej. Pierwszy punkt pod tym szyldem otwarto w 1995 roku w Kielcach, więc ma już za sobą ponad 30-letnią historię.
W całej Polsce ma prawie 100 sklepów stacjonarnych, m.in. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Lublinie i Katowicach, ale też w mniejszych miejscowościach w rodzaju Łukowa, Zawiercia czy Biłgoraja. Każdemu otwarciu towarzyszą wielkie emocje. Dlaczego?
Ciuchy z lumpeksu dla faceta, w których da się wyjść do ludzi
Prawdziwy facet, niczym Tatar z dawnych anegdot, rozstaje się z ulubioną koszulką dopiero wtedy, gdy sama się rozleci i z niego spadnie. To przesadne porównanie, choć akurat w kwestii bielizny nadal trafne. Nie dziwi więc to, że męskie działy w zwykłych lumpeksach wyglądają, jak wyglądają.
Zobacz także
Często wiszą tam rzeczy sprane, poplamione, rozciągnięte i dziurawe. Coś do brudnej roboty albo chodzenia po domu znajdzie każdy, ale jest większa szansa na wygraną w totka, niż trafienia na ubranie do wyjścia w weekend na miasto. Kobiety akurat pod tym względem mają w lumpach lepiej, bo łatwiej im przychodzi rozstawać się z ubraniami.
W Vive Profit jest jednak zachowany parytet (choć dział damski jest zdecydowanie większy). Męskie ciuchy z drugiej ręki są tu w wyraźnie lepszym stanie, więc jeśli ktoś kiedyś zraził się do zapyziałych szmateksów, powinien dać im drugą szansę. I przygotować więcej pieniędzy.

Vive Profit wygląda jak sieciówka, a nie zatęchły lumpeks
Chadzam tylko do sklepu w Łodzi (jedynego tutaj), więc nie mam porównania z innymi. W tym konkretnym jest przestronnie i schludnie, nie czuć też stęchlizną. Ubrania wiszą na wieszakach według kategorii, buty stoją na regałach, a różne dodatki piętrzą się na stolikach.
Część towaru jest zupełnie nowa. Można kupić chemię, akcesoria do domu, gadżety, a nawet ubrania i plecaki z metkami, np. militarne Semi Line za 88 zł. Trzeba więc dobrze patrzeć, żeby się nie nadziać, bo raczej nie przychodzimy tu po rzeczy w normalnych sklepowych cenach.

Wybór jest ogromny, bo są marynarki i koszule, bluzy, spodnie, buty, odzież robocza i sportowa, czapki, sukienki i suknie, także ślubne (wrzucam zdjęcie jako ciekawostkę). Ogólnie standard, tyle że sporo rzeczy jest w lepszej jakości i stanie.

Zaznaczam jednak, że teraz piszę o dziale męskim i z męskiej perspektywy, bo innej nie mam. Towar zmienia się co tydzień, a ceny spadają z każdym dniem przed kolejną dostawą. Działa tu więc ta sama logika co w klasycznym second handzie, gdzie dzień zakupów w lumpeksie potrafi zmienić wszystko.

Ile kosztują zakupy w Vive Profit? Mój paragon na 192 zł
W poniedziałek upolowałem krzykliwą koszulę z długim rękawem w ważki za 29,99 zł i "mroczną", czarną koszulę z krótkim rękawem za 34 zł (po 6 zł rabatu). Do koszyka trafił też nowy podkoszulek z H&M przeceniony o połowę, do 14,50 zł. Do tego flaga metalowego zespołu Varg, którą pani kasjerka policzyła jak... apaszkę (4,99 zł) i dwupłytowe "Bravo Hits" za złotówkę.
Narzeczona wyhaczyła z kolei "świąteczny" sweter z czaszkami i czarną sukienkę, każde po 29,99 zł, oraz podkoszulkę za 24,99 zł. W bonusie wzięła praktycznie nowiutką kurtkę z anime "Atak Tytanów" za 14,99 zł i skrzydełka wróżki za 7,99 zł.

Ostateczny rachunek? 192,43 zł. Dużo, prawda? Zależy, jak na to patrzeć. W zwykłych lumpeksach rzeczy kosztują po kilka złotych albo idą na kilogramy, więc paragony tej wysokości przynosi się raczej ze sklepów odzieżowych w galeriach handlowych.
Z drugiej strony fajnej koszuli we wzory za 30 zł nigdzie w sklepie nie kupię, chyba że trafię na naprawdę dużą promocję. Taki sam strój do cosplayu z "Ataku Tytanów" nawet na AliExpressie kosztuje ok. 80 zł. Można więc powiedzieć, że "zarobiliśmy" i do tego wątku zaraz wrócę.
Markowych ciuchów z drugiej ręki nie znajdziesz już tanio
To, co jest zaletą Vive Profit, jest jednocześnie jego wadą. Owszem, da się tu wyrwać markowe ubrania np. jeansy Wranglera, koszulki Lacoste i Polo czy buty Vansa. Obok nich wisi i stoi mnóstwo rzeczy z popularnych sieci: Primarka, Shein, wspomnianego H&M, Jack & Jones czy Zary.

Problem w tym, że za markę trzeba zapłacić. Używane Vansy kosztowały 90 zł, a czarne jeansy Crosss 70 zł, a koszula z Primarka w świąteczne renifery 50 zł. Zdarzają się też rzeczy po 100 zł i więcej, a miejskie legendy o Versace wyrwanym za grosze to chyba naprawdę pojedyncze przypadki.
To trochę zatraca sens kupowania w second handzie. Jeśli mam do wyboru zmechacone spodnie dresowe czy stary plecak i nowe rzeczy z Pepco w tej samej cenie, wybiorę te drugie. Wtedy dochodzi jednak aspekt etyczny, bo kupując używane, nie napędzamy produkcji kolejnych ubrań i nie generujemy kolejnych odpadów
Sęgając po nowe ubrania z sieciówek, wspieramy fast fashion, czyli tanią masówkę, która po kilku praniach nadaje się na śmietnik (a właściwie do PSZOKu). Dlatego czasem wychodzę stamtąd z pustymi rękami albo z jedną rzeczą kupioną dla beki lub na Halloween.
Dlaczego lumpeksy stały się drogie?
Na wysokie, jak na używane ubrania, ceny, składa się kilka rzeczy. Poza samą marką i drożyzną we wszystkich sklepach jest moda na kupowanie w lumpeksach i odsprzedawanie w sieci. Łowcy ciuchów czatują na dostawy, wykupują najlepsze perełki i handlują nimi na Vinted, dla jednych to dodatkowy zarobek, dla innych jedyne źródło dochodu.

To niestety psuje rynek. "Model 'łap za grosze' zamienił się w luksusowy biznes" – pisał Konrad Bagiński w naTemat o tym, dlaczego lumpeksy przestały się opłacać. Trudno uwierzyć, żeby sklepy nie brały tego pod uwagę przy wycenianiu i metkowaniu.
Dochodzi więc do absurdu, w którym używany ciuch uszyty w dalekiej Azji kosztuje tyle samo albo więcej niż nowy, też z Azji, w sieciówce. Widziałem tak m.in. z koszulkami z Primarka.
Czy więc naprawdę “zarobiliśmy”? Na koszuli w ważki, fladze kapeli i kurtce z anime na pewno, bo takich rzeczy próżno szukać w sieciówkach. Na podstawowych ciuchach, które kupię nowe za tyle samo, już nie. I to jest mój patent na zakupy w Vive Profit. Szukam rzeczy, których nie ma nigdzie indziej, a resztę zostawiam "vintedziarzom".






