mężczyzna w sklepie z używaną odzieżą
Zdzierstwo w second-handach. Jakim cudem lumpeksy przestały być opłacalne? Fot. Oksana Mizina / Shutterstock

Miało być ekologicznie i tanio, a jest drogo i bezsensownie. Za cenę znoszonego ubrania z drugiej ręki możemy dziś bez problemu kupić nową rzecz z metką w znanej sieciówce. Klienci przecierają oczy ze zdumienia, a od wieszaków z używaną odzieżą odchodzą z kwitkiem. Model "łap za grosze" zamienił się w luksusowy biznes.

REKLAMA

Złote czasy, gdy z lumpeksu wychodziło się z siatką pełną markowych ubrań za 30 złotych, bezpowrotnie odchodzą do historii. Dziś w warszawskich second-handach ceny za kilogram ubrań pierwszego dnia po dostawie sięgają absurdu, a jakość oferowanych rzeczy bywa dramatyczna. Dlaczego perełki zastąpił poliestrowy fast-fashion za miliony?

Paragon grozy z warszawskiego lumpeksu. Dwa ubrania i paragon na 150 zł

Relacja popularnej influencerki wywołała w sieci lawinę komentarzy. Okazuje się, że w stolicy za ubrania ze specjalnych "selekcji" płacimy niemal jak w markowych butikach.

Jeszcze kilka lat temu wyprawa do lumpeksu była polowaniem na okazje. Szukało się jedwabnych koszul, wełnianych płaszczy albo unikalnych perełek vintage za przysłowiowe pięć złotych. Albo szło się po prostu ubrać za grosze. Dziś wizyta w warszawskim second-handzie coraz częściej kończy się głębokim wstrząsem przy kasie.

Głosy oburzenia, które do niedawna pojawiały się głównie w prywatnych rozmowach, wreszcie przebiły się do mainstreamu. Popularna influencerka opublikowała nagranie ze swoich zakupów w jednym ze stołecznych lumpeksów, gdzie zestawienie cen używanych rzeczy z propozycjami z popularnych sieciówek okazało się porażające. Za mocno znoszony sweter czy zwykły t-shirt z drugiej ręki trzeba zapłacić dokładnie tyle samo – a czasem nawet więcej – co za nowy egzemplarz z metką w galerii handlowej.

Realia warszawskich cenników. Szperanie dla bogatych

Żeby zrozumieć skalę zjawiska, wystarczy spojrzeć na cenniki popularnych stołecznych sieciówek z odzieżą używaną. W dniu dostawy towaru kosztuje on często 110-130 zł za kilogram. Mówimy o sklepach popularnych, ale niepozycjonujących się jako wyższa półka. Słowem: bywają o wiele droższe, z cenami niemal 200 zł za kilogram. Kilka dni później ceny spadają do 60-80 zł za kilogram, pod koniec tygodnia można to samo kupić już za 20-30 zł lub po 5 zł za sztukę. Ale nie czarujmy się, wtedy zostają już rzeczy w kiepskim stanie.

Jeśli przyjdziesz pierwszego dnia po dostawie, kiedy na wieszakach znajdują się jeszcze rzeczy w dobrym stanie, ważący nieco ponad kilogram zimowy płaszcz lub grubszy sweter potrafi kosztować od 80 do nawet 150 złotych. W tej samej cenie na wyprzedażach w H&M czy C&A dostaniemy rzecz fabrycznie nową, pachnącą i z gwarancją zwrotu.

Absurd "fast-fashion z drugiej ręki"

Największy problem polega jednak na tym, co trafia dziś na lumpeksowe wieszaki. Kiedyś do hurtowni w Polsce trafiały głównie odpady z bogatych krajów zachodnich – w tym solidna odzież z dobrych materiałów (wełna, bawełna, bawełna organiczna).

Dziś rynek odzieżowy został zalany przez tanią modę z Chin (Shein, Temu) oraz masowe sieciówki (Sinsay, Primark). W efekcie trafiasz w lumpeksie na poliestrową bluzkę ze znanej taniej platformy, która w oryginale kosztowała 25 złotych. Lumpeks wycenia ją "z wagi" pierwszego dnia po dostawie na 45 złotych. Efekt jest taki, że płacisz dwukrotnie więcej za używany syntetyczny śmieć, żyjąc w iluzji, że uprawiasz "ekologiczny thrifting".

Ten strumień może się jednak wkrótce zmniejszyć. Koniec unijnej naiwności i planowane opłaty od ultratanich przesyłek mają zniszczyć model biznesowy platform zalewających Europę odzieżą o krótkim cyklu życia.

Tymczasem rodzimi producenci przegrywają walkę o klienta. Gdy po ćwierćwieczu znana marka zgasiła światło w ostatnim sklepie, branża wskazywała właśnie na konkurencję taniej mody z Azji jako główną przyczynę upadku.

Dlaczego lumpeksy tak drastycznie podrożały?

Ekspertki rynku modowego i analitycy wskazują na trzy główne przyczyny tego stanu rzeczy. Pierwszy to gentryfikacja i moda na "vintage". Tzw. thrifting przestał być domeną osób szukających oszczędności z konieczności, a stał się modnym stylem życia dla klasy średniej i Generacji Z. Właściciele sklepów szybko zauważyli ten trend i przekształcili zwykłe lumpeksy w "butiki vintage", drastycznie podnosząc marże.

Jest też plaga handlarzy, którzy z samego rana wykupują wszystkie wartościowe rzeczy z wełny, skóry czy od znanych projektantów, by chwilę później wystawić je na Vinted z trzykrotną przebitką. Właściciele sklepów uznali, że wolą sami podnieść ceny, niż dawać zarabiać pośrednikom.

Miasta próbują na to odpowiadać własnymi rozwiązaniami. Jak opisywano, Warszawa buduje "Vinted" w realu – dziewięć lokalnych hubów, w których wymiana i naprawa ubrań mają zastąpić wyrzucanie, a pieniądze w ogóle nie są potrzebne.

No i nie da się ukryć, że prąd, ogrzewanie, wzrost płacy minimalnej oraz drożejące lokale w dużych miastach (jak Warszawa) sprawiły, że utrzymanie wielkopowierzchniowego second-handu generuje potężne koszty stałe.

Presja kosztowa jest zresztą dziś wspólnym mianownikiem całego handlu. Wystarczy przypomnieć, że gdy Aldi zeszło z ceną kawy do 15 zł za kilogram, Biedronka musiała odpowiedzieć w ciągu kilkudziesięciu godzin – sieci walczą o klienta wrażliwego na każdą złotówkę.

Czy thrifting ma jeszcze sens?

Tradycyjny lumpeks w dużym mieście przestał być miejscem, do którego idzie się po prostu po tanie ubrania. Bez wnikliwego sprawdzania składów na metkach i porównywania cen w telefonie bardzo łatwo dać się nabrać na ekoiluzję i zapłacić za znoszony poliester więcej niż za nowy produkt.

Paradoksalnie dzieje się to w momencie, gdy sama odzież w statystykach tanieje. Choć ceny w Polsce nareszcie hamują, a kategoria "odzież i obuwie" notuje wyraźne spadki rok do roku, akurat rynek odzieży używanej idzie pod prąd tego trendu.

Jeżeli szukasz oszczędności, idąc do second-handu, musisz polować na końcówki cyklu wyprzedażowego albo dokładnie przeliczać stosunek jakości materiału do żądanej ceny. W przeciwnym razie czeka cię po prostu gorzkie rozczarowanie przy kasie.