
Jedno niewyraźne zdjęcie, kompas wskazujący południe zamiast północy i niemal dwie godziny, których świadek nie potrafił wyjaśnić. Historia z Ilkley Moor stała się jedną z najbardziej znanych zagadek brytyjskiej ufologii. W "Biurze Tajemnic" Bartosz Migas sprawdza, co zostaje z opowieści o spotkaniu z obcymi, gdy przyjrzymy się dowodom.
Był 1 grudnia 1987 roku. Mężczyzna występujący pod pseudonimem Philip Spencer przemierzał wrzosowiska w West Yorkshire. Były policjant miał odwiedzić teścia, a po drodze fotografować krajobraz. Zabrał aparat i kompas. Według jego relacji zwykły spacer przerwało spotkanie z niewielką, zieloną postacią.
Spencer opowiadał, że istota poruszała się na dwóch nogach. Gdy zawołał w jej stronę, odwróciła się i wykonała gest, który odczytał jako ostrzeżenie, by się nie zbliżał. Wtedy nacisnął spust migawki.
Zamiast odejść, ruszył za postacią. Za skalnym występem miał zobaczyć srebrzysty obiekt przypominający dwa spodki połączone krawędziami. Usłyszał głośne buczenie, po czym obiekt wystrzelił w górę i zniknął w chmurach. Zdjęcia nie zrobił. Jak tłumaczył, wszystko wydarzyło się zbyt szybko.
Kolejne zaskoczenie czekało go po powrocie do zabudowań. Na zegarze ratuszowym była dziesiąta, choć według jego obliczeń powinna być dopiero ósma piętnaście. Do tego kompas miał wskazywać południe zamiast północy. Spencer postanowił jak najszybciej wywołać film.
Zdjęcie bez śladów manipulacji. Ale co przedstawia?
Odbitka była ciemna, ziarnista i nieostra. Spencer uznał jednak, że utrwalił dokładnie to, co zobaczył na wrzosowisku. Skontaktował się z badaczami UFO, którym przekazał również oryginalny negatyw oraz kompas.
Ekspert Kodaka nie znalazł śladów ingerencji w negatyw po wywołaniu. Potwierdził, że fotografowany obiekt znajdował się przed aparatem. Nie był jednak w stanie ustalić, czym ten obiekt był.
To kluczowa różnica. Brak śladów manipulacji nie potwierdza, że na zdjęciu widnieje przybysz z kosmosu. Fotografia była niedoświetlona i poruszona, a szczegółów zabrakło do rozstrzygającej identyfikacji. Nawet szacowany wzrost postaci wynikał z późniejszej rekonstrukcji opartej na opowieści świadka.
Zobacz także
Porwanie pojawiło się dopiero pod hipnozą
Początkowo Spencer nie mówił o uprowadzeniu. Ten wątek pojawił się dopiero podczas późniejszej regresji hipnotycznej. Wówczas opisywał paraliż, uniesienie w powietrze i transport do wnętrza obiektu.
Opowiadał o jasnych pomieszczeniach, badaniu przypominającym medyczne oraz dwóch pokazanych mu filmach. Pierwszy miał przedstawiać zniszczenie środowiska i cierpienie ludzi. Treści drugiego nie chciał ujawnić. Twierdził, że nie wolno mu o niej mówić.
Zmieniła się również kolejność wydarzeń. W tej wersji zdjęcie miało powstać już po domniemanym uprowadzeniu. Jak podkreślono w podcaście, prowadzący sesję psycholog zastrzegał jednak, że nie można uznać tych obrazów za pewny zapis rzeczywistych zdarzeń. Mogły być także wytworem wyobraźni.
Kompas nie rozstrzyga zagadki
Nietypowe wskazania kompasu również nie dostarczyły dowodu na obecność obcych. Przywołane w odcinku eksperymenty wykazały, że odwrócenie polaryzacji igły jest możliwe przy użyciu ziemskich metod. Nie ustalono natomiast, kiedy i w jakich okolicznościach doszło do tego w urządzeniu Spencera.
Pozostaje jeszcze problem źródeł. Bohater historii nie ujawnił publicznie tożsamości, a jego opowieść znamy za pośrednictwem badaczy. Brakuje niezależnych świadków i fotografii rzekomego statku.
Siła historii z Ilkley Moor tkwi więc w niezwykłej relacji i zdjęciu, które pozostawia ogromne pole do interpretacji. Po niemal czterech dekadach nadal nie wiadomo, co przedstawia. Ta niewiedza nie jest jednak dowodem na spotkanie z kosmitami.
Pełen odcinek "Biura Tajemnic" znajdziesz na górze strony oraz na naszym kanale YouTube pod tym linkiem.






