Czy ten statek w ogóle istniał? "Biuro Tajemnic" prześwietla sprawę Ourang Medan
Czy ten statek w ogóle istniał? "Biuro Tajemnic" prześwietla sprawę Ourang Medan fot. naTemat

Martwa załoga, twarze zastygłe w przerażeniu i eksplozja, która miała zniszczyć wszystkie dowody. Historia Ourang Medan brzmi jak scenariusz horroru. W podcaście "Biuro Tajemnic" Bartosz Migas przygląda się jednak zagadce bardziej podstawowej: czy do tej katastrofy rzeczywiście doszło, a statek w ogóle istniał?

REKLAMA

Najpierw miała nadejść prośba o pilną konsultację lekarską. Potem informacja, że drugi oficer i pozostali członkowie załogi nie żyją. Pomoc medyczna przestała być potrzebna.

Radiotelegrafista wzywał już okręt wojenny. Według części relacji transmisję zakończyło jedno słowo: "umieram". Tak zaczyna się opowieść o statku, którego losy od dekad pobudzają wyobraźnię.

Martwi marynarze i wybuch w ładowni

Według przywoływanych w podcaście przekazów ratownicy zastali dryfujący parowiec bez oznak życia. Na pokładzie leżały ciała. Nie było śladów walki, krwi ani widocznych obrażeń. Twarze zmarłych miały wyrażać przerażenie, a radiotelegrafista wciąż miał na sobie słuchawki.

W niektórych wersjach odnaleziono zaledwie dwanaście ciał, choć załoga jednostki tej wielkości powinna liczyć około czterdziestu osób. Gdzie podziali się pozostali? Czy zdołali uciec? Opuszczona za burtę drabinka linowa tylko podsycała domysły.

Przeszukanie statku miał przerwać wybuch. Z wnętrza wydobywał się dym, a ratownicy wycofali się do szalup. Kolejne eksplozje i pożar doprowadziły do zatonięcia jednostki. W ten sposób opowieść zyskiwała dramatyczny finał, który jednocześnie zamykał drogę do zbadania przyczyn tragedii.

Największe pęknięcia w tej historii ujawniają się przy porównaniu publikacji prasowych. Jeden z najstarszych znanych artykułów, opublikowany w "Altonaer Nachrichten" w październiku 1940 roku, umieszczał wydarzenia w listopadzie 1939 roku, w rejonie Wysp Salomona. W późniejszych wersjach pojawiał się już rok 1947 i inne lokalizacje.

Zmieniała się również narodowość ratowników. Raz pierwszy docierał statek włoski, innym razem – brytyjski. Rozbieżności dotyczyły liczby ciał, położenia jednostki i przebiegu akcji.

Nawet fotografie, które miały przedstawiać zmarłych marynarzy, nie rozstrzygają sprawy. W materiale podkreślono, że nie potwierdzono ich związku z Ourang Medan. Zdjęcia ciał nie wystarczają, by dowieść istnienia opisywanego statku.

Trujący ładunek czy sensacyjna fikcja?

Jedna z hipotez zakładała, że parowiec przewoził niebezpieczne chemikalia. Rozszczelnienie ładunku i powstanie trującego gazu miałyby wyjaśniać śmierć załogi bez widocznych ran. Materiały wybuchowe mogłyby z kolei tłumaczyć późniejsze eksplozje.

Problem w tym, że to próba wyjaśnienia zdarzenia, którego podstawowych okoliczności nie potwierdzono. Jak wynika z analizy przedstawionej w "Biurze Tajemnic", nie odnaleziono dokumentacji pozwalającej zweryfikować katastrofę ani jednoznacznie ustalić tożsamości jednostki. Brakuje też możliwych do sprawdzenia relacji nazwanych świadków.

Powraca natomiast nazwisko Silvia Scherliego, związanego z rozpowszechnianiem historii. Bywał przedstawiany jako marynarz i uczestnik akcji ratunkowej. W przywołanym w podcaście liście z 1950 roku jego autor, podpisany tym nazwiskiem, określał się jako niezależny dziennikarz. Nie dowodzi to mistyfikacji, ale pozostawia pytanie o rolę Scherliego otwarte.

Być może największą tajemnicą Ourang Medan nie jest więc to, co zabiło załogę. Jest nią sposób, w jaki niesprawdzona opowieść, powtarzana i wzbogacana przez kolejne gazety, zaczęła funkcjonować jak relacja z prawdziwej katastrofy.

Co mówią fakty? Zobacz śledztwo "Biura Tajemnic" na naszym kanale YouTube pod tym linkiem. W komentarzu daj znać, co sądzisz o tej sprawie.