Ukryta prawda w TV - ilustracja
"Ukryta prawda" i inne paradokumenty to w Polsce istny fenomen.

Znamy ten schemat: nikt nie słucha disco polo, ale gdy tylko zaczyna się refren, śpiewają już wszyscy. Z paradokumentami jest podobnie. Niewielu przyznaje się do ich oglądania, a jednak "Ukryta prawda", "Trudne sprawy" czy "Dlaczego ja?" przyciągają przed ekrany rzesze widzów. Podobnie jest z reality show. – Ludzie po prostu chcą bezkarnie podejrzeć cudze życie zza firanki – komentuje dr. hab. Maciej Mrozowski, medioznawca. – Dawniej starsze kobiety siadały w oknach, podkładały pod łokcie poduszkę i godzinami obserwowały świat.

REKLAMA

Miliony widzów śledzą losy bohaterów "Ukrytej prawdy", "Szkoły" czy "Gliniarzy". Na ekranie aż kipi od zdrad, kłamstw, manipulacji i rodzinnych awantur. Scenariusze bywają schematyczne, zwroty akcji łatwe do przewidzenia, a aktorstwo – dalekie od oscarowego.

A jednak kolejne odcinki przyciągają przed telewizory tłumy. Dlaczego? Pytam o to dr. hab. Macieja Mrozowskiego, medioznawcę i prawnika. Dla niego popularność tych produkcji nie jest żadną zagadką.

– No ale przecież klasyczne kryminały i tak zwane procedurale też bywają żałośnie przewidywalne – zauważa. – Jeszcze nie spotkałem przypadku, w którym na końcu złoczyńca wymordował cały posterunek, zgarnął kasę i zwiał na Bahamy. Urok paradokumentów polega na czymś zupełnie innym niż mistrzostwo konstrukcji fabularnej. Chodzi o maksymalne skrócenie dystansu między światem przedstawionym a realnym.

Jarmarczna rozrywka

Jak tłumaczy dalej, wysokobudżetowe seriale z gwiazdorską obsadą pokazują światy, które pozostają dla widza bezpiecznie odległe. Są w nich makabryczne zbrodnie, skomplikowane śledztwa i satelitarne technologie. Paradokumenty zaglądają natomiast do rzeczywistości zwyczajnej, czasem wręcz przaśnej. Takiej, którą widz zna z własnego podwórka.

– Przestrzeń międzygatunkowa kompletnie się tu zatarła. Powstał hybrydowy konglomerat: reportaż, rekonstrukcja, inscenizacja i diabli wiedzą co jeszcze – wylicza Mrozowski. – Ale ta zgrzebna forma ma potężną zaletę: ludzie znacznie łatwiej się z nią utożsamiają. W tradycyjnym kryminale psychologii postaci domyślamy się z toku akcji.

Tutaj bohater staje wprost przed obiektywem i wykłada widzowi kawę na ławę, expressis verbis: co czuł i dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Zaczynamy rzutować własne emocje na tę postać, osądzać ją, bo ten mały dramat pozostaje formalnie otwarty. Bohater, patrząc nam w oczy, apeluje: "Sami widzicie, drodzy państwo, nie miałem innego wyjścia". I to widza bez reszty wciąga.

dr. hab. Maciej Mrozowski

medioznawca, prawnik

Mrozowski podkreśla, że znaczenie ma również sposób realizacji. Zamiast gwiazd i dopracowanych scenografii są amatorzy, proste plany i obraz przypominający domowe wideo. Dzięki temu ekranowe historie nie wydają się tak odległe. Mogłyby przecież rozegrać się za ścianą, a widz może się zastanawiać, jak sam zachowałby się na miejscu zdradzanego męża czy oszukanej emerytki. W gruncie rzeczy telewizor zaspokaja tę samą odwieczną potrzebę podglądania cudzego życia.

– Dawniej starsze kobiety siadały w oknach, podkładały pod łokcie poduszkę i godzinami obserwowały świat na zewnątrz – wspomina medioznawca. – Sam pamiętam z dzieciństwa w Łodzi, przy alei Kościuszki, nasze podwórko-studnię. Mieszkały tam gospodynie, które potrafiły pół dnia wpatrywać się w pusty plac, na którym absolutnie nic się nie działo. Ci od frontu mieli przynajmniej okazałe gmachy banków, tam było na czym oko zawiesić. Ale w studni? Podobnie na wsi: kobiety siadały na ławeczkach przed płotem i patrzyły w drogę. Współczesna telewizja dała im po prostu nową poduszkę na parapecie. Nagle mają na co patrzeć bez wychodzenia z pokoju.

Ekspert zauważa też, że paradokumenty nie wymagają od widza szczególnego skupienia. Nie trzeba śledzić kolejnych tropów, rozwiązywać zagadek ani zapamiętywać skomplikowanych wątków. Wystarczy usiąść przed telewizorem i dać się wciągnąć w kolejną historię.

– Te formaty dotykają bardzo pierwotnej, bezpretensjonalnej ludzkiej natury – podsumowuje Mrozowski. – A od strony stricte komercyjnej są genialnie skrojone: bajecznie tanie i błyskawiczne w realizacji. Tasiemiec kręci się taśmowo, po kilkanaście odcinków w tygodniu, a jeśli w paśmie uda się sprzedać bloki reklamowe, bilans wychodzi na czysto z wielkim zyskiem. Z czasów, gdy doradzałem stacjom telewizyjnym, wiem doskonale: to jest biznes, który po prostu nie ma prawa się nie opłacać.

Jest jednak jeszcze jeden trop, który pozwala spojrzeć na współczesną telewizję z nieco innej perspektywy. Mrozowski przywołuje dawne jarmarczne rozrywki, które – jak przekonuje – mają zaskakująco wiele wspólnego z dzisiejszym reality show.

– Słynne wdrapywanie się na oślizgły pal, bo na samej górze czeka pęto kiełbasy i pół litra wódki! – rzuca. – To jest absolutna praforma reality show. Jarmarczne rozrywki żywcem przeniesione do studia telewizyjnego. Oglądamy amatorską rywalizację opartą na popisie kilku miejscowych osiłków czy prowincjonalnych piękności, bo na jarmarkach też przecież wybierano najurodziwsze panny. Dzisiejsza rozrywka na ekranie to po prostu uwspółcześniona wersja dawnego odpustu.

Z tym, że paradokumenty zaspokajają ciekawość widzów i pozwalają im zajrzeć w cudze życie, zgadza się również dr Małgorzata Godlewska, psycholożka społeczna, trenerka i coach z Uniwersytetu SWPS. Zwraca jednak uwagę, że oglądanie takich historii może przynosić odbiorcom także inne korzyści.

– To rodzaj ciekawości poznawczej. Interesujemy się tym, co dzieje się u innych ludzi, jakie łączą ich relacje. Jeśli historie są intensywne, emocjonalne i dynamiczne, dodatkowo zaspokajają tę potrzebę. Pojawiają się też porównania społeczne. Oglądając takie obrazy, automatycznie zaczynamy myśleć: "W moim życiu nie jest tak źle. Dobrze, że u mnie takie rzeczy się nie dzieją". Dzięki temu możemy się trochę uspokoić. Nawet jeśli sami mamy problemy, na tle tego, co widzimy na ekranie, nasze życie wydaje się mniej skomplikowane i nie aż tak dramatyczne – wyjaśnia psycholożka.

Jak mówi dalej, nie bez znaczenia jest również to, jak wygląda codzienność samych widzów. Dla osób, którym brakuje intensywniejszych przeżyć, telewizyjne historie mogą być źródłem emocji, których nie dostarcza im zwykły dzień.

– Ludzie potrzebują różnych doznań. Jeśli ktoś nie ma zbyt wielu intensywnych przeżyć, a jego życie jest monotonne, oglądanie takich programów daje mu możliwość przeżywania emocji, które wprowadzają trochę koloru do codzienności. Osoby, które mają dużo własnych spraw i emocji, prawdopodobnie nie będą po nie sięgały. Jeśli ktoś ma ich niewiele, takie programy mogą być pewną odpowiedzią na ten niedosyt – zauważa dr Godlewska.

Jest jeszcze jeden mechanizm, związany z ocenianiem bohaterów. Obserwując ich zachowania, widz może utwierdzać się w przekonaniu, że sam postępuje właściwiej.

– Możemy też poczuć się lepiej, oceniając kogoś i jego niewłaściwe zachowanie. Pojawia się wtedy coś w rodzaju moralnej wyższości, która może nas dowartościowywać – podsumowuje psycholożka.

Bezkarnie podejrzeć cudze życie zza firanki

Od paradokumentów przechodzimy do programów rozrywkowych, w których na pierwszy plan wysuwają się występy, rywalizacja i oceny jurorów. Choć dr hab. Maciej Mrozowski nie jest bezkrytycznym widzem takich formatów, ma jedną słabość, którą traktuje jak swoiste guilty pleasure. To "Twoja twarz brzmi znajomo".

– Zdradzę ten grzech – mówi z rozbawieniem. – Jeżeli ktoś dostanie zadanie zbliżone do własnych warunków, to jeszcze jakoś wybrnie, ale przy czymś trudniejszym kładzie się na łopatki. I dopiero wtedy zaczyna się moja frajda: patrzę, jak jurorzy wiją się i gimnastykują, powtarzając: "Genialne! Cudowne! Objawienie!".

Jest też format, który Mrozowski ocenia znacznie bardziej krytycznie. Chodzi o Warsaw Shore.

– Tam nie ma już cienia wyczynu artystycznego czy sportowego. Jest czysta abnegacja: przeklinają, uprawiają s*ks, chleją na umór i szykują się do kolejnych hotelowych balang. To kuriozum żeruje na najprostszym, odwiecznym wojeryzmie: ludzie po prostu chcą bezkarnie podejrzeć cudze życie zza firanki.

Emocje związane z telewizyjną rywalizacją nie kończą się jednak na samych występach. Kiedy z programu odpada faworyt widzów, reakcje potrafią być bardzo gwałtowne. Skąd bierze się ta złość? Mrozowski przywołuje myśl prof. Zygmunta Baumana, z którym zetknął się podczas seminariów w Instytucie Kultury.

– To właśnie ten filozof i socjolog jako pierwszy zwrócił uwagę, że cała ta telewizyjna rywalizacja to dla Polaków wielki trening kapitalizmu. Bo kapitalizm to nie tylko rynek i prywatna własność, ale system postaw: wdrukowana w świadomość zasada permanentnej rywalizacji i eliminacji rywali. Rozgrywka polega na koncentracji kapitału – finansowego, symbolicznego, a czasem po prostu punktów lojalnościowych w Biedronce – oraz bezwzględnym kasowaniu konkurencji.

Odwieczna potrzeba adaptacji

A co dzieje się z widzem, który zdążył już utożsamić się z uczestnikiem? Mrozowski tłumaczy, dlaczego porażkę swojego faworyta może odebrać niemal jak własną.

– Kiedy człowiek utożsamia się z uczestnikiem, lokuje w nim własne emocje. I gdy ten faworyt przegrywa, widz dostaje bezwzględny cios w ego: "Postawiłeś na przegrywa, na kompletnego losera" – wyjaśnia Mrozowski. – Włącza się klasyczny psychologiczny mechanizm obronny. Nikt nie chce uznać własnej porażki, więc natychmiast szuka winnych na zewnątrz: lży jurorów, oskarża rywali o oszustwo, krzyczy o spisku. Obraża rzeczywistość, która doprowadziła do jego klęski. Mówię to jako zatwardziały neodarwinista: u podstaw tych zjawisk leży odwieczna potrzeba adaptacji i walki o pozycję w stadzie. Zamazujemy granicę między realnym życiem a widowiskiem, a internet daje nam tylko narzędzie, by tę frustrację natychmiast wykrzyczeć.

Dlaczego tak mocno angażujemy się w coś, co przecież jest tylko telewizyjnym programem i nie ma bezpośredniego wpływu na nasze życie?

– Rzeczywiście, to tylko program, ale w jego trakcie dużo się dzieje. Pojawiają się podziały na "my” i "oni". Kiedy zaczynamy sympatyzować z jedną z par, na przykład w "Tańcu z gwiazdami", stopniowo traktujemy ją jak część własnej grupy. A psychologia społeczna pokazuje, że inaczej odnosimy się do członków grupy, z którą się utożsamiamy, a inaczej do tych, których postrzegamy jako obcych – tłumaczy dr Godlewska.

Jak wyjaśnia, z taką identyfikacją wiąże się potrzeba bronienia własnej grupy, jej stanowiska i przekonania o jej przewadze nad innymi.

– Można powiedzieć, że stajemy się drużyną razem z ulubioną parą i zaczynamy przeciwstawiać ją pozostałym uczestnikom. Każda z tych par ma swoich zwolenników, którzy potrafią bardzo zaciekle jej bronić. Pojawia się wtedy polaryzacja grupowa. To mechanizm, który obserwujemy również w codziennym życiu. Dzieje się tak dlatego, że zaczynamy postrzegać siebie jako członków danej grupy – dodaje psycholożka.