kolaż przedstawiający kobietę oglądającą telewizję
Lubimy przeżywać seriale Fot. Shutterstock / edycja i montaż: naTemat

Fikcyjni bohaterowie, ale zupełnie prawdziwa furia. Choć doskonale wiemy, że seriale to tylko wymysł scenarzystów, potrafimy zażarcie bronić ulubionych postaci w sieci i szczerze nienawidzić aktorów grających czarne charaktery. – Złość wzbudzona przez serial na poziomie neuropsychofizjologicznym działa bardzo podobnie do złości u kogoś, komu na stepie zabrano główny posiłek na najbliższe dni – zauważa dr Dorota Kobylińska z Uniwersytetu Warszawskiego.

REKLAMA

– Biedna ta Marysia. Znowu ją zdradza – moja współpasażerka wzdycha ciężko. 

– Co też pani opowiada! Głupia była, to teraz ma. Mogła nie wybaczać pierwszej zdrady – oponuje jej koleżanka. – Zdradził raz, to zdradzi kolejny. 

– To pani Marysię wini, tak? A co kobieta winna! Tyle lat razem przeżyli, a tu takie coś. Marysia, to anioł nie człowiek. 

Dalej jadą w milczeniu. Szkoda mi tej Marysi, choć jej nie znam. Niedawno pisałam o PSTD po zdradzie i przypomniały mi się historie moich bohaterek.  Zastanawia mnie, ile ma lat, czy jest może sąsiadką tych pań z autobusu. A może bliską przyjaciółką?

– Ciekawe, co będzie w kolejnym odcinku – słyszę nagle z ust pasażerki od "biednej Marysi". – Ja "M jak Miłość" oglądam od początku, a pani?

***

Jako że sama trzy dni płakałam po śmierci Nicholasa Brody'ego z "Homeland", to wcale do śmiechu mi nie jest. Seriale i filmy to trochę taka alternatywna rzeczywistość, w którą wchodzimy całym sobą. 

– Jaki gnój z tego Grześka – kręciłyśmy z koleżankami głowami po seansie "Dom dobry". – Potwór, narcyz! 

Mówiłyśmy o nim tak, jakby zrobił krzywdę jednej z nas. Emocje były prawdziwe, kumulowały się i wybuchły z całą mocą po opuszczeniu sali kinowej.

Możemy doskonale wiedzieć, że oglądamy fikcję, a jednocześnie przeżywać ją całkiem serio. Złościć się na bohatera, współczuć mu, kibicować jego związkowi, a po jego śmierci czuć coś, co trochę przypomina żałobę.

Artur zdradził Marysię Fot. Kadr z "M jak miłość"

Jak się bałam, żeby nie wydało się, że Moro jest tajnym agentem. Serce do gardła mi podeszło, gdy gangster zleca Mamuce śledzenie policjanta w serialu "Morfeusz".

Dlaczego aż tak bardzo dajemy się wciągnąć w fikcyjne światy? Skąd bierze się potrzeba bronienia wymyślonych bohaterów i dlaczego ich losy potrafią wywoływać tak silne emocje, czasem nawet agresję? 

– Twórcy popularnych seriali i filmów celowo uczą się konkretnych metod wywoływania emocji – mówi dr Dorota Kobylińska z Uniwersytetu Warszawskiego, doktor nauk humanistycznych w dziedzinie psychologii oraz trenerka miękkich umiejętności psychospołecznych.

Jako przykład podaje doświadczenie związane z własnym synem. Kiedy chłopiec miał cztery i pół roku, wybrała się z nim do kina na jedną z części "Misia Paddingtona". To był jego pierwszy film.

– Byłam zaskoczona, że pierwszą sceną w jego pierwszym filmie w życiu była śmierć najbliższej bohaterowi osoby. Okazało się, że to stały, powtarzający się wzorzec w produkcjach dla dzieci – wspomina.

Jak dodaje, kiedy rozmawiała o tym z koleżanką, która uczyła się scenopisarstwa w polskich i zagranicznych szkołach, usłyszała wyjaśnienie, dlaczego takie rozwiązanie jest tak często stosowane.

– To podstawowy sposób na natychmiastowe przywiązanie dzieci do głównej postaci. Twórcy są dziś niezwykle wyspecjalizowani i skuteczni w tego typu wzbudzaniu emocji – tłumaczy badaczka.

Nawet Paddington nie uniknął smutku Fot. Kadr z "Paddingtona"

Na tym jednak nie kończy się proces, który sprawia, że ekranowe emocje tak łatwo przenoszą się na widza. Gdy zostaną już wywołane, zaczynają – jak mówi dr Kobylińska – żyć własnym życiem.

– Są one mechanizmem wbudowanym w nas ewolucyjnie, a ewolucja nie postępuje tak szybko jak cywilizacja. Złość wzbudzona przez serial na poziomie neuropsychofizjologicznym działa bardzo podobnie do złości u kogoś, komu na stepie zabrano główny posiłek na najbliższe dni – porównuje.

Z perspektywy ewolucyjnej taki impuls miał konkretne zadanie.

– Miał popchnąć nas do ataku, by przetrwać. Współcześnie rzadko jednak stajemy w sytuacji realnego zagrożenia wymagającego fizycznej konfrontacji, a dodatkowo nie okazywanie złości poprzez atak jest niezgodne z regułami życia społecznego i niewłaściwe – zauważa.

Sama złość nie znika jednak tylko dlatego, że zmieniły się warunki, w których żyjemy.

– Złość, podobnie jak inne emocje, gdy się już pojawi, automatycznie wpływa na zachowanie i jest niezwykle trudna do skontrolowania – dodaje dr Kobylińska.

Hamulec zostaje zdjęty

Zjawisko to doskonale zna 19-letnia Karolina. Gdy w serialu "Ginny i Georgia", który bardzo ją wciągnął, główna para po wielu perypetiach w końcu się rozstała, Karolina prawie nie odzywała się do swojego chłopaka.

– Byłam tak wściekła na scenarzystów, że nie dali szansy Ginny i Marcusowi, że wszystko mnie irytowało. Mój chłopak zapytał tylko, czy idziemy na spacer, a ja wybuchłam, że przecież nie ma sensu niczego planować, skoro ludzie i tak w końcu ranią się nawzajem – wspomina z zażenowaniem.

Fikcyjne rozstanie zepsuło jej nie tylko humor, ale i całkiem prawdziwy weekend.

Ginny i Marcus się rozstali Fot. Kadr z "Ginny i Georgii"

Do tego dochodzi kolejny element: internet. Los naszych ulubionych albo znienawidzonych bohaterów można przeżywać wspólnie z tysiącami innych widzów. Wystarczy wejść pod najnowszy odcinek serialu, żeby zobaczyć, jak szybko dyskusja o fikcyjnych bohaterach potrafi zamienić się w prawdziwą awanturę.

Jedni bronią bohatera, inni nie zostawiają na nim suchej nitki. Po kilku komentarzach rozmowa o serialu przestaje być rozmową o serialu. Zaczyna się walka o to, kto ma rację.

W internecie widzowie godzinami potrafią spierać się o decyzje bohaterów, ich związki, zdrady, rozstania i wybory moralne. Czasem emocje są tak duże, jakby stawką było coś znacznie ważniejszego niż los wymyślonej postaci.

Zdaniem badaczki internet stał się idealną platformą do wyrażania napięcia, które wcześniej trudniej było rozładować.

– Znikają tam tradycyjne mechanizmy samokontroli – normy społeczne, obecność innych ludzi czy strach przed karą. W codziennej socjalizacji te czynniki działają jak zewnętrzny regulator emocji – tłumaczy. – W dyskusjach internetowych ten hamulec zostaje zdjęty, przez co silne emocje wypływają z nas znacznie łatwiej. 

Czasem dostaje się aktorom. Przyznają, że bywają ofiarami hejtu, jeśli wcielali się w tzw. "czarny charakter". 

Dlaczego dorosły człowiek, który przecież wie, że ogląda fikcję, potrafi później wejść do sieci i atakować aktorkę tylko dlatego, że zagrała postać budzącą niechęć?

Mechanizm pisania agresywnych komentarzy w sieci jest analogiczny do sytuacji z codziennego życia, w których ktoś w nerwach nakrzyczy na drugą osobę lub zrobi coś pod wpływem impulsu – odpowiada dr Dorota Kobylińska. – W stanie silnego pobudzenia kontrola zachowania staje się trudna. Potrzeba natychmiastowego wyrażenia emocji okazuje się silniejsza od zdrowego rozsądku, który zostaje odsuwany na bok.

dr Dorota Kobylińska

doktor nauk humanistycznych w dziedzinie psychologii oraz trenerka miękkich umiejętności psychospołecznych

Refleksja nad własnym zachowaniem przychodzi zazwyczaj dopiero później.

– Dopiero później, czytając własne wpisy, dana osoba może poczuć wstyd i dojść do wniosku, że nie warto było tak reagować – dodaje. 

Zanim jednak ten wstyd nadejdzie, potrafią paść mocne słowa. Przekonała się o tym boleśnie Anna Gunn, odtwórczyni roli Skyler w kultowym "Breaking Bad". Widzowie tak bardzo kibicowali głównemu bohaterowi, że aktorkę grającą jego niepokorną żonę zaczęli traktować jak osobistego wroga. Aktorka doświadczyła w sieci zmasowanego hejtu.

Niechęć do Skyler wychodziła zresztą poza internet – Gunn spotykała się z wrogimi reakcjami także podczas spotkań z fanami. Sama aktorka nie rozumiała, skąd aż tak silna niechęć do granej przez nią bohaterki. Podobne zdziwienie wyrażał producent serialu.

Historia Gunn pokazuje, jak łatwo emocje skierowane przeciwko fikcyjnej postaci mogą zostać przeniesione na prawdziwego człowieka, który tę postać gra.

Widzowie nie lubili Skyler White Fot. Kadr z "Breaking Bad"

Nie oznacza to jednak, że sam serial czy film automatycznie wywołuje agresję u każdego widza. Jak tłumaczy dr Dorota Kobylińska , dotąd w rozmowie zakładaliśmy prostą zależność: treść, np. oglądany serial jest przyczyną, a emocjonalny wybuch jej skutkiem. Badania nad związkiem agresji w mediach z zachowaniem pokazują jednak również drugą stronę tego zjawiska.

– Może być tak, że po treści wyraziste i agresywne często sięgają osoby posiadające już pewną predyspozycję temperamentalną do reagowania np. szybszego lub silniejszego. Po prostu z jakiegoś powodu silnych emocji potrzebują i szukają ich w oglądanych materiałach – mówi dr Kobylińska.

U takich widzów reakcje emocjonalne mogą być szczególnie intensywne.

– Wzbudzają się znacznie łatwiej, są silniejsze i trudniejsze do opanowania, co sprzyja ich późniejszemu, niekontrolowanemu uzewnętrznianiu – wyjaśnia.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Krytyczne myślenie w uśpieniu

Wystarczy zajrzeć na instagramowy profil aktora grającego serialowego intryganta, by pod jego prywatnym zdjęciem znaleźć komentarze, w których widzowie rozliczają go z decyzji jego bohatera. Zwracają się do niego imieniem postaci, oburzają się na jego zachowanie, a czasem życzą mu, żeby "karma go dopadła" za to, co zrobił w ostatnim odcinku.

Czasem grożą:

"Zostaw ją, draniu, bo pożałujesz!".

"Zapłacisz za to!"

"Twoje dni są policzone"

Kiedyś, żeby wylać złość na aktora, trzeba było przynajmniej na niego trafić – po spektaklu, na spotkaniu z widzami czy przypadkiem na ulicy. Dziś aktorzy mają własne profile, a seriale – grupy na Facebooku, fora i sekcje komentarzy.

Widzowie mogą natychmiast znaleźć tysiące osób, które przeżywają tę samą historię.

Internet nie wymyślił więc emocji wobec fikcyjnych bohaterów. Dał im za to znacznie więcej przestrzeni do wyrażania i przeżywania ich wspólnie.

– Zjawisko to posuwa się tak daleko, że w dyskusjach internetowych odbiorcy zaczynają wręcz mylić aktorów odgrywających role z prawdziwymi postaciami z rzeczywistości – podsumowuje badaczka. – Dzieje się tak częściowo dlatego, że pod wpływem silnych emocji krytyczne myślenie może zostać uśpione.

A ja pozwolę sobie na taką refleksje: w przebodźcowanym świecie, w którym prawdziwe problemy przytłaczają nas każdego dnia, czasem łatwiej i bezpieczniej jest przekierować całą swoją furię, frustrację i łzy na kogoś, kto istnieje tylko na ekranie. Fikcja daje nam też przestrzeń, żeby przeżyć emocje, na które w prawdziwym życiu nie zawsze mamy miejsce.

Dlatego nie oceniajmy zbyt surowo samych siebie, gdy znów będziemy rzucać popcornem w ekran ze złości na scenarzystów. Ani pań z autobusu.

A co do Marysi… Cóż. Trzymajmy kciuki, żeby w kolejnym sezonie wreszcie zmądrzała.