Czernina? Galaretka z ryby? Bynajmniej - najpaskudniejszego polskiego dania już się prawie nie jada

Helena Łygas
09 lipca 2022, 06:54 • 1 minuta czytania
Mogą być różne abominacje - kasza z sokiem pomarańczowym, chleb maczany w coli, czekolada z ketchupem. Tyle że są i kombinacje, które wychodzą poza mroczne fantazje zjaranych. Na przykład - makaron z kompotem, PRL-owska zupa na upały. Zmora stołówek i wakacji u babci, którą wciąż się jada, choć raczej w czterech ścianach. 
Zupa owocowa - kultowa potrawa PRL-owskich wakacji, która odeszła do lamusa fot. Andrej Porochnenko/East News

Jedzenie to dla nich terra incognita zasiedlana przez talerze i garnki pełne pułapek. W zupie niezidentyfikowane obiekty pływające, w arbuzie - pestki, w kotlecie - żyłki. No i jeszcze te smaki i faktury - cykoria pełna goryczy, chrzan palący w język, grzybek marynowany o konsystencji ślimaka.


Tyle że z bycia niejadkiem w końcu się wyrasta. Więcej - nietypowe potrawy i smaki stają się nagle interesujące. 

5-letnia ja pragnęła żywić się wyłącznie pomidorową, klopsikami, kanapkami z Nutellą i tuńczykiem z puszki. Dziś potrawy, których nie jem, mogę policzyć na palcach jednej ręki: golonka, flaki, wątróbka i galaretka z nóżek. Nie wykluczam, że lista będzie się zawężała - dwa lata temu przekonałam się w końcu do znienawidzonej brukselki, zaś na studiach do tatara, którego wcześniej brzydziłam się wziąć do ust. 

Dwa składniki, które każdy lubi

Ostatnio okazało się jednak, że na mojej liście kulinarnych abominacji jest coś jeszcze. Potrawa tak straszna, że najwyraźniej wyparłam jej istnienie. Rozłóżmy ją jednak na czynniki pierwsze - bo i z pozoru wygląda niegroźnie.

Weźmy taki makaron. Nie ma chyba osoby czującej do niego awersję. Jak nie spaghetti z pomidorami, to penne z pesto albo lasagne’a szpinakowa, zaś dla tradycjonalistów - łazanki i rosół z makaronem. To dla niego (makaronu, nie rosołu) towarzysze z celiakią łamią niekiedy celibat. 

Są i owoce. Wiśnie, truskawki, brzoskwinie, maliny - długo by wymieniać. Dojrzewają długo, by szybko się zestarzeć, dlatego część z nich wybiera przedłużenie żywota, poświęcając połyskujące skórki i soczyste krągłości. Wskakują do słoików, zamrażarek, dają się słodzić, smażyć, gotować i zalewać spożywczą formaliną zwaną octem.

To jednak nic, w porównaniu do losu, jaki może spotkać te z nich, które na swoje nieszczęście urodziły się w Polsce. Kraju, w którym makaron zalany kompotem, uważa się za zupę. Uczcijmy tę potrawę minutą ciszy. 

Jednak co złego, to nie Polacy, lecz odwieczny wiatr w oczy Polaków. 

Zupa owocowa jest bowiem córką ogródków działkowych i pustych sklepowych półek. W czasach, gdy pomarańcze i banany były trudniejsze do zdobycia niż dziś marakuja i pitaja, nie mogła się zmarnować żadna śliwka ani gruszka. Po co sadzić na działce jakieś tam klony i topole, skoro można postawić na drzewo praktyczniejsze, bo i dające pożywienie (a w bonusie obsypujące się białym kwieciem). 

Choć w annałach nie odnotowano nazwiska Irenki czy innej Halinki, która wpadła na rewolucyjny pomysł łączenia owoców w zalewie z makaronem (czy raczej swojsko brzmiącymi kluskami), można wydedukować, jak wyglądał ten proces twórczy. 

Przeczytaj także: PRL to tu żadna stylizacja. Takich knajp w Warszawie zostało już tylko kilka

Cukier krzepi

W kraju ustawicznego braku czekolady i dobrej jakości słodyczy, trzeba było kombinować. Głównie na cukrze, który nie był jeszcze odsądzany od czci i wiary, a raczej funkcjonował jak w najsławniejszym przedwojennym sloganie reklamowym: "Cukier krzepi" (autorem był Melchior Wańkowicz, który za jego wymyślenie otrzymał równowartość dzisiejszych 50 tys. Złotych). 

Pokrzepiający był więc ryż z masłem i z cukrem, a czasem obleciał i sam chleb. Kogel-mogel? Rarytas! Za kruszonkę instant robiła bułka tarta smażona z masłem i cukrem. No i kto nie jadł rodzimego bieda-pudding, czyli kaszki manny z sokiem malinowym. 

Nieco świeżości do tego węglowodanowego królestwa wnosił sezon. I to w tymże Grażynka lub Wandzia (starsze siostry Irenki czy Halinki) wpadły na pomysł, że takie truskawki ze śmietanką można przecież podać na ciepło z makaronem, odhaczając za jednym zamachem i obiad i deser. 

Żyjącym w tym uniwersum nie ma co się dziwić, że gdy lipcowe słońce dogrzało szczególnie mocno, wyśnili kolejną mutację klusek z truskawkami. Na upał! Zimny kompot, makaron-świderki i jedziemy.

Skwarki i cydr

Nie był to jednak koniec, a dopiero początek zupy owocowej w Polsce. W niektórych miejscach zaczęto serwować ją z dodatkiem pora i śmietany, jednak nic nie przebije tradycyjnego dania z Łodzi - zupy owocowe, gdzie zamiast makaronu lądowały ziemniaki okraszone skwarkami. Ot, letnie danie robotnicze. 

Trudno powiedzieć, czy dość powszechna dziś awersja do zupy owocowej wynika z traum z przedszkola (w Łodzi), czy może raczej z dość dobrej znajomości kuchni włoskiej w Polsce. 

Faktem jest, że żaden inny naród nie wpadł na tak kuriozalny pomysł, jak połączenie kompotu i makaronu. A zupy owocowe je się nie tylko w Polsce. Bardzo popularne są choćby w Skandynawii. W wersji norweskiej dostajemy wywar z suszonych owoców (kompot z suszu!), serwowany jednak jako deser. 

W Szwecji zupa owocowa to podawana na zimno mieszanka jagód, malin, bywa, że też borówek i truskawek podgotowanych w wodzie z cukrem. Jeśli nie ma akurat na pokładzie dzieci, całość zaprawia się cydrem lub szampanem (i jak można się domyślić, również nie robi za obiad). 

W niechęci do ubogiej polskiej siostry wyżej wymienionych zup nie chodzi nawet o połączenie dwóch składników z pozornie odległych biegunów. Na kaczkę w pomarańczach, ser pleśniowy z winogronami czy sałatkę z arbuzem i fetą nikt nie narzeka (no, może poza weganami - dla nich mam Krwawą Marry).

Chodzi o połączenie tak mało subtelne i spójne, jak nie przymierzając fasolka szparagowa z colą, albo sok pomarańczowy z kaszą jaglaną. I pozostaje się cieszyć, że w PRL-u o wspomniane napoje łatwo nie było (ale może bób z oranżadą ptyś?).

Choć z badań socjologicznych wynika, że może i chętnie wybieramy zagraniczne kurorty, ubrania czy meble, w kwestiach żywieniowych jesteśmy tradycjonalistami. Może i Polacy pokochali pizzę i kebaby, ale pytani o ulubioną kuchnię, w przytłaczającej większości wskazują na polską.

Koniec PRL-u zmienił tu tyle, że potrawy mączne zastąpiły schabowe i mielone. W niepamięć odeszły zaś te dania, które jedliśmy z przymusu. I wiele wskazuje na to, że należy do nich zupa owocowa. I to mimo że nie ma na świecie kraju, w którym jadałoby się tyle zup, co w Polsce. 

Zupa owocowa pozostaje dziś raczej znakiem swoich czasów - kuchni niedoboru i niespotykanych talentów gospodyń do wykombinowania czegoś z niczego. Trudno uświadczyć ją dziś nawet w barach mlecznych - podobnie jak kaszę gryczaną ze skwarkami i jajkiem czy zupę mleczną z makaronem i kożuchem.

Może to i szkoda? Mielibyśmy jeszcze jednego sympatycznego straszaka na cudzoziemców spragnionych nowych smaków, a tak tylko te ogórki i kapusty kiszone. 

Czytaj także: https://natemat.pl/415459,skad-zwyczaj-niewyrzucania-chleba-w-polsce