Był hrabią, potworem, a nawet parodią siebie. Drakula wrócił po raz... sto ósmy – i znów gryzie

Paweł Mączewski
15 sierpnia 2023, 19:47 • 1 minuta czytania
Postać Drakuli po raz pierwszy pojawiła się w powieści z 1897 roku. Natomiast w kinach można już oglądać kolejną historię z jego potępionego istnienia. W poniższym tekście przyglądamy się ponad stu latom obecności najsłynniejszego wampira w popkulturze.
Fot. Kadr z filmu "Demeter: Przebudzenie zła". Źródło: Associated Press/East News

W piątek 11 sierpnia do polskich kin wszedł film "Demeter: Przebudzenie zła", horror, w którym widzowie mogą zobaczyć najnowszą wersję najbardziej znanego wampira w popkulturze – Drakuli.


Trzymający w napięciu zwiastun filmu sugeruje, że jego twórcy postanowili odwołać się do bestialskiej natury słynnego krwiopijcy, co pośrednio nawiązuje do początków jego istnienia, gdy wampir... po prostu budził strach.

"To miał być kolejny zwyczajny rejs. Morze było spokojne, prognozy nie zapowiadały sztormu. Gdy szkuner »Demeter« odbił od nabrzeża, nikt z załogi nie wiedział, że w jednej z dwudziestu czterech nieozna­kowanych skrzyń znajdujących się na pokładzie kryje się zło" – można przeczytać we fragmencie oficjalnego opisu filmu.

Obraz koncentruje się więc na samej podróży, jaką oryginalnie miał odbyć Drakula z jego rodzinnej Rumunii do wybrzeży Anglii.

Co ciekawe, jak podaje strona filmaffinity.com, "Demeter: Przebudzenie zła" jest 108. (!) produkcją, w której można zobaczyć jakąś "wersję" Drakuli. Warto bowiem pamiętać, że przez 126 lat istnienia tej postaci w popkulturze (zgadza się, to już tak długo) widzowie mogli zobaczyć jej najróżniejsze interpretacje.

Oto jak Drakula zmieniał się przez lata.

Narodziny Drakuli

Irlandzki pisarz Bram Stoker napisał powieść "Dracula" w 1897 roku. Była to jego siódma książka. Nie był on jednak pierwszym autorem, który przedstawił światu historię o wampirach. W 1819 roku brytyjski autor i lekarz włoskiego pochodzenia John Polidori stworzył opowiadanie grozy "The Vampyre: A Tale".

Stoker przy nadawaniu swojej postaci rodowego nazwiska "Dracula" miał inspirować się historyczną postacią Włada III Palownika, zwanego też Drakulą – urodzonego w Transylwanii w XV wieku brutalnego hospodara Wołoszczyzny, który miał lubować się w nabijaniu swoich wrogów na pal.

Jak podaje strona "Wprost Historia": Uważa się, że tytuł ten ("Drakula" – przyp. aut) wziął się od Zakonu Smoka (z łacińskiego draco), którego członkiem był ojciec Palownika. Samo słowo drac w języku rumuńskim znaczy tyle co diabeł. Dracul oznaczałby zatem diabła, a Dracula – syna diabła".

Drakula kontra Nosferatu

"Nosferatu – symfonia grozy" jest uważany przez wiele osób jako pierwszy film przedstawiający wątki zaczerpnięte z powieści Stokera. To połowicznie prawda. Niemy film niemieckiego ekspresjonisty Friedricha Wilhelma Murnau powstał w 1922 roku, jednak twórcy tej produkcji nie pozyskali wcześniej praw autorskich od Florence Stoker, żony zmarłego już autora.

Postanowili więc, że dokonają pewnego fortelu, by ustrzec się przed pozwem. Zmienili niektóre fragmenty historii, a także... pozmieniali imiona i nazwiska bohaterom. Stąd też np. w filmie Murnau nie występuje "Drakula", tylko hrabia Orlok.

Mężczyzna ekscentryczny, budzący niepokój swoim wyglądem i zachowaniem.

W postać krwiopijcy wcielił się niemiecki aktor teatralny i filmowy Max Schreck. "Nosferatu" z pewnością pomogła plotka, jakoby Schreck w rzeczywistości był prawdziwym wampirem, którego Murnau miał zatrudnić do nakręcenia swojego filmu (w języku niemieckim słowo "Schreck" oznacza "przerażenie").

To właśnie ta plotka leżała u fabularnych podstaw nakręconego w 2000 roku filmu "Cień wampira". Wtedy w roli Maxa Schreka – "grającego" hrabiego Orloka – wcielił się Willem Dafoe.

Plotka ta nie uchroniła jednak twórców "Nosferatu – symfonii grozy" przed pozwem o plagiat i sprawą w sądzie, czego efektem miało być zniszczenie wszyskich kopii filmu. Jak wiadomo – tak się jednak nie stało. Natomiast sama powieść Stokera znajduje się w domenie publicznej od 1962 roku.

Warto też wspomnieć, że "Symfonia grozy" doczekała się też remake'a Wernera Herzoga "Nosferatu wampir" z 1979 roku, kiedy w tytułowej roli wystąpił Klaus Kinski.

Warto w tym miejscu jednak wspomnieć, że "Nosferatu – symfonia grozy" nie był pierwszym filmem o Drakuli.

W rzeczywistości postać ta pojawiła się na ekranie już rok wcześniej – w 1921 roku w węgierskim filmie "Drakula halála" ("Śmierć Drakuli"), który wyreżyserował Károly Lajthay.

Główną bohaterką miała tam być kobieta o imieniu Mary, która spędzając noc w zakładzie psychiatrycznym śni o tym, że zostaje uprowadzona przez Drakulę.

Niestety żadna kopia tego filmu nie dotrwała do dzisiejszych czasów. Został po nim tylko plakat.

Drakula wielu twarzy

1931 rok był bardzo ważnym w historii hrabiego Drakuli. Wtedy to bowiem w roli słynnego krwiopijcy wystąpił słynny aktor kina grozy – Béla Lugosi – w "Dracula" produkcji Universal Pictures (wcześniej wcielał się w tę postać też na deskach Broadwayu).

Jego sposób przedstawienia tej legendarnej postaci znacznie różnił się od wspomnianego wcześniej "Nosferatu". Ten Drakula był pełnym ogłady tajemniczym mężczyzną z wyższych sfer, znającym etykietę – co oczywiście miało jedynie maskować przed innymi jego krwiożerczą naturę.

Lugosi był amerykańskim aktorem pochodzącym w Węgier, weteranem I wojny światowej zaangażowanym w powstawanie związków zawodowych aktorów. Rola hrabiego Drakuli miała ogromny wpływ na przebieg jego filmowej kariery.

To on wypowiedział przed kamerą słynny tekst: "Posłuchaj ich, dzieci nocy, jaką muzykę one tworzą". Tymi słowami opisywał w filmie wycie wilków.

Lugosi jeszcze wielokrotnie powracał do roli Drakuli, by z czasem rozsmakować się też w graniu innych potworów studia Universal Pictures (np. wcielił się też w postać potwora Frankensteina). Jego miejsce zastąpił wtedy amerykański aktor irlandzkiego pochodzenia John Carradine, a widzowie po raz pierwszy mogli zobaczyć hrabiego Drakulę z wąsikiem i w cylindrze.

Warto wspomnieć, że to właśnie w latach 40. ubiegłego wieku powstało pierwsze kinowe uniwersum, gdzie na jednym ekranie można było zobaczyć np. Drakulę, Wilkołaka czy potwora Frankensteina.

Równie ważnym aktorem, który już zawsze będzie kojarzony z Drakulą, był Christopher Lee, który w latach 1958-1973 wystąpił w ośmiu filmach brytyjskiej wytwórni Hammer Film Productions.

Jego wersja Drakuli niejako kontynuowała dzieło Lugosiego, jednak – według mnie – dało się niej wyczuć dodatkową szczyptę charakterystycznego angielskiego chłodu. Doskonale.

O licznych zasługach Christophera Lee (nie tylko dla świata filmu) powinien powstać oddzielny tekst. Teraz jednak warto wspomnieć, że to dzięki niemu widzowie mogli zobaczyć słynnego Drakulę w (ówczesnej) współczesności – mowa o produkcji "Dracula A.D. 1972.".

Co ciekawe, w tym samym roku w Stanach Zjednoczonych na fali popularności gatunku Blaxploitation powstał film pt. "Blacula".

Drakula ze złamanym sercem

"Drakula" Francisa Forda Coppoli z 1992 roku był pierwszym tak dobitnym przykładem, gdzie tytułowego antybohatera pokazano jako postać tragiczną. James V. Hart, scenarzysta filmu, decydując się na przybliżenie genezy wiecznego potępienia hrabiego Drakuli, który w jego odczuciu został zdradzony przez Boga i stracił miłość swojego życia, wywołał wśród widzów współczucie.

Nie udałoby się to, gdyby nie fantastyczna rola Gary'ego Oldmana w roli hrabiego.

Coppola był świeżo po ukończeniu prac nad trzecią częścią "Ojca chrzestnego", która zarobiła "zaledwie" 66 milionów dolarów – przy budżecie 54 milionów dolarów. Potrzebował hitu.

Tym hitem okazał się "Dracula". Film doceniono artystycznie – zdobył cztery Oscary, jak i finansowo – zarobił ponad 215 milionów dolarów na całym świecie przy budżecie 40 milionów.

Oczywiście podczas kręcenia filmu nie brakowało stresujących sytuacji oraz kłótni na planie, o czym świadczą nagrania dostępne w sieci.

Co jednak równie ważne, "Drakula" Coppoli pokazał innym twórcom filmowym bardziej "ludzką twarz" wampirów (patrz: Saga „Zmierzch"), jednocześnie pobudzając wyobraźnię, jak wyglądały same początki "syna diabła".

Drakula od ucha do ucha

Postać hrabiego Drakuli jest z nami już tak długo, że nie tylko zdołaliśmy się do niej przyzwyczaić, ale kwestią czasu było, gdy zaczniemy się z niej śmiać.

W pierwszej chwili na myśl przychodzi oczywiście parodia z 1995 roku "Dracula – wampiry bez zębów" w reżyserii Mela Brooksa z Lesliem Nielsenem w tytułowej roli.

Chociaż przedstawiona tu historia bezpośrednio nawiązywała do produkcji Coppoli, film nie przypadł do gustu krytykom – w chwili pisania tego tekstu ma on ocenę 11 proc. procent na Rotten Tomatoes – a Mel Brooks wycofał się potem z reżyserii.

Osobiście uwielbiam ten film.

W rzeczywistości Drakula był obiektem żartów już... w latach 40. ubiegłego wieku, gdy Universal Pictures próbowało nowych pomysłów na wykorzystanie swoich znanych marek. W ten sposób w 1948 roku powstał np. "Abbott and Costello Meet Frankenstein".

Jak się jednak okazało – nawet taki cios nie był w stanie zabić księcia nieumarłych.

Mamy 2023 rok i Drakula jednocześnie bawi – jak np. w filmie "Renfield" z Nicolasem Cagem w roli hrabiego – jak i straszy, o czym świadczy wspomniany na początku "Demeter: Przebudzenie zła".

Nic też nie wskazuje, żeby ta postać miała zniknąć, jako że już teraz w sieci można znaleźć informacje o tym, że Robert Eggers ("Latarnia", "Wiking") pracuje nad nową wersją filmu "Nosferatu".

Nie powinno jednak to też nikogo dziwić. Wszakże wampiry są nieśmiertelne.

Czytaj także: https://natemat.pl/502433,opowiesci-z-krypty-bawily-i-przerazaly-grala-tam-smietanka-hollywood