Kanibalizm jako metafora miłości? Brzmi absurdalnie, ale kultura od dawna nam to serwuje

Zuzanna Tomaszewicz
06 września 2023, 14:29 • 1 minuta czytania
O miłości opowiadano już na tysiąc różnych sposobów, niemniej nic w ostatnim czasie nie wzbudza takiej sensacji wymieszanej z ekscytacją jak dzieła kultury, które najsilniejsze ze wszystkich uczuć łączą z tematem kanibalizmu. Symboliczny akt jedzenia ludzi w kinie, muzyce i literaturze jest przez część entuzjastów przyrównywany do aktu wiary. Brzmi makabrycznie, lecz taka forma przewijała się już w średniowiecznych poematach rycerskich.
Dziewczyny z TikToka zachwycają się dziełami, które przedstawiają kanibalizm jako metaforę miłości. Fot. kadr z "Yellowjackets", "Do ostatniej kości" i "Hannibal"

Kanibalizm jako metafora miłości. Zakochani ludożercy i zachwyty na TikToku

"Jeśli w romansie nie ma motywu kanibalizmu jako metafory miłości, to jej nie czytam"; "Alegoria kanibalizmu i prawdziwej miłości za każdym razem doprowadza mnie do łez"; "Czemu miłosne perypetie kanibali tak mnie wzruszają? I czemu tak pięknie obrazują, jak to jest być zakochanym?" – takie pytania i deklaracje przewijają się w filmikach publikowanych w ostatnich miesiącach na TikToku. Pewnie na wieść o tym część internautów przetarła oczy ze zdumienia, ale taka koncepcja nie jest bynajmniej współczesnym wymysłem.


Kanibalizm to stały element kultury, który przeważnie manifestuje się w skrajnych formach, co jest zresztą zrozumiałe, zważywszy, że w cywilizowanym społeczeństwie jawi się on jako profanacja idei człowieczeństwa. W prawdziwym życiu nadal praktykuje się go m.in. w plemionach izolowanych takich jak papuaski lud Korowai z indonezyjskiej części Nowej Gwinei lub Sentinelczycy.

Oczywiście w tych częściach świata, które poszły drogą postępu, też natkniemy się na przykłady pojedynczych kanibali, jednak podlegają oni surowej ocenie moralnej i - w większości przypadków - także sądowej.

Ludzi fascynuje to, co słusznie wzgardzone, prowokacyjne i nieetyczne (przynajmniej w teorii, nie w praktyce). Motyw kanibalizmu, poniekąd podobnie jak fenomen true crime, przyjmuje kształt robaczywego zakazanego owocu, którego nikt nie chce zjeść, ale któremu każdy chce się przyjrzeć z bliska. Tradycyjne piękno podziwiamy dla estetyki, zaś ludożerstwo dla jego potworności.

Utarło się, że sztuka sięga tam, gdzie inni boją się sięgnąć. Jej twórcy teoretyzują, kreślą fikcyjne fabuły - niezależnie czy na płótnie, papierze lub taśmie filmowej - i wykorzystują dany im na wyłączność parasol bezpieczeństwa w postaci narzędzia, jakim jest wyobraźnia, by tym samym zgłębiać kulturowe tabu i od czasu do czasu nawet je poszerzać.

Artystyczne podejście do kanibalizmu dzieli się na kilka szkół - jedna z nich patrzy na praktykę zjadania osobników własnego gatunku z perspektywy psychologicznej, rozkładając ją na czynniki pierwsze i szukając źródła owego "zainteresowania" m.in. w traumach z dzieciństwa; druga natomiast skupia się na intensywnych emocjach, jakie kłębią się wokół ludożerstwa, i stawia obok nich miłość oraz seks, potrzeby równie silne co głód (będące synonimem przyjemności i cierpienia).

Niedawno pierwszy z wymienionych sposobów mieliśmy okazję zobaczyć w serialu "Dahmer - Potwór" Ryana Murphy'ego ("American Horror Story"). Problem z bezapelacyjnym hitem Netfliksa był taki, że jego scenariusz inspirował się faktami, a nimi - jak kolcami róży - łatwo da się zranić. Pod adresem twórców padły zarzuty o usprawiedliwianie bestialstw seryjnego mordercy i zignorowanie punktu widzenia ofiar, a także ich bliskich. Do tego dołączyła szopka z seksualizowaniem i wybielaniem "potwora z Milwakee" przez napalonych internautów.

Kanibalizm a komunia - co je łączy?

Fikcja bawiąca się kanibalizmem jako metaforą miłości nie gorszy aż tak (choć wciąż to robi) jak fabularyzowane tytuły oparte na prawdziwych wydarzeniach. By lepiej zrozumieć, skąd w ogóle wziął się pomysł łączenia makabry z uczuciem, które czyni z nas ludzi, najpierw warto sięgnąć po fragmenty lektury profesor anglistyki Maggie Kilgour.

W eseju "From Communion to Cannibalism: An Anatomy of Metaphors of Incorporation" z 1990 roku wykłada koncepcję, która traktuje kanibalizm jako symboliczny gest w relacjach. Pada tam nawet zwrot łączący krwawą praktykę z komunią, która w formie sakramentu ma pogłębiać wiarę osoby jej przyjmującej.

"Dlatego też dla Jacquesa Derridy (red. - francuskiego filozofa skupiającego się w swoich pracach m.in. nad dwuznacznością metafor) opisy samych metafor opierają się także na schemacie upadku i powrotu, który najpierw oznacza zatarcie się pierwotnie właściwego znaczenia, a następnie jego ponowne zawłaszczenie i przywrócenie tożsamości" – czytamy u Kilgour.

Skoro przy Derridzie jesteśmy, główne założenie wymyślonej przez niego teorii dekonstrukcji brzmi (w uproszczeniu) następująco: znaczenie dzieła jest niestabilne i może mieć wiele alternatywnych znaczeń. Dlatego też kanibalizm przyjmuje w sztuce barwę zarówno krwistej (lecz powiązanej z jego oczywistym rozumieniem) czerwieni, jak i czerwieni tych wszystkich walentynkowych karteczek, które ludzie rok w rok wręczają sobie wzajemnie jako dowód miłości.

Motyw "zjedzonego serca"

Kanibalizm wiązano z namiętnością, pożądaniem, zdradą i zwrotem "kocham cię" już w średniowiecznych poematach rycerskich. W jednej z pierwszych wersji opowieści o Tristanie i Izoldzie główna bohaterka zostaje zmuszona przez zazdrosnego męża do zjedzenia serca swojego kochanka. Krytyk literatury francuskiej Simon Gaunt z Uniwersytetu Oksfordzkiego po analizie dworskich romansów stwierdził, że tytułowe postaci kochały siebie na tyle, że potrafiły i oddać siebie w ofierze, i zostać pożarte.

Nadmieńmy, że motyw "zjedzonego serca" (ang. eaten heart) widoczny był także w klechdach Inuitów. Zachodziła tam podobna reakcja łańcuchowa - złamanie przysięgi wierności, wymierzenie kary i podanie "na talerzu" ugotowanych narządów obiektu westchnień cudzołożnicy. Z biegiem lat czytelnicy i słuchacze ludowych podań stawali się coraz wyrozumialsi dla niewiernych protagonistów, chwaląc ich za poświęcenie się miłości.

Od wampirów, przez Hannibala po młodych zbuntowanych kanibali

Wampiry są niejako produktem poprzedzającym fascynację fikcyjnym ludożerstwem. Jego bardziej powściągliwą i przystępniejszą wersją. W "Drakuli" Brama Stokera z XIX wieku, a nawet we współczesnym "Zmierzchu" sam akt picia krwi emanuje erotyzmem i co za tym idzie miłosną aurą. Krwiopijca w związku symbolizuje drapieżnika, zaś miłość jego życia - ofiarę. Taki podział niekoniecznie musi być interpretowany przez pryzmat zwierzęcej analogii, a raczej jako akt oddania się w całości drugiej osobie.

– Powiedziałbym, że kanibalizm jest podniecający w podobny sposób jak wampiryzm – chociaż ten pierwszy jest jeszcze bardziej ekstremalny – tłumaczył w rozmowie z "The Hollywood Reporter" specjalista od kanibalizmu profesor Bill Schutt. – I znowu, te tematy dają taki efekt tylko wtedy, gdy można im się przyglądać przez filtr fikcji – dodał.

Od około dekady romantyczne wampiry, które pozostawiały po sobie zaledwie ślady kłów na szyi, są wypierane przez swoich niechlujnych, aczkolwiek tak samo łasych na żelazo konkurentów. Literaccy, telewizyjni czy filmowi kanibale (oczywiście mowa tu o przykładach, które faktycznie łączą się z miłosnymi motywami) nie boją się ubrudzić sobie rąk. W przeciwieństwie do czułych na słońce potworów są w stanie zrobić znacznie więcej dla miłości.

Zdaniem wielu telewidzów Hannibal Lecter grany przez Madsa Mikkelsena nie przyrządzałby tak wystawnych potraw, gdyby nie odnosił się z szacunkiem i czułością do mięsa swych ofiar. Jego miłość jest przemocowa, a apetyt na ludzi kontrolowany przez zamknięte, konsumpcyjne amerykańskie społeczeństwo pełne pozorów. Gdyby jego rzeczywistość została odarta ze sztucznej otoczki i zamieniona w dzicz, zapewne upodobniłby się do porzuconych gdzieś w Appalachach licealistek z "Yellowjackets".

W "Yellowjackets" kanibalizm, do którego dochodzi w drugim sezonie, też ubrano w metaforę miłości, tyle że niepodlegającą żadnej kontroli. Pierwsza na stole ląduje Jackie, a posiłek rozpoczyna się z chwilą, gdy do ciała dziewczyny podchodzi jej najlepsza przyjaciółka, Shauna. W żałobie zaczyna doświadczać halucynacji, w których wyznaje duchowi zmarłej koleżanki, że czuje się winna jej śmierci (tym bardziej że tuż przed katastrofą Jackie dowiedziała się o zdradzie swojego chłopaka z Shauną).

– Kiedy zobaczyliśmy, że możemy opowiedzieć tę historię przez pryzmat ich relacji i naprawdę sprawić, że będzie to historia pełna emocji, zaczęło do nas docierać, że powinniśmy rozpocząć kolejny finał od tej sceny (red. - zjedzenia Jackie). Na kanibalizm trzeba sobie zasłużyć – powiedziała w wywiadzie z IndieWire showrunnerka Ashley Lyle.

W drugiej odsłonie mamy także sekwencję zjadania zwłok Javie'ego. Travis czyni honory i otwiera ucztę, czule i niemalże z troską gryząc serce młodszego brata. Ten moment śmiało można zinterpretować jako pożegnanie i znak pamięci o kimś bliskim nawet po jego śmierci. Krwawe widowisko przeplata się w "Yellowjackets" z oszczędną, acz wiarygodną grą aktorską, kadrami skupionymi na prawie nieuchwytnych detalach w postaci drżącej powieki i nostalgiczną muzyką, która igra z uczuciami publiczności tęskniącej za latami 90.

W 2022 roku reżyser "Do ostatniej kości" Luca Guadagninio ("Tamte dni, tamte noce" i "Suspiria") zekranizował powieść Camille DeAngelis o młodej dziewczynie imieniem Maren, która dopiero odkrywa swoje kanibalistyczne potrzeby. Przez pewien czas włóczy się samotnie po bezdrożach Stanów Zjednoczonych, aż w końcu poznaje chłopaka, który także gustuje w ludzkim mięsie.

Antropofagia w filmie z Timothéem Chalametem symbolizuje wspólną traumę, która zbliża do siebie dwójkę zagubionych nastolatków. Guadagnino nie chciał iść co prawda książkowych tropem "kanibalizm = miłość". Być może decyzja podyktowana była tym, że wyrządzanie krzywdy jest nierozerwalną częścią ludożerstwa.

– Rozumiem pomysł Camille DeAngelis, że Maren nie będzie w stanie kogoś kochać bez czającej się na horyzoncie destrukcji. Mnie, jako reżysera, bardziej interesował sposób manifestowania się miłości poza ich naturą – mówił włoski filmowiec w wywiadzie z Mashable. Wspomnijmy, że na ekranie romans Maren i Lee rozpoczyna się stosunkowo szybko, natomiast w książce do ich jedynego kontaktu fizycznego dochodzi w scenie finałowej, w której chłopak zostaje zjedzony przez dziewczynę.

Piosenka o miłości i byciu zjedzoną przez ukochanego

Na prozie oraz hollywoodzkich i telewizyjnych produkcjach jednak nie koniec. W muzyce, jeśli tylko się dobrze wsłuchamy, też znajdziemy motywy kanibali. W swoim debiutanckim albumie studyjnym "Preacher's Daughter" transwokalistka Ethel Cain prowadzi linearną narrację w klimacie southern gothiku, kreśląc losy ofiary religijnej traumy, która zostaje złożona w rytuale i zjedzona przez ukochanego.

Artystka wyjaśniła portalowi Vice, że kiedy nie wiedziała jeszcze, czym jest seks, wyobrażała sobie, że kogoś pożera. – Czułam, że muszę pochłaniać ludzi, żeby ich pokochać. (...) Uważam, że kanibalizm sam w sobie jest szalony i nie jest niczym nowym, ale myślę, że istnieje pewne podobieństwo między kanibalizmem a brakiem możliwości zbliżenia się do kogoś, kogo kochasz – zauważyła.

I tried to be good, am I no good? Am I no good? Am I no good? With my memory restricted to a Polaroid in evidence I just wanted to be yours, can I be yours? Can I be yours? Just tell me I'm yours If I'm turning in your stomach and I'm making you feel sickEthel Cainfragment piosenki "Strangers"

Kontrast między tym, co paskudne i wizualne, a tym, co piękne i niewidoczne gołym okiem, doprowadza młode internautki do istnego szału. Wszystko wskazuje na to, że kanibalistyczny trend zadomowi się u nas na dłużej, tym bardziej że "Yellowjackets", "Do ostatniej kości" i twórczość Ethel Cain spotkały się z naprawdę pozytywnym odbiorem wśród krytyków i publiczności. Oby nie zabrnęło to w kierunku kolejnego "Dahmera".

Inne dzieła kultury, które pokazują kanibalizm jako symbol miłości

Czytaj także: https://natemat.pl/452164,dahmer-kino-kanibalistyczne