
To było bardzo emocjonujące wystąpienie minister Anny Zalewskiej. Niewielka jego część, zaledwie trzy zdania, zostały poświęcone pewnej szkole w powiecie piaseczyńskim, w której uczy się dużo dzieci cudzoziemskich. A że minister z Chińczyków zrobiła Koreańczyków? Pomyliła nazwę miejscowości? Nic to, najważniejsze, że widać było jej oburzenie, a szkoła stała się przykładem nieudolności państwa. Bo Chińczyków i Wietnamczyków faktycznie jest tu tylu, że szkoła zaczyna mieć problem.
I proszę Państwa, codzienność. Mroki. Jest taka szkoła w powiecie piaseczyńskim, gdzie okazało się, proszę państwa, że 13 procent dzieci, to obcokrajowcy. Koreańczycy i Wietnamczycy. I te dzieci, pierwszego dnia idąc do szkoły, musiały uczyć się w języku polskim przyrody, geografii, fizyki, matematyki. Pamiętacie państwo deklaracje pani premier, że nie 7, a 11 tysięcy imigrantów możemy przyjąć, ale dla tych imigrantów, którzy w polskim systemie funkcjonują, nie było właściwych rozwiązań.
A problem naprawdę jest. I może być coraz większy. Jeszcze w 2009 roku Chińczycy i Wietnamczycy stanowili 1 procent wszystkich uczniów szkoły w Mrokowie, rok temu 10, a dziś już 13 procent. To ponad 80 uczniów. Trudnością jest nauka polskiego, a co za tym idzie – nauka w ogóle. Bo wiele z tych dzieci nie potrafi posługiwać się językiem polskim nawet na poziomie komunikacji.
Dzieci cudzoziemskie od samego początku uczą się po polsku. Uczą się biologii, historii, geografii. Wszystko w języku, którego często kompletnie nie rozumieją. Efekt? Ostatnio rozmawiałam z rodzicem jednego ucznia, który po raz trzeci będzie powtarzał rok. To znaczy, że odkąd przyjechał do Polski, cały czas jest w III klasie gimnazjum. Czytaj więcej
Na początku nie umiałam nawet trafić do toalety, bo nie wiedziałam, że okrąg na drzwiach oznacza toaletę dla dziewcząt, a trójkąt dla chłopców. Nie wiedziałam, w której sali mam lekcje, ani że na WF muszę nosić ubranie i buty na zmianę. Czytaj więcej
O szkołach publicznych można powiedzieć wiele złego i do każdej można przyczepić jakąś łatkę, ale każdy rodzic wie, że tak naprawdę wszystko zależy od dyrekcji. Jeśli dyrekcja działa prężnie i z głową, szkoła działa świetnie. A szkoła w Mrokowie dwoi się i troi, by pomóc tym dzieciom.
Widać, że coś się tu dzieje. Że nikt nie rozkłada bezradnie rąk, tylko działa. Projekty unijne, organizacje pozarządowe, sama gmina – jest wielkie zaangażowanie, by tym dzieciom pomóc. Ale to ciągle za mało.
Lesznowola należy do najbogatszych gmin w Polsce, więc pewnie niejeden powie, że ją na to stać. Ale Chińczyków i Wietnamczyków tylko przybywa. Jedna z pracownic urzędu gminy zastanawia się, czy dzieci w ogóle nie jest już więcej niż 13 procent.
– A Koreańczycy?
– Ich u nas nie ma – mówi.
Dzieci uczą się tylko po polsku, to fakt. Takie są przepisy. – Pierwszego dnia, gdy dzieci przyjeżdżają do Polski, są objęte obowiązkiem szkolnym. Muszą uczestniczyć we wszystkich lekcjach i na razie nie ma żadnych rozwiązań, które dawałyby im prawo do tego, by np. przez rok uczyły się tylko języka. Dlatego szkoły radzą sobie w swoim zakresie – mówi Aleksandra Ośko.
napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
