Tak widzę pojednanie Dudy i Wałęsy. Dobrze wiemy, że to katolicyzm na pokaz, jutro wrócą do wojny

Pojednanie Lecha Wałęsy z Andrzejem Dudą to katolicyzm na pokaz.
Pojednanie Lecha Wałęsy z Andrzejem Dudą to katolicyzm na pokaz. Fotomontaż / Zdjęcie z twitter.com/prezydentpl
Andrzej Duda podszedł do Lecha Wałęsy podczas mszy dziękczynnej w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych i podał mu rękę. No i świetnie. Ale nie miejmy złudzeń – to katolicyzm na pokaz. Nie pójdzie za tym żadne pojednanie, żadna próba zbudowania szacunku dla drugiej strony. Co więcej, za chwilę zarówno jeden, jak i drugi wrócą do tradycyjnego okładania się maczugami.


Lech Wałęsa nad językiem nie panował nigdy, Andrzej Duda z kolei próbuje udowodnić Prezesowi i wyborcom PiS, że jest ich prezydentem. Dlatego z obu stron padały ostre słowa, często nieuprawnione i bolesne.

Drobny gest
Dlatego wielu odczytało środowy gest jako możliwość pojednania. Andrzej Duda podszedł do swojego poprzednika i przywitał się z nim. To w sumie niewiele. Dlatego zachwyt nad tym drobnym gestem wiele mówi o dramatycznym stanie naszego życia publicznego. I o tym, jak bardzo potrzebna jest jego naprawa.

Ale jej nie będzie. I nie zmieni tego ani podanie ręki, ani wcześniejsze przemówienie Dudy, który docenił historyczne zasługi Wałęsy. Dlaczego nie będzie żadnego wielkiego pojednania? Bo to katolicyzm na pokaz. Wątpię, by poziom nienawiści i zaciekłości po obu stronach spadł chociaż o milimetr.


Polityka vs katolicyzm
Wszak kilka dni wcześniej Duda pisał na nowo historię. Robią to też jego koledzy z obozu Dobrej Zmiany, jak chociażby Mariusz Błaszczak. Związane z PiS (nie tylko ideologicznie, ale i finansowo) media krzyczą z okładki, że wczoraj mieliśmy pierwszą rocznicę Porozumień Sierpniowych w wolnej Polsce. Tak, jakby poprzednie ćwierć wieku to była okupacja.


Polityka wygrywa dzisiaj z katolicyzmem w każdej sytuacji. Najdobitniej widać to było podczas niedzielnego pogrzebu "Inki" i "Zagończyka". Uczestnicy mszy byli w stanie między jednym "amen" a drugim wykrzykiwać pod adresem innego uczestnika "Zdrajca" czy "Raz sierpem raz młotem...".


Wiedzą lepiej
Kiedy duchowny zwraca im uwagę, że takie zachowanie nie przystoi, spada na niego stek wyzwisk. Co więcej, to samo spotyka papieża, jeśli ten nie wpisze się w światopogląd którejś ze stron politycznej naparzanki. A o ile nie ma dogmatu o nieomylności księdza, to o nieomylności papieża już jest.

Przykład dla szeregowych wiernych idzie z góry, bo politycy, którzy deklarują się jako katolicy, prezentują skrajnie niekatolicką postawę. Z jednej strony pojawiają się na państwowych mszach i mienią się obrońcami "chrześcijańskiej cywilizacji", z drugiej patrzą tylko, jak tu przywalić (choć na klawiaturę ciśnie się ostrzejsze określenie) przeciwnikowi politycznego.

Wykończyć wroga
A właściwie wrogowi, bo przeciwników próbuje się pokonać, a wrogów się niszczy. Dzisiaj obie strony sporu są napędzane przede wszystkim złymi emocjami. Nie chęcią naprawienia czegoś, nie próbą zmiany na lepsze. Chodzi o to, by jak najbardziej wgnieść przeciwnika w ziemię. To napędza obie strony.

I podoba się gawiedzi, a co za tym idzie mediom. Nie ma co liczyć, że nagle dziennikarze zaczną podstawiać mikrofony tylko wyważonym politykom, a osobnicy zajmujący się pluciem jadem nie będą wpuszczani na ekrany. To się nie stanie.

Jarosław Kaczyński w niedawno wydanej autobiografii przytacza opowieść z czasów ich pracy dla Lecha Wałęsy w Kancelarii Prezydenta. Lech Kaczyński miał wtedy pełen oburzenia spytać Mieczysława Wachowskiego "jak taki sukinsyn jak ty może przystępować do komunii?". Przyboczny Wałęsy miał odpowiedzieć: "No co ty, to służbowo". I od tego czasu niewiele się zmieniło – w polskiej polityce katolicyzm to głównie sprawa służbowa.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl