
Prawo i Sprawiedliwość dzięki swojej wszechwładzy może zagarniać dla siebie kolejne obszary państwa i podejmować nawet najbardziej kontrowersyjne decyzje bez większych problemów. Jednak po co to wszystko robi? Dlaczego zdaje się nie obawiać o konsekwencje? To otwarte pytania, które sprawiają, że wielu Polaków z niepokojem patrzy w przyszłość. Czego najbardziej się obawiają?
REKLAMA
Wybory to już były...
To chyba najczęstszy strach, który stoi z tyłu głowy ludzi przeciwnych "dobrej zmianie". I nie tylko ich, bo i mniej radykalni sympatycy prawicy zastanawiają się coraz głośniej, po co Prawo i Sprawiedliwości robi to wszystko, co robi i jak zamierza wyjść z tego z twarzą. Przelewy na 500 zł docierają co miesiąc tylko do relatywnie małej grupy Polaków. Nie wszystkich uda się przecież kupić tym, czy innymi programami socjalnymi. Poza tym, z czasem przestaną robić takie wrażenie na beneficjentach.
I wtedy przyjdzie zapłacić za podpalanie wojny polsko-polskiej atakami na sądownictwo, inwigilacją w sieci, upartyjnieniem mediów, straszeniem prywatną armią Antoniego Macierewicza, czy odebranie kobietom podstawowych praw. No i za bezprecedensowe rozdawnictwo państwowych stołków wśród przyjaciół i finansowanie ich z pieniędzy podatników.
To prawda, że PiS ma twardy elektorat, którego do Jarosława Kaczyńskiego i spółki nic nie zrazi, ale to co najwyżej 20 proc. społeczeństwa. Stanowczo za mało, by wygrywać wybory po latach kolejnych niezwykle kontrowersyjnych działań. Co więc zostaje?
Węgierski przepis na nowoczesny autorytaryzm, który Jarosław Kaczyński dostał od Viktora Orbana każe w kolejnym etapie przejmowania państwa zmienić przepisy wyborcze tak, by skrajnie utrudnić przegraną partii rządzącej. Jednak w Polsce przeprowadzenie koniecznych do tego zmian nie jest jednak tak łatwe. Kto chciałby zabetonować się przy władzy, ten musiałby posunąć się do fałszerstw lub rozwiązań siłowych.
Bez obaw o ziszczenie się któregoś z tych trzech czarnych scenariuszy Polacy mogą patrzeć w przyszłość tylko z nadzieją, że ludziom PiS wystarczy "nachapanie się" i zabawa władzą przez cztery lata, a potem zgodzą się powrót do opozycji. Tylko, że mało kto ma ludzi "dobrej zmiany" za takich głupców...
Wpychamy się w ramiona Putina
W czasach, gdy układ sił w Europie zaczyna się zmieniać, nawet kilka lat wystarczy, by diametralnie zmienić geopolityczne położenie naszego państwa. Dziś to wschodnie rubieże Europy Zachodniej, ale na prawicy są dwie bardzo silne grupy, którym to się nie podoba.
Pierwsza to ci, którzy mają dość Zachodu. Z jego zafiksowaniem na prawa człowieka, poprawnością polityczną i tolerancją. Należą do niej politycy najwyższej rangi, którzy swoje antyzachodnie nastawienie pokazują na każdym kroku. Marzą o nowym sojuszu państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym, ale chętnych (poza Węgrami) do pomocy przy jego budowie brakuje. Tymczasem w tej części świata, w której leży Polska, dla osłabienia więzi z Waszyngtonem, Berlinem i Paryżem nie ma innej alternatywy niż podporządkowanie się Moskwie.
Drudzy, to tymczasem ludzie otwarcie fascynujący się Rosją. Wbrew pozorom, tych po prawej stronie sceny politycznej też jest bardzo wielu. Możne nie tyle w samym PiS, ale partia dąży do konsolidowania jak największych sił i uwodzi też skrajne środowiska. Takie, jak choćby przeżywający renesans ONR, który utrzymuje bliskie kontakty z nacjonalistami rosyjskimi.
Będzie grecka tragedia
Sami członkowie rządu przyznają, że w budżecie państwa tak naprawdę nie ma pieniędzy nawet na wypłaty świadczeń z programu Rodzina 500+, ale jednocześnie zapowiadają już kolejne kuszące obywateli pomysły. "500 zł na karabin", czy tanie mieszkania to tylko mały wycinek z tego, co powinno głęboko drenować budżet w kolejnych latach. A raczej gigantycznie zwiększać dług publiczny, który już po niespełna roku rządów PiS osiągnął rekordowy poziom.
A do tego wszystkiego dochodzi obawa o funkcjonowanie państwowych spółek. Wielu może nie przeszkadzać, że od teraz w sektorze energetycznym zarządzają pielęgniarki i szoferzy, a do zbrojeniówki można trafić wprost z aptecznego magazynu. Można uważać, że znajomi ludzi obecnej władzy zasłużyli sobie na dobrze płatne stanowiska. Nie oszukujmy się jednak, że wszyscy oni sprawdzą się w pracy, do której nie mają kwalifikacji. Nowego fachu mogą uczyć się na błędach, a te błędy będą bardzo kosztowne dla wszystkich obywateli, gdy kluczowe spółki popadną w problemy.
Tymczasem, jak kończy się życie wbrew regułom rynku i matematyki widzieliśmy całkiem niedawno na przykładzie Grecji. Upadłe banki, ludzie tracący oszczędności, fala bankructw od wielkiego biznesu po małe sklepiki. To był nie tylko skutek globalnego kryzysu gospodarczego. To był efekt życia na bogato, w niezbyt bogatym państwie. Upadek domku z kart, do którego w końcu doszłoby i bez tak spektakularnych wydarzeń, jak kryzys.
Ktoś może uspokajać, że na horyzoncie (przynajmniej na pierwszy rzut oka) nie ma żadnego kryzysu, a greckie bankructwo pokazało, że wcale nie kończy się to zniknięciem z mapy, ani z zepchnięciem na margines. Tyle, że w przypadku problemów sytuacja Polski będzie diametralnie inna. Dla Polaków silniejsze zawirowania w świecie finansów mogą być o wiele bardziej bolesne niż dla Greków, których za wszelką cenę ratowano, by nie pociągnęli ze sobą całej strefy euro. Polacy z nic niewartymi złotówkami już nikogo nie będą obchodzić.
Strach przed państwem policyjnym
Policja i wojsko są od lat na samym szczycie w rankingach zaufania społecznego. Może i Polacy lubią ponarzekać na drogówkę i ponabijać się z "trepów", ale żołnierze i funkcjonariusze przez ostatnie ćwierć wieku zapracowali na ich zaufanie i szacunek. A po tym, jak wykorzystywali ich PZPR-owscy aparatczycy, łatwo o to nie było.
Tymczasem zachodzące od niespełna roku zmiany w ustawodawstwie związanym z funkcjonowaniem policji, wojska i służb specjalnych mogą rodzić obawy, że zostaną one zwrócone przeciwko zwykłym Polakom. Pogłębienie inwigilacji - w tym w szczególności - tej prowadzonej w cyberprzestrzeni, otwarcie furtki do ograniczenia wolności zgromadzeń i traktowania osób o poglądach odmiennych od rządu jak terrorystów, stworzenie podległych partii rządzącej oddziałów i dążenie do przejęcia kontroli nad sądownictwem naprawdę może budzić obawy.
A do tego dochodzą przecież jeszcze zmiany w prawie, które sprawią, że łatwiej będzie zaangażować mundurowych do wychowywania Polaków strachem. Nowa ustawa antyaborcyjna, która może sprawić, że policja będzie pukała nawet do drzwi kobiet, które poroniły to tylko jeden z elementów. Za nim idą przecież nowe projekty, po wprowadzeniu których spore kłopoty narobimy sobie przez środki antykoncepcyjne, uprawianie seksu pozamałżeńskiego, a nawet odmawiając przyjęcia mandatu, czy nie dość szybko zatrzymując się do kontroli.
Oczywiście wymienione tu "strachy przed PiS" mogą dla niektórych brzmieć kuriozalnie. Oby z czasem okazały się bezpodstawne. Pamiętajmy jednak, że wszystko to, co wzbudza te obawy dzieje się właśnie na naszych oczach. Polska rzeczywistość 2016 roku jest taka, że trudno spokojnie patrzeć w przyszłość.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
