
Gdyby głośno nie wyrazili swojego sprzeciwu, dziś nikt by o nich nie mówił, a tak Legionowo jest na ustach wszystkich. Wystarczyło tylko zorganizować referendum i czarno na białym pokazać to, o czym oburzeni mieszkańcy mówią nie od dziś, po cichu, w domach. Że nie ma ich zgody na to, by ktoś podejmował decyzje wbrew ich woli i bez żadnych konsultacji z nimi. Proste. A gdyby ich śladem poszły inne gminy? Gdyby zasypać rząd wnioskami o referenda w innych sprawach? Wtedy wyszłoby, czy naprawdę słucha suwerena.
REKLAMA
Nie mógłby już powtarzać, że słucha wszystkich Polaków, skoro nie słucha. Choć mocno obiecywał to w kampanii i prezydenckiej, i parlamentarnej, i potem, gdy już wygrał wybory. Ciągle wtedy słyszeliśmy. "Pokora, praca, umiar, roztropność w działaniu i odpowiedzialność. A przede wszystkim słuchanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować. Koniec z arogancją władzy i koniec z pychą" – mówiła w exposé premier Beata Szydło.
Nic z tego nie zostało, wielu Polaków to powie. Politycy PiS na siłę chcą powiększać Warszawę, rozwalają edukację, próbują zakazać handlu w niedzielę, ograniczyć samorządowców, zniszczyć Trybunał Konstytucyjny i nie tylko. I choć mnóstwo Polaków to widzi i narzeka, nic się nie dzieje. Nikt nie słucha ich głosu. Jak powiększono Opole? Nie pomogła nawet głodówka mieszkańców, nikt całymi tygodniami nie chciał z nimi rozmawiać. PiS za nich zdecydował. W przypadku powiększenia Warszawy też nie było żadnych konsultacji.
Może głos referendów okazałby się dla rządu silniejszy?
Rząd musiałby jakoś zareagować
– W Legionowie widać było wielką mobilizację. A najciężej jest podważyć właśnie wynik referendum. To bardzo konkretne zabranie głosu. Bardziej masowo takich opinii nie da się zebrać. Gdyby tych referendów było więcej, i gdyby wynik się powtarzał, to trudno byłoby założyć, że mieszkańcy masowo zostali zmanipulowani. Wtedy rząd musiałby się do tego ustosunkować – mówi naTemat Ewa Stokłuska z fundacji Stocznia, która zajmuje się m.in. społeczeństwem obywatelskim.
– W Legionowie widać było wielką mobilizację. A najciężej jest podważyć właśnie wynik referendum. To bardzo konkretne zabranie głosu. Bardziej masowo takich opinii nie da się zebrać. Gdyby tych referendów było więcej, i gdyby wynik się powtarzał, to trudno byłoby założyć, że mieszkańcy masowo zostali zmanipulowani. Wtedy rząd musiałby się do tego ustosunkować – mówi naTemat Ewa Stokłuska z fundacji Stocznia, która zajmuje się m.in. społeczeństwem obywatelskim.
W ostatnich dniach, faktycznie, słyszeliśmy, że głosy mogły być zmanipulowane, a samo referendum było nieporozumieniem. Widać, jak w PiS je podważano. – Oczywiście, jak władza się uprze, zupełnie może się tym nie przejmować i zaraz usłyszymy argumenty o manipulacji. Ale każda taka inicjatywa zmusza władze do jakiejś reakcji. Na pewno jest to lepsze niż gdyby nie działo się nic. Gdybyśmy zakładali „no trudno, może za trzy lata tej władzy już nie będzie” – mówi Ewa Stokłuska.
Pół miliona podpisów
Szkoły? Tu mamy namacalny przykład, jak rodzice i nauczyciele się organizują. Niestety, dużo za późno. – Nie znam rodzica, nauczyciela, ani dziecka, które popierałoby szalone pomysły minister Zalewskiej. Dlaczego to się dzieje? Dlaczego pozwalamy, by niszczyła coś na co nie ma naszej zgody? – to głos nie jednego rodzica. To głosy bardzo wielu rodziców, które bardzo wielu z nas słyszy codziennie. Co powiedzieliby w referendum? Można zgadywać w ciemno.
Szkoły? Tu mamy namacalny przykład, jak rodzice i nauczyciele się organizują. Niestety, dużo za późno. – Nie znam rodzica, nauczyciela, ani dziecka, które popierałoby szalone pomysły minister Zalewskiej. Dlaczego to się dzieje? Dlaczego pozwalamy, by niszczyła coś na co nie ma naszej zgody? – to głos nie jednego rodzica. To głosy bardzo wielu rodziców, które bardzo wielu z nas słyszy codziennie. Co powiedzieliby w referendum? Można zgadywać w ciemno.
Już pół miliona rodziców i nauczycieli podpisało się pod wnioskiem o referendum. Pytanie tylko, co zrobi z nimi minister Zalewska? Już PiS zapowiedział, że referendum nie będzie, w końcu o reformie zadecydował demokratycznie wybrany rząd. Zresztą, nie tylko w tym przypadku. Dopiero co minister Jarosław Gowin wystąpił przeciwko referendum w sprawie przyjęcia uchodźców – również "bo mamy demokratycznie wybrany rząd". A jak storpedowano próby przeprowadzenia referendum w Warszawie? Zablokował je wojewoda z PiS.
"Paradoksalnie zmobilizowało to obywateli"
W rządzie najwyraźniej obawiają się takich inicjatyw na większą skalę, a te, jak się okazuje – choć może nie są tak medialne, jak ta w Legionowie – zaczynają przybierać na sile. Mówi się, że również prezydent Legionowa zachęca innych samorządowców, by poszli śladem jego miasta.
W rządzie najwyraźniej obawiają się takich inicjatyw na większą skalę, a te, jak się okazuje – choć może nie są tak medialne, jak ta w Legionowie – zaczynają przybierać na sile. Mówi się, że również prezydent Legionowa zachęca innych samorządowców, by poszli śladem jego miasta.
– Paradoksalnie sytuacja nie jest dobra, jeśli chodzi o tworzenie standardów prawa i relacji z obywatelem, które są poniżej standardów. Ale paradoksalnie na różnych frontach zmobilizowało to obywateli. Widać, że w kontrze do tego, co dzieje się na poziomie centralnym w kraju, przybywa takich inicjatyw i jest ich więcej niż zwykle. W dużym natężeniu, w stosunkowo krótkim okresie czasu – mówi Stokłuska.
Podobnie zresztą dzieje się na Węgrzech. Tu również widać ostatnio, że Victor Orban ma swoje obawy. Węgierski premier marzył, na przykład, o tym, by w Budapeszcie odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Sprzeciw społeczeństwa był tak silny, że zaczęto zbierać podpisy pod referendum. W 10-milionowym kraju zebrano ich ponad 260 tysięcy. Co zrobił Orban? Zrezygnował z marzeń o olimpiadzie, Węgry wycofały kandydaturę stolicy.
Zresztą, fiaskiem zakończyło się z kolei jego referendum o przyjmowaniu uchodźców. Nie zdołał dostatecznie zmobilizować Węgrów. Frekwencja była tak niska, że głosowanie okazało się klapą.
Można chodzić na komisje sejmowe
W Polsce walka o edukację i przeciw ustawie antyaborcyjnej są najbardziej widoczne, ale są też inne inicjatywy.
W Polsce walka o edukację i przeciw ustawie antyaborcyjnej są najbardziej widoczne, ale są też inne inicjatywy.
Są też inne sposoby nacisku na władze i wyrażenia swojego głosu. Oprócz zalewu listów, maili, petycji do posłów i senatorów, przypominania się, naciskania... Kiedyś o tym się nie myślało, teraz ludzie zaczynają się tym interesować. – Można chodzić na komisje sejmowe, czy do rady gminy. Bezpośrednia obecność też jest bardzo ważna. To taki rodzaj fizycznej presji obecności mieszkańców. Nikt w 100 procentach nie powie, że to jest skuteczne, ale ważne jest, że ludzie tam są, patrzą na polityków, że im zależy. To jest kluczowe. Bez tego politycy mogą mieć poczucie, że mogą robić, co chcą – mówi Ewa Stokłuska.
By złożyć wniosek o referendum lokalne trzeba m.in. zebrać głosy 10 procent mieszkańców gminy, czy miejscowości. Przy ogólnopolskim – 500 tys. Choć oczywiście nie wszędzie mieszkańcy muszą zagłosować tak, jak w Legionowie, ale nawet nie o to chodzi. Niech przynajmniej pokażą w ten sposób, jak naprawdę myślą i czego chcą. A władza, że liczy się z ich zdaniem.
Napisz do autorki : katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
