"Ode mnie nic nie zależy". Posłowie tłumaczą nam, dlaczego nie głosowali za projektem liberalizującym przepisy aborcyjne

Głosowanie nad projektami aborcyjnymi po latach będzie jedną z najdziwniejszych historii dotyczących tej kadencji Sejmu.
Głosowanie nad projektami aborcyjnymi po latach będzie jedną z najdziwniejszych historii dotyczących tej kadencji Sejmu. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
To najgłośniejsza wiadomość czwartkowego poranka – opozycja sama się ograła i z powodu jej indolencji projekt ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne nie będzie dalej procedowany. Co szczególnie zaskakujące, w Sejmie była duża grupa posłów Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, którzy na czas głosowania po prostu… wyjęli swoje karty. Zapytaliśmy ich, dlaczego nie chcieli głosować.

W Sejmie tej kadencji widzieliśmy już wiele absurdów, ale ten jest szczególnie zaskakujący. W środowy wieczór posłowie zajmowali się bowiem dwoma projektami dotyczącymi aborcji – jeden przepisy łagodził, a drugi zaostrzał.

Ten zaostrzający trafił do dalszych prac w komisji, ale to żadne zaskoczenie. Natomiast to, co działo się z drugim projektem, to jakiś cyrk. Projekt został bowiem odrzucony, choć… prac nad nim chcieli politycy PiS. I to nie byle jacy: za skierowaniem do prac w komisji obywatelskiego projektu "Ratujmy kobiety" zagłosowali m.in. Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz (!), Krystyna Pawłowicz (!!) czy Dominik Tarczyński (!!!).

Owszem – w komisji projekt na pewno zostałby rozjechany. Ale Prawo i Sprawiedliwość miałoby wczoraj malutki, medialny sukcesik: Polacy odnotowaliby, że partia wsłuchuje się w głos Polaków i daje się wypowiedzieć wszystkim. Zamiast małego medialnego sukcesiku jest jednak totalne zwycięstwo i strzelające korki od szampanów, bo opozycja zrobiła naprawdę wiele, żeby poprawić humor prezesowi PiS.

Bo projekt naprawdę mógł trafić do komisji. Za odrzuceniem go zagłosowało 202 posłów, przeciw było 194. Tylko że nie głosowało kilkudziesięciu parlamentarzystów. Z tej możliwości nie skorzystało 29 polityków PO i 10 Nowoczesnej. Na dodatek jeszcze trzech posłów z PO zagłosowało za odrzuceniem projektu.


Gdyby posłowie zagłosowali i zastosowali się do klubowej dyscypliny (była taka w PO), projekt przeszedłby dalej – a tak kompromitacja. Tym bardziej że nie mówimy o posłach nieobecnych w Sejmie. Oni tam byli – po prostu nie chcieli głosować.

"Czarna lista"
Na krnąbrnych posłów już spadły gromy. Z PO wykluczono troje posłów, z kolei w Nowoczesnej sypnęły się kary finansowe i zapadła decyzja o powołaniu rzecznika dyscypliny. Żeby się dowiedzieć, kto "przeskrobał", wystarczy przejrzeć wyniki głosowania.

Jak łatwo zauważyć, nie głosowało 57 parlamentarzystów, ale zdecydowana większość z nich w Sejmie... była. Na czas głosowania po prostu wyszli z sali lub wyjęli swoje karty. Zrobili to tak jawnie, że... brali udział w poprzednich głosowaniach.

Chodzi dokładnie o 19 posłów PO, którzy nagle zniknęli, oraz 9 z Nowoczesnej. Do tego dochodzi trzech posłów Platformy, którzy nie ulotnili się, a zagłosowali wprost przeciw projektowi.

W głosowaniu nie wzięli więc udziału następujący posłowie PO, którzy byli obecni na poprzednim: Piotr Arndt, Paweł Bańkowski, Alicja Chybicka, Krzysztof Gadowski, Elżbieta Gelert, Tomasz Głogowski, Roman Kosecki, Wojciech Król, Lamczyk Stanisław, Antoni Mężydło, Czesław Mroczek, Włodzimierz Nykiel, Stanisław Piechota, Kazimierz Plocke, Grzegorz Raniewicz, Ireneusz Raś, Halina Rozpondek, Bogusław Sonik, Wojciech Ziemniak. Z kolei przeciw projektowi zagłosowali Marek Biernacki, Joanna Fabisiak oraz Jacek Tomczak.

W Nowoczesnej nagle zniknęli z kolei Adam Cyrański, Paweł Kobyliński, Jerzy Meysztowicz, Mirosław Pampuch, Marek Ruciński, Marek Sowa, Elżbieta Stępień, Krzysztof Truskolaski oraz Kornelia Wróblewska. Do tego wstrzymał się Paweł Pudłowski.

Ta sama śpiewka
Skoro się nie głosuje, to oczywiście warto mieć jakieś konkretne wytłumaczenie. I tu ciekawostka – zapytani przeze mnie politycy w zasadzie powtarzali jak mantrę jedno zdanie: że potrzebny jest kompromis.

– Była taka możliwość, że można było nie głosować za oboma projektami. Wybrałam tę opcję, bo dla mnie oba były nie do przyjęcia, także projekt pierwszy. Ja jestem sama kobietą, jestem za ochroną kobiet, za edukacją, za EllaOne, za diagnostyką prenatalną. Natomiast nie jestem za tym, żeby aborcja stanowiła główny środek aborcyjny do dwunastego tygodnia i od piętnastego roku życia – mówi w rozmowie z naTemat Alicja Chybicka z PO.
– Nie głosowałam też na ustawę drugą, bo uważam, że rodzenie dzieci, które cierpią nie powinno być dopuszczone. Mam zamiar jeszcze w tym Sejmie namówić liczbę posłów do takiej kompromisowej ustawy – dodaje. Posłanka jest również przekonana, że nie było o co kruszyć kopii. – Arytmetyka sejmowa jest nieubłagana. Wiadomo, co się wydarzy w komisji. Zagłosowanie za lub przeciw tą ustawą to właściwie to samo co niegłosowanie. Cała Platforma jest za kompromisem. Dlatego nie ma co tu mówić o jakimś rozłamie – podsumowuje.

Swoją drogą posłanka zamieściła też dwa wpisy na Facebooku w tej sprawie. W jednym wyjaśniła swoją motywację, a w drugim przeprosiła te kobiety, które poczuły się dotknięte jej decyzją. "Obie proponowane ustawy budzą sprzeciw dużych części społeczeństwa i najlepszym rozwiązaniem jest utrzymanie dotychczasowego kompromisu" – zauważyła.

Byłam na sali sejmowej. Nie glosowalam świadomie na oba projekty ponieważ: Projekt 1 proponuje aborcję jako środek...

Opublikowany przez Alicja Chybicka na 11 stycznia 2018
O kompromisie mówi jednak nie tylko posłanka Chybicka. – Jestem zwolennikiem utrzymania obecnych rozwiązań. Oba projekty idą w skrajne strony, dlatego byłem im przeciwny. Trzeba było zagłosować za odrzuceniem obu albo w ogóle nie głosować. W lewicowym projekcie były pozytywne rozwiązania, dlatego nie zagłosowałem przeciw – przekonuje mnie poseł Tomasz Głogowski z PO.
Tomasz Głogowski

Ten lewicowy projekt był też niebezpieczny. Głosowanie z anim mogło tylko powodować zaostrzenie tej ustawy. Wiadomo, że ten Sejm w żaden sposób nie zliberalizuje przepisów. W tej kadencji jedynie może je jedynie zaostrzyć.

W jego ocenie cała awantura ma wymiar jedynie polityczny. – Rozpoczynanie dyskusji na ten temat to zagranie politykierskie pani Nowackiej, które do niczego dobrego nie doprowadzi – uważa poseł.

Jest zresztą przekonany, że nic nie wyjdzie także z projektu zaostrzającego, który trafił do Sejmu. – Dobrze wiemy, jaka jest większość w tym Sejmie. Myślę, że taki był plan, żeby oba projekty posłać do komisji i na tym zakończyć prace. I przypuszczam, że tak będzie. Wątpię, żeby chcieli doprowadzić do końca głosowanie nad tą ustawą – podkreśla.
Znaczenie jednego głosu
– Nie głosowałem, bo jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego. Nie można nad nim głosować – mówi to samo poseł PO Antoni Mężydło. W tym wypadku poseł jednak uzupełnia swoją wypowiedź i jest ona dość zaskakująca. Kojarzycie te kampanie, w których zachęca się do udziału w wyborach? Jesteśmy przekonywani, że każdy głos się liczy.

– Wydawało mi się, że głosy i tak są policzone i ode mnie nic nie zależy. Po co się więc w tę niepotrzebną debatę angażować. Wynik końcowy wydawał się przesądzony, że PiS zagłosuje za projektem zaostrzającym – twierdzi natomiast Mężydło.

W jego ocenie nie było warto brać na siebie tego ciężaru politycznego i lepiej było w ogóle nie głosować. – To oni decydują (politycy PiS – red.), więc niech oni wezmą na siebie ten problem polityczny, a nie ja mam się w to mieszać. Uważałem, że politycznie gorszym rozwiązaniem było głosowanie. Co prawda Kaczyński zagłosował, ale wydaje mi się, że przewrotnie – twierdzi poseł.

A co z Nowoczesną? Zadzwoniłem do prawie każdego z posłów, którzy nie zagłosowali. Odebrało tylko dwóch – ale i tak nie mogli rozmawiać, bo w Sejmie zaczynały się... głosowania. Ironia losu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...