Polska Fundacja Narodowa to największa wtopa PiS. Śmieje się z niej nawet Pawłowicz: "Promocja Polski na oceanach?!"

To była premier w 2016 roku z dumą ogłosiła, że powstaje Polska Fundacja Narodowa, która ma promować nasz kraj poza granicami.
To była premier w 2016 roku z dumą ogłosiła, że powstaje Polska Fundacja Narodowa, która ma promować nasz kraj poza granicami. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Nie tylko internauci i politycy opozycji kpią dziś z Polskiej Fundacji Narodowej, atakują ją też dziennikarze prawicowych mediów, a nawet sama Krystyna Pawłowicz. Do czerwoności rozgrzała ją informacja, że organizacja wyłożyła blisko 5 milionów złotych na zakup francuskiego używanego jachtu, który z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości ma opłynąć świat dookoła. A to tylko jeden z przykładów. Polska Fundacja Narodowa wysuwa się na czoło wyścigu o tytuł największej wtopy rządów "dobrej zmiany".

W dużym skrócie: Polska Fundacja Narodowa powstała po to, by promować Polskę. W 2016 do życia powołała ją ówczesna premier. Beata Szydło z dumą mówiła, że "PFN będzie budowała markę, która nazywa się Polska, będzie budowała tę markę poza granicami naszego kraju". Ale potem o nowej fundacji zrobiło się cicho, zarówno w kraju, jak i za granicą. Organizacja nie miała nawet swojej strony internetowej. Do mediów docierały tylko strzępki informacji, że PFN dysponuje dużymi środkami, które pozyskuje od spółek Skarbu Państwa (zrzuciło się na jej wydatki 17 firm, m.in. Orlen, KGHM, PZU, PKO BP). A tylko w ciągu 11 lat na jej konto ma wpłynąć aż 585 mln zł (w tej chwili jest prawie 250 mln zł). To razi w oczy tym bardziej, że PFN zalicza wpadkę za wpadką i zamiast promować Polskę, tylko kompromituje nasz kraj. W sprawach ważnych – jak np. kryzys w relacjach Polski i Izraela – milczy.

Dostrzegają to nie tylko krytycy rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale i sami politycy tej partii. – Uważam działalność tej fundacji za pożyteczną, natomiast pomysł za – chybiony – mówi nam poseł PiS, Stanisław Pięta.
Stanisław Pięta
poseł PiS

To byłby dobry pomysł, gdyby został zrealizowany ze zbiórki publicznej. Jeżeli Polacy złożyliby się na to przedsięwzięcie ze swoich środków prywatnych, to byłaby to fantastyczna idea. Natomiast te pieniądze, które posiada PFN powinny być wykorzystane w inny sposób, choćby na opłacenie najlepszych kancelarii prawnych, które reprezentowałyby Polskę w sporach z mediami kreującymi antypolonizm, propagującymi kłamstwa na temat rzekomego udziału Polaków w Holokauście.

Jak donosił Money.pl, entuzjastą PFN nie jest także sam premier Mateusz Morawiecki.

Wpadka 1: "Sprawiedliwe sądy"

W pierwotnym założeniu PFN miała budować wizerunek Polski poza granicami. Ale zaczęła od rządowej kampanii "Sprawiedliwe sądy", promującej kontrowersyjną reformę sądownictw gabinetu ówczesnej premier Beaty Szydło. Działania miały przekonać Polaków do racji PiS. A na billboardach w wielu miastach, w spotach telewizyjnych była mowa m.in. o "nadzwyczajnej kaście w sądach". Nie obyło się bez wpadek, np. na jednym z plakatów napisano o Zbigniewie J., który 11 lat temu ukradł kiełbasę (o wartości 6,90 zł) i prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Okazało się, że sędzia od ponad dwóch lat nie żyje , a nie orzekał od 2006 roku.
Prawnicy łapali się za głowę. – Polska Fundacja Narodowa nie mogła realizować tej kampanii billboardowej, która była prowadzona, ponieważ cele, które realizowano w tej kampanii, nie były zgodne z celami wskazanymi w statucie – mówił dziennikarzom TVN 24 Marek Chmaj, prawnik Uniwersytetu SWPS. Mało tego: kampanię (za 19 mln złotych) bez przetargu zlecono spółce Solvere, która chwilę wcześniej została zarejestrowana przez niedawnych współpracowników byłej już premier.

Anonimowy rozmówca "Newsweeka" związany z Dawidem Jackiewiczem mówił dziennikarzom tygodnika: "kampania o sądach kompletnie zrujnowała wizerunek PFN, wyszła z tego partyjna agitka. Za pieniądze pozyskiwane z państwowych firm opłacono kampanię promującą wprowadzanie zmian w polskim sądownictwie".

Co ciekawe, szybko zmieniono status PFN. TVN 24 informował, że w tym nowym znalazły się zapisy m.in. o tym, że fundacja ma podtrzymywać i upowszechniać tradycję narodową, pielęgnować polskość, upowszechniać w kraju i za granicą wiedzę o historii, ze szczególnym uwzględnieniem historii najnowszej, a także upowszechniać martyrologię i bohaterskie czyny Narodu Polskiego.

Wpadka 2: "Polska 100"

Polska Fundacja Narodowa zwinęła z billboardów plakaty promujące wizję sądownictwa według Prawa i Sprawiedliwości. I od razu – w październiku 2017 roku – rozpoczęła kolejne uderzenie. Mowa o kampanii "Polska 100". – To program wizerunkowy, który odwołuje się do dobrych stron naszej ojczyzny, poprzez jej związki z morzem, z żeglarstwem, z dokonaniami sportowymi – mówił o kampanii wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Jacht regatowy w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości ma ruszyć w rejs i zatrzymać się w stu portach. Na czele załogi stanie mistrz olimpijski i ambasador kampanii Mateusz Kusznierewicz, dziś przez wielu nazywany "twarzą dobrej zmiany".
O akcję "Polska 100" zapytaliśmy jej ambasadora. – To żadna rządowa kampania – prostował Kusznierewicz. – Ma pan świadomość, że tę kampanię koordynuje i sponsoruje Polska Fundacja Narodowa? – zapytałam. – Oczywiście. Wiem, jakie są skojarzenia. I właśnie po to rozmawiamy, bym mógł ze swojej perspektywy to wytłumaczyć – zaznaczył.
Mateusz Kuszniewrewicz
ambasador kampanii "Polska 100"

Naszym celem jest promocja Polski. I tym samym celem zawsze komunikowała się Polska Fundacja Narodowa. Po to też została założona. Skoro dwa projekty mają te same cele... Ja jestem apolityczny. Jestem sportowcem skupionym na tym wspaniałym projekcie, który będziemy realizować. Robimy to z Polskim Związkiem Żeglarskim, Ministerstwem Sportu i Turystyki, Ministerstwem Kultury i Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Mamy siedmiu partnerów. Każde spotkanie jakie mieliśmy w Polskiej Fundacji Narodowej czy w Ministerstwie Kultury, było bardzo merytoryczne i tylko nastawione na ten projekt. My współpracujemy ze wszystkimi mediami, nie tylko rządowymi. Czytaj więcej

O tym wszystkim wiadomo było już w październiku. Ale miarka się przebrała – informacje o zakupie używanego francuskiego jachtu najbardziej oburzyły internautów. A to głównie dlatego, że pracownicy PFN lekką ręką (bez organizacji konkursu) wydali na ten cel prawie 5 mln zł. Według informacji "Gazety Wyborczej", cały rejs może kosztować PFN nawet 20 mln zł.
I tu pojawiły się głosy krytyki również ze strony prawicowych dziennikarzy, a nawet polityków partii rządzącej.
"Nie dla opłacenia przez PFN /20 mln zł/ podróży jachtem dookoła świata panu M.Kusznierewiczowi ! 'Promocja Polski' na oceanach ?! Cwaniactwo.To ryby i ptaki mają poznawać Polskę w czasie tego rejsu ? Niech pryw. sponsorzy 'przytulą' żeglarza" – oburzyła się na Twitterze posłanka Krystyna Pawłowicz.

Komentarzy utrzymanych w podobnym tonie jest zresztą więcej. Dziennikarz TVP Info Wojciech Mucha na Twitterze zamieścił grafikę, na której widzimy dwa delfiny: jeden "powtarza" Polskaaa, drugi "Biało-czerwoni". Mucha opatrzył to krótkim wpisem: "Są już pierwsze efekty rejsu #KatamaranPFN". Zaś inni wytykają: "Polska Fundacja Narodowa kupiła jacht mający promować Polskę na świecie od Francuzów, podczas gdy polskie firmy są potentatami w tej branży".

Kolejne wpadki: manipulacje, błędy, milczenie

Długo można wytykać błędy Polskiej Fundacji Narodowej. Jej pracownikom często zdarza się zaliczać wpadki na Twitterze. Mogliśmy tam przeczytać m.in. błędny zapis słowa "definietly" zamiast "definitely" (zdecydowanie). Było też zamiast "it means" (to znaczy) "it's mean" (to nieuprzejme). W styczniu w tym samym medium pracownicy fundacji zamieścili zdjęcie obozu koncentracyjnego Auschwitz ze współczesną niemiecką flagą i błędnym angielskim podpisem. Wpis szybko zniknął.


Wiele osób zarzucało PFN bierność w dyskusji o kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o IPN. Jak to możliwe, że instytucja mająca poprawić polski wizerunek, z ogromnym budżetem, milczy? – pytało wielu.

"Lauder, Kantor, Rabin Lau. Same rekiny. W każdym przemówieniu atak na Polskę, albo o "60 tys. neonazistów, którzy przemaszerowali ulicami W-wy” albo o 'skandalicznej ustawie'. Co w tym czasie robi PFN i prezes Świrski?" – napisał w styczniu na Twitterze Wojciech Wybranowski z tygodnika "Do Rzeczy". "Wizyty studyjne dla dziennikarzy piszących o PL, program stypendialny polsko-izraelski, wspieranie zachodnich historyków (granty) badających historię Europy Środk.-Wsch., – team odpowiedzialny za social media (po niemiecku, hebrajsku, ang.)”. – Halo, PFN poza retweetowaniem, może warto wykorzystać paru przychylnych Polsce liderów opinii, np. byłego ambasadora Izraela?" – pytał Jan Pawlicki z Telewizji Polskiej.

Ostatecznie wiceprezes fundacji – Maciej Świrski – wydał oświadczenie. I przypomniał, że PFN podpisała list intencyjny dotyczący międzynarodowej kampanii promującej film "Niezwyciężeni". Ponadto, zapowiedziała wyprodukowanie i promocję dwóch pełnometrażowych filmów: o rodzinie Ulmów i rotmistrzu Witoldzie Pileckim.

Ale już kilka tygodni później zalicza kolejną wpadkę. PFN odpowiedziała na kontrowersyjny spot fundacji Ruderman Family Foundation. PFN udostępniła wideo zatytułowane "God bless you!". Nagranie spotkało się z falą krytyki. Internauci podejrzewali, że doszło do złamania praw autorskich. A to dlatego, że Polska Fundacja Narodowa miała wykorzystać zdjęcia z innego spotu. Zarzucano jej też, że skorzystała ze ścieżki dźwiękowej, która jest bardzo podobna do tej z filmu "Piraci z Karaibów". "Ten klip, co to go podobno Polska Fundacja Narodowa przygotowała w odpowiedzi na ten żydowski, to tylko skrócona wersja klipu z lipca zeszłego roku. Nawet muzyki nie zmienili" – pisał na Twitterze dziennikarz Łukasz Warzecha.

W lutym pracownicy PFN postanowili się pochwalić statystykami kampanii "Today, we are still on the side of truth" i "Testimony of truth". I znów zaliczyli wpadkę. Zdaniem Polskiej Fundacji Narodowej, oba spoty dotarły do – uwaga – 180 mln ludzi na całym świecie. Żeby było zabawniej, w samym Izraelu, kampania miała osiągnąć zasięg 8 mln ludzi, co przekłada się na ponad 90 proc. populacji tego kraju.

Internauci wytykają, że PFN na nowo pisze historię. Pracownicy fundacji postanowili uczcić
dekomunizację oraz Komitet Obrony Robotników. To wszystko miało się zmieścić na łamach jednej broszury. I zmieściło – wystarczyło postawić stempel na zdjęciu i zasłonić przy tym twarz Adama Michnika. Wielu się oburzyło, wielu domagało się zamknięcia fundacji. W tym gronie jest także wicemarszałek Sejmu Stanisław Tyszka, który skrytykował poczynania fundacji i zwrócił się do premiera, by ją zamknął. – Zlikwidujmy tę Fundację, to kwestia przyzwoitości. Nie wyrzuca się 250 mln zł dla kolegów – przekonywał Tyszka. Premier mu nie odpowiedział, ale może jest nadzieja – skoro sam Morawiecki przychylnym okiem nie patrzy na działania tej organizacji.

A idealnym podsumowaniem niech będzie wpadka z września 2017 roku, kiedy to dziennikarze zadzwonili do Fundacji, chcąc porozmawiać po angielsku. W odpowiedzi usłyszeli "yyyy" i dźwięk odkładanej słuchawki.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...