Polityk obozu władzy: Nie mogę zrozumieć, że PO nie zorganizowała jeszcze w każdym powiecie konferencji przed stacjami Orlenu. Przecież ta sytuacja aż się prosi
Polityk obozu władzy: Nie mogę zrozumieć, że PO nie zorganizowała jeszcze w każdym powiecie konferencji przed stacjami Orlenu. Przecież ta sytuacja aż się prosi Fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER

Pierwsze pytanie jest proste, choć okazuje się piekielnie trudne. Proszę polityków wszystkich ugrupowań o podanie procentowej szansy na ich – opozycji – zwycięstwo w wyborach w 2023 roku.

REKLAMA

Zwykle najpierw zapada milczenie, potem następuje próba uchylenia się od konkretnej odpowiedzi, nikt nie chce robić za profetę. Jeśli już ktoś się zdecyduje, pada najbezpieczniejsza z możliwych odpowiedź: Mamy 60% szans, że wygramy z PiS-em.

Czytaj także: Lewicka: "Po pierwsze: skrajna bezczelność. To sposób PiS na to, by nas osłabić" Najbezpieczniejsza, bo nie całkiem defensywna i jednocześnie nie huraoptymistyczna. Politycy opozycji są niczym saper na polu minowym – nadmiernie ostrożni. Lub, co bardziej prawdopodobne, bardzo małej wiary we własne siły, za to pod nieustannym wrażeniem teflonowości obozu władzy. Jeden z moich rozmówców z niedowierzaniem kręci głową: "PiS jest jak Feniks. Potrafi się odrodzić nawet z popiołów".

Faktycznie, po rocznym dołku sondażowym, partia Jarosława Kaczyńskiego znowu zaczyna nabierać masy, choć opozycja była pewna, że teraz już nabiera wody i wkrótce pójdzie na dno. – Właśnie dlatego wrócił Donald Tusk – mówi mi jeden z bliskich współpracowników Rafała Trzaskowskiego – Bo myślał, że to ten moment, kiedy wystarczy dotknąć PiS małym palcem, by ten się wywrócił. Okazuje się jednak, że były to rachuby cokolwiek przedwczesne.

Wielka smuta

Kilkanaście dni temu przemknął przez media sondaż dla portalu wPolityce.pl. Zapytano w nim, kto wygra następne wybory parlamentarne. Niemal jedna trzecia uznała, że kolejną kadencję weźmie PiS, dla 28% szansę na wygraną ma opozycja. Aż 40% badanych wybrało odpowiedź: „trudno powiedzieć”.

Faktycznie, wynik wyborów parlamentarnych to dziś, dokładnie na dwa lata przed ich konstytucyjnym terminem, wielka niewiadoma, bo wszystko się może zdarzyć. Ale elektorat ugrupowań opozycyjnych już teraz ma nos spuszczony na kwintę.

Jak wynika z badań jakościowych, wyborcy KO są przekonani, że musiałby się zdarzyć jakiś cud, by wybory wygrała opozycja. Według wyborców Polski 2050 zwycięży PiS, choć mniejszą przewagą niż w 2015 roku. Głosujący na Lewicę uważają, że Kaczyńskiemu do zwycięstwa nie będą nawet potrzebne… fałszerstwa wyborcze. Bo ludzie i tak na PiS zagłosują. Generalnie, nastroje są minorowe, dalsze rządy Kaczyńskiego jawią się jako coś nieuchronnego.

Czytaj także: Lewicka: Od córki leśniczego do wujka Brudzińskiego, czyli rodzina PiS na swoim – Politycy nie są niczym innym, jak tylko emanacją społeczeństwa – mówi mi Anna Materska-Sosnowska z UW. – Szósty rok i obywatele, i politycy są pod butem Jarosława Kaczyńskiego, w naturalny sposób pojawia się zmęczenie i apatia. Opozycja czuje się bezradna, bo każdego dnia mierzy się z brutalną siłą obozu władzy, na którą trudno jej skutecznie odpowiedzieć. Raz, że nie ma instrumentów, np. nie może niczego obywatelom, tak jak władza, rozdać. Dwa, że nie chce też ścigać się z PiS-em na bezwzględność – dodaje.

Ten brak poczucia sprawstwa jest kluczowy dla zrozumienia nastrojów – kiedy żadne działania nie przynoszą efektów, pojawia się zwątpienie w sens dalszych działań, a potem następuje emigracja wewnętrza i całkowite zobojętnienie na to, co dzieje się w kraju.

Ptak, nawet jak chodzi, czuje, że ma skrzydła…

… przypominał na placu Zamkowym były premier Leszek Miller, chcąc nie tyle wlać otuchę w serca tych, którzy zgromadzili się licznie w obronie naszego członkostwa w UE, lecz raczej wyznaczyć kierunek politycznym liderom. Skoro mają skrzydła, to – jeśli o nich pamiętają – mogą je rozwinąć i polecieć, a nie wciąż dreptać po ziemi.

Tym samym tropem poszedł Donald Tusk. Właściwie cała jego przemowa miała charakter motywacyjny. – Zwyciężymy, bo nas jest więcej – mówił – Pokonamy ich nie tylko w tej sprawie, ale na końcu zmienimy też tę złą władzę.

Według prof. Antoniego Dudka z UKSW, szef PO usiłuje doprowadzić do psychologicznego przełomu po swojej stronie. – Na opozycję przygnębiająco działa przekonanie, że dopóki PiS będzie miał środki na rozdawnictwo społeczne, dopóty będzie u władzy. Według sondaży PiS nie jest już hegemonem polskiej sceny politycznej, ale wciąż ma szansę na największy klub parlamentarny w następnej kadencji i tworzenie rządu, np. z Konfederacją. Na dodatek PO, ale i pozostałe ugrupowania opozycyjne wciąż nie mają pomysłu, jak Kaczyńskiego pokonać. To, co proponują, jakoś nie rezonuje – tłumaczy.

Tu należałoby się cofnąć w czasie, by przypomnieć sobie kolejne konferencje i konwencje opozycji z ostatnich kilku miesięcy. Czy pojawił się na nich postulat, propozycja, obietnica, które przetrwały próbę czasu i które dotarły pod strzechy? To pytanie retoryczne. Ze strony opozycji nie pojawiło się bowiem nic, co zawładnęłoby masową wyobraźnią i żyło dłużej niż kilka dni.

Sam Tusk, w polskiej polityce znów obecny od raptem czterech miesięcy, zdążył przez ten czas ogłosić kilka politycznych strategii: będziemy walczyć z Imperium Zła, będziemy odbijać z rąk prezesa Kaczyńskiego Polskę lokalną, będziemy rzucać konserwatywną kotwicę, będziemy bronić Polski przed wyprowadzeniem jej z Unii.

Czytaj także: Kandydat opozycji na premiera? Analitycy postawili na nią. "Byłam zaskoczona narracją z moją osobą" Każda z tych strategii ma potencjał, tyle że PO nie przechodzi od fazy zapowiedzi do fazy realizacji. Po zapowiedzi z początku lipca, że „zło rządzi w Polsce, my wychodzimy na pole, by bić się z tym złem”, Tusk na długi czas zniknął. Po Płońsku, gdzie miał się rozpocząć marsz ku średnim i małym miastom, nikt nawet nie ruszył z miejsca.

Po niedzielnej manifestacji Tusk wprawdzie zapowiedział, że „ciąg dalszy nastąpi”, ale przepytywani o kolejne działania politycy Platformy udzielali odpowiedzi wymijających. Bo nie wiedzą, co dalej.

Chyba najtrafniej opisała to Marta Lempart: – Wiem, że chcielibyście, żeby było jak na hollywoodzkim filmie – że wychodzimy, że pomachamy, że gdzieś się przejdziemy, a wtedy zła władza mówi: No dobra, to my odchodzimy. Ale to nie jest film.

Liderka Strajku Kobiet mówiła do zgromadzonych ludzi, by nie liczyli na szybkie rezultaty, by się nie zniechęcali brakiem natychmiastowych efektów, ale tak naprawdę jej przekaz powinni usłyszeć politycy opozycji. Nie wystarczą partyjne eventy raz na jakiś czas, potrzebne jest długofalowe i konsekwentne działanie. No chyba, że po stronie opozycji…

… cała nadzieja jest w PiS-ie

– Wybory się przegrywa, a nie wygrywa – słyszę od posła KO. – Dlatego sporo zależy od Zjednoczonej Prawicy. A widać, że reagują coraz bardziej nerwowo, wytaczają przeciwko nam coraz cięższe działa. Bo czy można pokazać coś bardziej obrzydliwego niż słynna już fotografia z klaczą, czy są jakieś cięższe oskarżenia niż te o zdradę narodową? – mówi.

Wtóruje mu polityk Nowej Lewicy: – Być może rozejdą się drogi Ziobry i Kaczyńskiego, a podziały, brak spójności zawsze negatywnie oddziałują na elektorat. Poza tym każda władza się zużywa. W którymś momencie nastąpi też zmęczenie, ludzie zobaczą, że polityczne kampanie są przez Kaczyńskiego cynicznie prowadzone, tylko po to, by rozhuśtać społeczne emocje i odwrócić uwagę od problemów dnia codziennego.

Dziwnym trafem jednak opozycja nie potrafi przekierować uwagi na te właśnie problemy, z którymi boryka się każdy z nas – coraz wyższe ceny żywności, usług, paliw, gazu, prądu.

– Nie mogę zrozumieć – mówi mi polityk obozu władzy – że Platforma, jako największe ugrupowanie, dysponujące tak rozbudowanymi strukturami, nie zorganizowała jeszcze w każdym powiecie konferencji przed stacjami Orlenu o cenie paliw. Przecież ta sytuacja aż się o to prosi. W ogóle zaskakuje mnie ich niezborność, nieskuteczność i brak dyscypliny. Ot, choćby casus Klaudii Jachiry. PO wygrała niedzielę, miała wiatr w żagle przez cały początek tygodnia, tymczasem w środę wychodzi pani poseł na sejmową mównicę i zmienia tekst Roty. Przecież to jest prezent dla nas. Zestawiamy z tym Tuska i jedziemy z przekazem, że PO dybie na nasze wartości, że szykuje zamach na tradycję. Na dodatek takie akcje osłabiają szanse opozycji na wspólny front. Bo jak Kosiniak-Kamysz ma wytłumaczyć swoim wyborcom i działaczom, że będą wspólne listy z kontrowersyjną Jachirą? – dodaje.

Generalnie najistotniejszym problemem opozycji, na czym wygrywa PiS, jest jej niezdolność do współdziałania. Górę biorą ambicje liderów oraz wzajemne pretensje.

Szymon Hołownia jest obrażony na Tuska, bo Tusk, tak jak wcześniej Trzaskowski, zabrał mu poparcie, dlatego Hołowni nie było na placu Zamkowym (chciał mówić tyle samo czasu, co Tusk, czyli 10 minut, a kiedy usłyszał, że dostanie mniej czasu, to pojechał do Białegostoku).

Włodzimierz Czarzasty uważa PO za większe zło niż PiS, którym to myśleniem natchnęli go posłowie Razem, wobec „liberałów” wręcz nienawistni, za to polityką socjalną Kaczyńskiego zafascynowani. PSL uważa, że na zbliżeniu się do Platformy straci, więc od wiosny 2019 roku, czyli od wspólnego pójścia pod sztandarem Koalicji Europejskiej, ludowcy głośno i wyraźnie się od PO dystansują.

A sama PO chciałaby wszystkimi zarządzać, niczym starszy brat lub senior partner, a na to reszta po prostu nie ma ochoty, bojąc się przy okazji wchłonięcia przez PO, utraty podmiotowości i wyborców.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Te wzajemne anse sprawiają, że liderzy koncentrują się na wbijaniu sobie nawzajem szpilek, zapominając, że główny wróg jest gdzie indziej. Jakby tego było mało, w każdym ugrupowaniu źle się dzieje. Platformą zawładnęły wewnętrzne wybory. Wyłonienie przewodniczącego to oczywistość, bo Tusk nie ma konkurenta, ale za to w regionach toczą się prawdziwe wojny.

Na Mazowszu zostanie podjęta próba zdetronizowania Andrzeja Halickiego, od zawsze stronnika Grzegorza Schetyny, przez związanego blisko z Tuskiem Jana Grabca. W Poznaniu szykuje się kolejna rywalizacja dwóch zaciekłych wrogów, posłów Grupińskiego i Dzikowskiego. Obaj są zresztą postrzegani jako politycy, którzy od lat nie mają dla regionu żadnej świeżej oferty. W Lublinie trwa tak zażarta walka o władzę, że konferencję, na której miano poinformować o kandydatach do przywództwa, odwołano.

Tym żyje partia, niczym innym, choć – jak mówi mi polityk ze ścisłego kierownictwa PO – nastroje się poprawiły: – Struktury partii reagują na to, co widzą w sondażach, i na to, co usłyszą na ulicy. Sondaże poszły w górę, nasi wyborcy też się ożywili. Oczywiście, to jest proces, nic się nie dzieje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Z drugiej jednak strony Tusk nie jest dostępny dla swojej partii. Otaczają go dwa kręgi bliskich współpracowników. Pierwszy tworzą nieodłączny od lat Paweł Graś, pracujący nad strategią PO Bartłomiej Sienkiewicz oraz Igor Ostachowicz, za rządów PO główny specjalista od PR-u. Drugi krąg to wciąż szef klubu parlamentarnego Borys Budka, sekretarz generalny Marcin Kierwiński oraz rzecznik ugrupowania Jan Grabiec. To koniec. Reszta formacji nie za bardzo wie, co w zasadzie planuje były premier, a kontakt z nim jest utrudniony.

Lewicy wprawdzie udało się w końcu połączyć, po wyczerpującej wojnie wewnętrznej, ale to nie jest trwały pokój, tylko zawieszenie broni. Raczej nie będzie też premii za zjednoczenie, skoro zostało one poprzedzone wzajemnymi oskarżeniami, wycinaniem z partii niepokornych.

Zaś nowi współprzewodniczący Nowej Lewicy, czyli Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń, mają znikomy osobisty kapitał polityczny. Tłumów nie porwą, w sondażach mają teraz połowę tego, co w wyborach dwa lata temu.

PSL jest pod sondażowym progiem, a zapowiedzi zbudowania tzw. trzeciej siły, czyli zagospodarowania politycznego centrum między PO a PiS-em to bajki z mchu i paproci. Ludowcy zbiorą się 4 grudnia na kongresie, podczas którego wybiorą swojego szefa. Zapewne będzie to Władysław Kosiniak-Kamysz, bo nie ma dla niego żadnej znaczącej alternatywy, choć ostatnie dwa lata trudno zaliczyć do udanych. Słaby wynik w wyborach prezydenckich, rosnący w siłę Michał Kołodziejczak, konkurent do serc rolników, fiasko Koalicji Polskiej, która „koalicją” jest tylko z nazwy, wszak prócz ludowców zrzesza jedynie pojedynczych polityków, którzy odeszli z innych formacji.

Czytaj także: "Układ? Jaki układ? Pomidor. A poza tym teściowa Tuska". Oto propagandowy sukces PiS [FELIETON] A najmłodsza wśród partii opozycyjnych Polska 2050 walczy o utrzymanie się na powierzchni. Dlatego koncentruje się na finansowych zbiórkach, bo nie da się robić polityki bez pieniędzy, oraz mozolnie buduje struktury, a nie jest to zadanie proste, choć konieczne. Podcięcie skrzydeł, spowodowane powrotem Tuska, wydaje się na dziś trwałe.

Królestwo za narrację!

Tak opozycja mogłaby sparafrazować słowa Ryszarda III. Angielski król, gdy podczas bitwy ubito pod nim wierzchowca, miał krzyknąć: „Królestwo za konia!” – przynajmniej tak to przedstawił Szekspir. Dziś bez chwytliwej opowieści nie da się przejąć dusz wyborców i wziąć władzy, co przyznają sami politycy opozycji. – PiS wciąż potrafi pokazać, o co im chodzi – mówi mi polityk PSL. A opozycja tego nie umie.

Wciąż też wydaje się jej, że jest jeszcze dużo czasu. Tylko Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że czasu jest bardzo mało. Po to odejdzie za chwilę z rządu, by zacząć przygotowywać swoją partię do wyborów. I faktycznie, wygrają, jeśli po drugiej stronie nadal będą mieli pospolite ruszenie, któremu niespieszno na miejsce zbiórki.

Czytaj także: