Silny ból oczu i pieczenie skóry – tak według "Wall Street Journal" i kolektywu śledczego Bellingcat skończyły się rozmowy pokojowe dla dwóch ukraińskich negocjatorów i rosyjskiego oligarchy Romana Abramowicza. Specjalistyczne badania wykazały, że prawdopodobnie zostali otruci. – Możliwości służb są nieograniczone – ocenia ppłk rez. dr inż. Tomasz Białek, były funkcjonariusz BOR.
Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google
Obawa, że przedstawiciele ukraińskich władz mogą zostać otruci przez Rosjan, była powszechna od samego początku. "Tylko nie pijcie żadnej herbaty!", "pod żadnym pozorem nie bierzcie od nich żadnego jedzenia" – ostrzegali użytkownicy Twittera ukraińskich polityków, gdy gruchnęła wieść o tym, że strony zasiądą do negocjacji.
Internauci mają w pamięci drastyczne kłopoty zdrowotne, jakie w tajemniczych okolicznościach dopadają znanych przeciwników dyktatora Rosji Władimira Putina. Z klawiatur z różnych stron świata padały nazwiska: Aleksandr Litwinienko, Aleksiej Nawalny, Wiktor Juszczenko.
Trucizna w jedzeniu lub piciu
– Podanie trucizny drogą pokarmową to tylko jeden ze sposobów zaaplikowania toksyny – mówi naTemat.pl lekarz Bartosz Fiałek. Medyk wyjaśnia, że dodanie czegoś do jedzenia albo napoju jest o tyle wygodne dla truciciela, że jest wycelowane w konkretnego człowieka. Inaczej mówiąc: przy okazji nie ucierpią osoby postronne.
Ppłk Tomasz Białek potwierdza, że otrucie jest w arsenale działań prowadzonych przez służby wywiadowcze na terenie innego państwa.
– Paleta możliwości agentów jest nieograniczona... oczywiście póki ktoś ich nie złapie – wyjaśnia ekspert ds. bezpieczeństwa.
Były oficer BOR dodaje, że wywiad można nazwać zorganizowaną grupą przestępczą, bo za granicą robi to, co konieczne, by osiągnąć cel, a prawo danego kraju może co najwyżej traktować jak rekomendację.
– Co innego służby, które działają we własnym kraju. Ich agenci są zobowiązani do przestrzegania prawa. Koniec kropka. Nie mogą na przykład hurtowo podsłuchiwać opozycji na życzenie jakiegoś politycznego kacyka – tłumaczy ppłk Białek.
Z doktorem Fiałkiem zgadza się jednak połowicznie.
– Gdybyśmy mówili o wywiadzie państwa demokratycznego, to dobrostan przypadkowych osób byłby czynnikiem branym pod uwagę. Jednak służby rosyjskie wielokrotnie pokazały, że likwidują niewygodne osoby ze specyficznie pojmowaną precyzją – mówi były oficer Biura Ochrony Rządu.
Następnie wyjaśnia, na czym owa "precyzja" polega.
– Liczy się osiągnięcie celu, a przypadkowe ofiary nie mają żadnego znaczenia. Przykładem jest choćby masakra w Dubrowce w 2002 roku. Rosyjskie służby zagazowały wtedy 129 zakładników, w tym dzieci, by odbić teatr z rąk terrorystów – przypomina ppłk Białek.
Trucizna w powietrzu (aerozolu)
Doktor Fiałek tłumaczy, że otrucie kogoś drogą powietrzną jest względnie proste, biorąc pod uwagę, że część toksycznych substancji jest bezwonna.
– Weźmy choćby coś tak powszechnego, jak tlenek węgla. W naturalnym stanie nie da się go poczuć, bo nie ma zapachu. Jednak ze względu na to, że w odpowiednim stężeniu jest śmiertelnie niebezpieczny, dostawcy gazu dodają do niego drażniącą woń, która ma nas alarmować o zagrożeniu – tłumaczy dr Bartosz Fiałek.
Medyk dodaje, że bezwonnych, groźnych dla człowieka gazów jest więcej. Wtóruje mu ekspert ds. bezpieczeństwa.
– Rozpylenie trucizny w aerozolu? Nic prostszego. Wystarczy mieć dostęp do kratki wentylacyjnej lub klimatyzacji, by substancja rozeszła się w pomieszczeniu – mówi podpułkownik Tomasz Białek.
Nie jest to jednak sposób uniwersalny.
– Na otwartych przestrzeniach ten sposób aplikowania trucizny jest mało efektywny, chyba że dojdzie do ataku bronią chemiczną – dodaje.
Trucizna przenikająca przez ciało
Dr Bartosz Fiałek wskazuje, że innym, mało dyskretnym w warunkach negocjacji pokojowych sposobem na otrucie kogoś, byłoby podanie mu toksycznej substancji drogą dożylną.
– Jednak to praktycznie niemożliwe, by ktoś przytomny i świadomy nie poczuł wbicia igły – mówi lekarz.
Według niego bardziej zakamuflowaną, a więc i skuteczniejszą opcją, byłoby zaaplikowanie trucizny przez błony śluzowe lub przerwaną skórę.
– Wystarczy, by ktoś niedawno zaciął się w palec kartką papieru lub został draśnięty pazurem przez kota. Nawet drobne skaleczenie to otwarte wrota nie tylko dla patogenów chorobotwórczych, ale i trucizny – tłumaczy lekarz.
Jak mogłoby wyglądać podanie takiej toksyny? – Powiedzmy, że ktoś oprze się dłonią o stół lub krzesło, na których znajduje się trucizna. Potem zazwyczaj kwestią czasu jest, by dotknął ręką oczu, ust lub miejsca zranienia skóry – mówi dr Fiałek.
Jak tłumaczy, błona śluzowa to autostrada dla toksyny – umożliwia jej szybkie przeniknięcie do krwi. Lekarz dodaje, że oczywiście możliwe jest także zatrucie przez skórę, która nie jest uszkodzona, byłoby to jednak znacznie trudniejsze.
– Skóra jest barierą ochronną naszego organizmu. Jej zadaniem jest to, by nas oddzielać od szkodliwych substancji występujących w otoczeniu. Jednak, jeśli będzie narażona na kontakt z trucizną wystarczająco długo i w dużym stężeniu, to nawet i ona nas nie zabezpieczy – podkreśla lekarz.
Otrucie ostrzegawcze?
Ppłk Tomasz Białek wątpi w krążącą w mediach hipotezę, by ukraińscy negocjatorzy i Abramowicz zostali celowo otruci tak mocno, by to poczuli, ale nie aż tak, by ich zabić.
– Jest wiele innych znacznie prostszych sposobów na to, by kogoś nastraszyć. Wystarczy choćby komuś strzelić w okno. Kontrolowane podtrucie jest bardzo skomplikowane i mało efektywne – ocenia ekspert.
Jego zdaniem, jeśli faktycznie doszło do otrucia przez służby, to raczej można mówić o nieudanej akcji.
Lekarz Bartosz Fiałek zauważa, że każdy człowiek jest inny. Dawka trucizny, która dla jednej osoby okaże się śmiertelna, u innej może wywołać "tylko" problemy zdrowotne. Do tego zależnie od sposobu aplikacji ofiara otrucia może być narażona na kontakt z częścią, a nie całością przewidzianej dla niej dawki.
Medyk zwraca też uwagę na nieoczywistą kwestię.
– Cały czas używamy słowa "trucizna" lub "toksyna", tak jakby do tego, by komuś zaszkodzić, konieczny był sarin czy nowiczok. Otóż nie jest. W praktyce do śmierci może doprowadzić wiele leków stosowanych w terapii często występujących chorób przewlekłych, jeżeli zastosujemy dawkę toksyczną. Dotyczy to np. tabletek używanych w leczeniu chorób serca, nadciśnienia tętniczego czy cukrzycy, a nawet leków bez recepty – tłumaczy dr Fiałek.
Jak mówi, nawet te znane, powszechnie stosowane leki, z których część jest pozbawiona smaku, przy odpowiednim stężeniu są w stanie "wyłączyć" komuś mózg, układ oddechowy lub serce.
– Podczas wielu dyżurów medycznych miałem do czynienia z zatruciami. Część pacjentów udaje nam się uratować. Nie są to jednak ofiary przestępstw, lecz osoby, które najczęściej same chciały odebrać sobie życie – tłumaczy lekarz.
Jego zdaniem w społecznej wyobraźni otrucie ma filmowy obraz – zjadliwej substancji wyprodukowanej w laboratorium, która w ciągu sekund wywołuje u ofiary drgawki i pianę na ustach.
– W zależności od substancji może ona zacząć dawać pierwsze objawy po kilku minutach, godzinach, dniach, a nawet tygodniach. Są takie rodzaje toksyn, które podawane stopniowo nie dają od razu spektakularnych efektów, ale z czasem kumulują się w organizmie i w ostateczności mogą prowadzić do śmierci – konkluduje lekarz.
Mimo doniesień WSJ i Bellingcata o prawdopodobnym otruciu uczestników rozmów pokojowych, kolejne tury negocjacji Rosji i Ukrainy są w toku.


