Czy Putin zlecił otrucie negocjatorów?

Silny ból oczu i pieczenie skóry – tak według "Wall Street Journal" i kolektywu śledczego Bellingcat skończyły się rozmowy pokojowe dla dwóch ukraińskich negocjatorów i rosyjskiego oligarchy Romana Abramowicza. Specjalistyczne badania wykazały, że prawdopodobnie zostali otruci. – Możliwości służb są nieograniczone – ocenia ppłk rez. dr inż. Tomasz Białek, były funkcjonariusz BOR.

REKLAMA

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google

  • 24 lutego Rosja rozpoczęła nową fazę wojny przeciwko Ukrainie
  • Trwają negocjacje pokojowe między oboma krajami
  • WSJ i Bellingcat podały, że po jednym ze spotkań uczestnicy źle się poczuli
  • Obawa, że przedstawiciele ukraińskich władz mogą zostać otruci przez Rosjan, była powszechna od samego początku. "Tylko nie pijcie żadnej herbaty!", "pod żadnym pozorem nie bierzcie od nich żadnego jedzenia" – ostrzegali użytkownicy Twittera ukraińskich polityków, gdy gruchnęła wieść o tym, że strony zasiądą do negocjacji.

    Internauci mają w pamięci drastyczne kłopoty zdrowotne, jakie w tajemniczych okolicznościach dopadają znanych przeciwników dyktatora Rosji Władimira Putina. Z klawiatur z różnych stron świata padały nazwiska: Aleksandr Litwinienko, Aleksiej Nawalny, Wiktor Juszczenko.

    Trucizna w jedzeniu lub piciu

    – Podanie trucizny drogą pokarmową to tylko jeden ze sposobów zaaplikowania toksyny – mówi naTemat.pl lekarz Bartosz Fiałek. Medyk wyjaśnia, że dodanie czegoś do jedzenia albo napoju jest o tyle wygodne dla truciciela, że jest wycelowane w konkretnego człowieka. Inaczej mówiąc: przy okazji nie ucierpią osoby postronne.

    Ppłk Tomasz Białek potwierdza, że otrucie jest w arsenale działań prowadzonych przez służby wywiadowcze na terenie innego państwa. 

    – Paleta możliwości agentów jest nieograniczona... oczywiście póki ktoś ich nie złapie – wyjaśnia ekspert ds. bezpieczeństwa.

    Były oficer BOR dodaje, że wywiad można nazwać zorganizowaną grupą przestępczą, bo za granicą robi to, co konieczne, by osiągnąć cel, a prawo danego kraju może co najwyżej traktować jak rekomendację.

    – Co innego służby, które działają we własnym kraju. Ich agenci są zobowiązani do przestrzegania prawa. Koniec kropka. Nie mogą na przykład hurtowo podsłuchiwać opozycji na życzenie jakiegoś politycznego kacyka – tłumaczy ppłk Białek.

    Z doktorem Fiałkiem zgadza się jednak połowicznie.

    – Gdybyśmy mówili o wywiadzie państwa demokratycznego, to dobrostan przypadkowych osób byłby czynnikiem branym pod uwagę. Jednak służby rosyjskie wielokrotnie pokazały, że likwidują niewygodne osoby ze specyficznie pojmowaną precyzją – mówi były oficer Biura Ochrony Rządu.

    Następnie wyjaśnia, na czym owa "precyzja" polega.

    – Liczy się osiągnięcie celu, a przypadkowe ofiary nie mają żadnego znaczenia. Przykładem jest choćby masakra w Dubrowce w 2002 roku. Rosyjskie służby zagazowały wtedy 129 zakładników, w tym dzieci, by odbić teatr z rąk terrorystów – przypomina ppłk Białek.

    Trucizna w powietrzu (aerozolu)

    Doktor Fiałek tłumaczy, że otrucie kogoś drogą powietrzną jest względnie proste, biorąc pod uwagę, że część toksycznych substancji jest bezwonna.

    – Weźmy choćby coś tak powszechnego, jak tlenek węgla. W naturalnym stanie nie da się go poczuć, bo nie ma zapachu. Jednak ze względu na to, że w odpowiednim stężeniu jest śmiertelnie niebezpieczny, dostawcy gazu dodają do niego drażniącą woń, która ma nas alarmować o zagrożeniu – tłumaczy dr Bartosz Fiałek.

    Medyk dodaje, że bezwonnych, groźnych dla człowieka gazów jest więcej. Wtóruje mu ekspert ds. bezpieczeństwa.

    Rozpylenie trucizny w aerozolu? Nic prostszego. Wystarczy mieć dostęp do kratki wentylacyjnej lub klimatyzacji, by substancja rozeszła się w pomieszczeniu – mówi podpułkownik Tomasz Białek.

    Nie jest to jednak sposób uniwersalny.

    – Na otwartych przestrzeniach ten sposób aplikowania trucizny jest mało efektywny, chyba że dojdzie do ataku bronią chemiczną – dodaje.

    Trucizna przenikająca przez ciało

    Dr Bartosz Fiałek wskazuje, że innym, mało dyskretnym w warunkach negocjacji pokojowych sposobem na otrucie kogoś, byłoby podanie mu toksycznej substancji drogą dożylną.

    – Jednak to praktycznie niemożliwe, by ktoś przytomny i świadomy nie poczuł wbicia igły – mówi lekarz.

    Według niego bardziej zakamuflowaną, a więc i skuteczniejszą opcją, byłoby zaaplikowanie trucizny przez błony śluzowe lub przerwaną skórę.

    – Wystarczy, by ktoś niedawno zaciął się w palec kartką papieru lub został draśnięty pazurem przez kota. Nawet drobne skaleczenie to otwarte wrota nie tylko dla patogenów chorobotwórczych, ale i trucizny – tłumaczy lekarz.

    Jak mogłoby wyglądać podanie takiej toksyny? – Powiedzmy, że ktoś oprze się dłonią o stół lub krzesło, na których znajduje się trucizna. Potem zazwyczaj kwestią czasu jest, by dotknął ręką oczu, ust lub miejsca zranienia skóry – mówi dr Fiałek.

    Jak tłumaczy, błona śluzowa to autostrada dla toksyny – umożliwia jej szybkie przeniknięcie do krwi. Lekarz dodaje, że oczywiście możliwe jest także zatrucie przez skórę, która nie jest uszkodzona, byłoby to jednak znacznie trudniejsze.

    – Skóra jest barierą ochronną naszego organizmu. Jej zadaniem jest to, by nas oddzielać od szkodliwych substancji występujących w otoczeniu. Jednak, jeśli będzie narażona na kontakt z trucizną wystarczająco długo i w dużym stężeniu, to nawet i ona nas nie zabezpieczy – podkreśla lekarz.

    Otrucie ostrzegawcze?

    Ppłk Tomasz Białek wątpi w krążącą w mediach hipotezę, by ukraińscy negocjatorzy i Abramowicz zostali celowo otruci tak mocno, by to poczuli, ale nie aż tak, by ich zabić.

    – Jest wiele innych znacznie prostszych sposobów na to, by kogoś nastraszyć. Wystarczy choćby komuś strzelić w okno. Kontrolowane podtrucie jest bardzo skomplikowane i mało efektywne – ocenia ekspert.

    Jego zdaniem, jeśli faktycznie doszło do otrucia przez służby, to raczej można mówić o nieudanej akcji.

    Lekarz Bartosz Fiałek zauważa, że każdy człowiek jest inny. Dawka trucizny, która dla jednej osoby okaże się śmiertelna, u innej może wywołać "tylko" problemy zdrowotne. Do tego zależnie od sposobu aplikacji ofiara otrucia może być narażona na kontakt z częścią, a nie całością przewidzianej dla niej dawki.

    Medyk zwraca też uwagę na nieoczywistą kwestię.

    – Cały czas używamy słowa "trucizna" lub "toksyna", tak jakby do tego, by komuś zaszkodzić, konieczny był sarin czy nowiczok. Otóż nie jest. W praktyce do śmierci może doprowadzić wiele leków stosowanych w terapii często występujących chorób przewlekłych, jeżeli zastosujemy dawkę toksyczną. Dotyczy to np. tabletek używanych w leczeniu chorób serca, nadciśnienia tętniczego czy cukrzycy, a nawet leków bez recepty – tłumaczy dr Fiałek.

    Jak mówi, nawet te znane, powszechnie stosowane leki, z których część jest pozbawiona smaku, przy odpowiednim stężeniu są w stanie "wyłączyć" komuś mózg, układ oddechowy lub serce.

    – Podczas wielu dyżurów medycznych miałem do czynienia z zatruciami. Część pacjentów udaje nam się uratować. Nie są to jednak ofiary przestępstw, lecz osoby, które najczęściej same chciały odebrać sobie życie – tłumaczy lekarz.

    Jego zdaniem w społecznej wyobraźni otrucie ma filmowy obraz – zjadliwej substancji wyprodukowanej w laboratorium, która w ciągu sekund wywołuje u ofiary drgawki i pianę na ustach.

    – W zależności od substancji może ona zacząć dawać pierwsze objawy po kilku minutach, godzinach, dniach, a nawet tygodniach. Są takie rodzaje toksyn, które podawane stopniowo nie dają od razu spektakularnych efektów, ale z czasem kumulują się w organizmie i w ostateczności mogą prowadzić do śmierci – konkluduje lekarz.

    Mimo doniesień WSJ i Bellingcata o prawdopodobnym otruciu uczestników rozmów pokojowych, kolejne tury negocjacji Rosji i Ukrainy są w toku.

    Czytaj także: