Prawicowy hejt nie zaszkodził "Zielonej granicy".
Prawicowy hejt nie zaszkodził "Zielonej granicy". Fot. "Zielona granica", zdj. Agata Kubis. Materiały prasowe

Ponad 425 tysięcy widzów! Tyle osób przez pierwsze 10 dni od polskiej premiery, zobaczyło "Zieloną granicę". Film, który część Polaków i polskich polityków znienawidziła, zanim zdążyli go jeszcze obejrzeć.

REKLAMA

Trudno o polski film budzący większe emocje niż nowe dzieło Agnieszki Holland o kryzysie migracyjnym na granicy Polski z Białorusią. "Zielona granica" była na ustach wszystkich – niezależnie od tego, czy widzieli tę produkcję, czy nie.

Jak podaje Kino Świat – film zobaczyło w kinach aż 425 194 widzów. "Zielona granica" zaliczyła najlepszy wynik otwarcia wśród polskich filmów w 2023 roku.

Prawicowi politycy i hejterzy od razu jednak nadali filmowi miano "antypolskiego" – abstrahując od tego, jak bardzo mijało się to z prawdą. Część opinii publicznej prześcigała się w szkalowaniu produkcji, przez co jej ocena na Filmwebie wynosiła 2,3/10... na blisko 10 dni przed premierą.

O filmie krytycznie wypowiadali się m.in. Zbigniew Ziobro, porównując działalność Holland do propagandy III Rzeszy, Przemysław Czarnek, który stwierdził, że reżyserka nie ma już prawa nazywać się Polką. Jarosław Kaczyński wygłosił nawet specjalne oświadczenie – jego zdaniem "Zielona granica" wpisuje się w plany Putina i Łukaszenki.

Film Holland ma otrzymać nagrodę w Watykanie w ramach XXVII edycji festiwalu Tertio Millennio Film Fest, a już wcześniej został nagrodzony na 80. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji.

Co jednak ciekawe, krytyka pod adresem "Zielonej granicy" pojawiła się także na łamach "Wyborczej". Wszystko za sprawą eseju Szczepana Twardocha, autora m.in. "Króla" i "Morfiny".

Pisarz stwierdził, że w pewnym momencie filmu uchodźcy stali się "pozbawionym podmiotowości rekwizytem, przedmiotem troski wielkomiejskiej inteligentki".

"Klasowe uwarunkowania okazują się jednak silniejsze niż niewątpliwy talent Holland. Dla reżyserki tak naprawdę interesujący są jedynie ludzie podobni do niej samej. (...) Tak bardzo wierzy w wielkość – mimo śmieszności – swoich bohaterów, że obdarzając ich małymi ludzkimi przywarami, w istocie pozostaje wobec nich bezkrytyczna" – uzasadniał Twardoch, cytowany w tekście naTemat przez Bartosza Grodzińskiego.

Do jego eseju odniósł się w swoim wpisie na Facebooku Kamil Syller – prawnik, który wraz z rodziną przeniósł się z Warszawy na Podlasie i w czasie kryzysu migracyjnego pomagał uchodźcom na granicy.

Przykro. Dostało się od Szczepana Twardocha i Agnieszce Holland, i Mikołajowi Grynbergowi, i części osób pomagających na granicy. Odtrutką jest większość komentarzy pod tekstem Twardocha. Można je streścić w ten sposób: Twardoch - wielkomiejski inteligent i maczo ciągający sanki na ultradrogich wycieczkach po Spitsbergenie w ultradrogiej odzieży termicznej - pochylił się nad uchodźcami z granicy polsko-białoruskiej, którym nie pomagał, i nad "klasą niższą" / "klasą ludową", którą ogląda zza szyb luksusowego mercedesa" .

Kamil Syller

Tak ironicznie zaczyna się dłuższy wpis Syllera, który rzeczywiście pomagał na granicy. Jak się okazało, cały ten spór o film, jego cel, jakość i przekaz, jedynie się mu przysłużyły.

Czytaj także: