W Argentynie jest polskie miasto
W Argentynie jest polskie miasto. Znają nasz język i kulturę, choć nigdy nie byli w Polsce Fot. Juan Roballo/Shutterstock

Wiedziałam, że nie pojadę tam z pustymi rękoma.– Weź przyprawę do piernika, usłyszałam od Kariny, Argentynki z Wandy. I tak z plecakiem pachnącym przyprawą korzenną wylądowałam na drugiej półkuli wśród potomków Polaków.

REKLAMA

Małe lotnisko w brazylijskim Iguazu. Stamtąd tylko krok do prowincji Misiones na północy Argentyny. Z lotniska odbiera mnie Karina i jej mąż Ramon i wiozą mnie do miasteczka Wanda, gdzie polska i hiszpańska kultura przekładają się jak warstwy rzeczonego piernika. Pikanterii dodaje wątek niemiecki.

Polska w tropikach

Już krótki spacer po Wandzie wystarczył, bym nabrała wątpliwości, czy na pewno jestem w Argentynie. To Wanda, a może Ciechanów? I czy czasami nie zostałam "cynicznie" oszukana przez linie lotnicze – samolot przecież mógł długo kołować po płycie lotniska we Frankfurcie, by stworzyć jedynie wrażenie długiego lotu.

Bo w Wandzie wszystko jest jak w Polsce: naprzeciwko Czerkiesów mieszkają Kisiele, zaraz obok Jelenie, a Skibowie stawiają właśnie imponujący rozmiarem dom na przecięciu dwóch głównych ulic Wandy.

Ludzie witają się po polsku. Jest tu muzeum z polskimi artefaktami i drewniany kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Z honorami celebrowane są polskie rocznice, w szkole uczą polskiej historii. Święta – jak w kraju.

Obiad, na który spontanicznie zabrał mnie pan Kazimierz – człowiek instytucja i honorowy kustosz muzeum – też był "polski": ryba w panierce z ziemniaczanym puree i sałatą. Do tego obowiązkowo niemieckie piwo. Psy biegają samopas, jak na polskiej wsi. I wszędzie wiszą polskie godła.

– Hm, ziemia jest inna, czerwona – mówię tonem odkrywcy.

– Tak i owszem – ripostuje pan Kazimierz tak czystą polszczyzną, że trudno uwierzyć, że ojczyznę zna jedynie z opowieści – jest tak czerwona, jak nasza, polska flaga.

Skansen czy żywa legenda?

Nie ma przybysza, który by nie zagościł u Kariny i Ramona. Koguty o trzeciej nad ranem budzą tu tak konsuli, jak i vlogerów z całego świata, których ostatnio jest tu coraz więcej. Kiedy żalę się Ramonowi, że nie mogłam spać w nocy, słyszę: Pomyśl sobie, że to śpiew, a nie pianie. I już wiem, że właśnie pobieram pierwszą lekcję argentyńskiego mindsetu w żywym skansenie polskiej kultury na końcu świata, o którym w Muzeum Emigracji w Gdyni jest tylko jedno zdanie. Dosłownie:

"Wanda to miejscowość założona przez polskich emigrantów na początku XX wieku.

Mimo że Polacy przybywali do Argentyty wcześniej, za początek polskiego osadnictwa w Argentynie uważa się 8 czerwca 1897 roku, kiedy dotarło tu 14 polskich rodzin na pokładzie niemieckiego statku "Antonina", który wypłynął z Hamburga. W przypadku Wandy najbardziej znaczący był 1936 rok, kiedy przybyli tu pierwsi chłopi z Polski; zamieszkali obok Indian Guarani, szybko nauczyli się hiszpańskiego. To oni budowali Wandę od podstaw.

Mówi się, że Wanda swoją nazwę zawdzięcza córce Piłsudskiego, ale to duch polskiej księżniczki Wandy, ikony patriotyzmu – tej, która "nie chciała Niemca" – wraca tu w pełnym świetle argentyńskiego słońca. Wystarczy spojrzeć na płaskorzeźbę na murach okalających główny plac Wandy, o nazwie plac Polski.

"Nikt nie może – Polaka poślij"

Statek z Polakami z Buenos Aires zacumował w Puerto Liberda nad Paraną tutejszej zimy. – Ci, których było na to stać, nawet nie schodzili z pokładu. "Wykupywali się" i płynęli z powrotem. Do Buenos lub tam, gdzie warunki były choć trochę lepsze: Apostoles, Obera, Posadas – mówi Kazimierz.

– Gdy ludzie pytali Colonizadora del Norte – kampanię, która werbowała ich do wyjazdu z Polski – co mają ze sobą zabrać, słyszeli: "Zabierajcie wszystko. Tam nic nie ma". Więc Wiśniewscy wzięli ze sobą rozłożony na części wóz drabiniasty, wyobrażasz sobie? Żona w ciąży, gromadka dzieci, a on przewiózł wóz – opowiada pan Kazimierz, którego odwiedzam w muzeum. To właśnie wóz drabiniasty stał się tu symbolem zaradnego Polaka. Wóz do dziś stoi w muzeum. Trafił też do popkultury dzięki muzyce i obrazom wybitnego Argentyńczyka, barda z Wandy Ramona Ayali.

– Było ciężko, ale ja nigdy nie byłem głodny – mówi pan Kazimierz. – I nie byłem biedny, bo jak powtarzała moja mama, biedny człowiek to człowiek głodny. A ja nigdy nie poczułem głodu. – mówi pan Kazimierz.

Z zadumy wytrąca nas dźwięk telefonu. Chyba piątego tego dnia. To turyści z Polski. Pytają pana Kazimierza o nocleg i atrakcje. Takich telefonów jest coraz więcej.

Miasto żywych i umarłych

Dziś w Wandzie mieszka 14 tysięcy osób. Rzadko można spotkać kogoś, kto nie ma w sobie polskiej krwi. Dla wielu ich przodków wyjazd do Argentyny okazał się pułapką: nie mieli pieniędzy na powrót ani dokąd wracać. Zanim wyjechali z Polski, spieniężali cały majątek. Inni, jak rodzina pana Kazimierza, zaciągnęli dług, który mieli spłacić po przyjeździe do Argentyny.

– I spłacali. O proszę, tu są nawet na to papiery – pokazuje Kazimierz na muzealną gablotę, w której pieczołowicie umieścił nawet najmniejszą bumażkę. Wszystkie pamiątki traktuje jak relikwie, z respektem i nabożnością. Na grób ojców nie chodzi. – Mam ich tu wszystkich – mówi. – Żyją sobie. W sercu, w języku, pamiątkach.

Czerkiesowie w dżungli – sto lat argentyńskiej epopei

Ramon zabiera mnie do dżungli, do swojego taty Aleksandra. Tuż za Wandą kończy się internet. Chwilę potem kończy się asfalt i zaczyna podróż siecią cynamonowych dróżek, w które zaplątane są wysepki cywilizacji.

Podróż z Wandy do kolonii Lanusse zamiast godziny trwa dwie, bo Ramon zatrzymuje się na obowiązkowy eksperyment z bogatą w magnez ziemią, by pobiec za jaszczurką czy pokazać, jak rośnie maniok.

Polacy w Wandzie chętnie żenili się z Niemkami

Wpadamy też na yerba matę do kuzyna, by zamontować mu antenę RTV. Niemiecka żona kuzyna przywołuje wstydliwy wątek w historii Argentyny, która to tuż po II wojnie stała się azylem wielu niemieckich nazistów. W Misiones legenda miesza się z rzeczywistością. Wanda nie chciała Niemca, ale Polacy w Wandzie chętnie żenili się z Niemkami.

– Wyrwał mi zęba. Nie bolało. Nie brał pieniędzy – mówi prawie 80-letni pan Kazimierz o lekarzu, którego znał w dzieciństwie. – Ludzie zostawiali mu jedzenie na płocie. Nazywał się inaczej, ale przysięgam: to był doktor Mengele.

Czerkiesowie przyjechali tu w 1938 roku. Z Polski wypędziła ich bieda, niepewność i widmo kolejnej wojny. – Wyjeżdżali wówczas, jak każdy – z dwóch powodów: szukali spokoju i pracy. 29-letni wówczas ojciec Aleksandra Piotr z polskim paszportem uciekał z Nowogródka przed biedą, z ciężarną żoną i trójką dzieci. Doświadczył pierwszej wojny. – Nie chciał drugi raz tego przeżywać – mówi pan Aleksander.

– Nie było co jeść. Czekaliśmy; głodni, zanim coś urosło, wspomina. Pan Aleksander do dziś mieszka niemal w tym samym miejscu, w którym jego rodzice sto lat temu zaczynali swoją argentyńską historię. Prąd w domu ma zaledwie od początku lat dwutysięcznych.

Dżungla kontra człowiek

Rząd argentyński dawał osadnikom od 25 do 100 hektarów. – Dostaliśmy 50 hektarów. Mówiono nam, że będzie las, więc myśleliśmy, że taki, jak w Polsce, sosnowy. Tymczasem tu nie można było nogi wsadzić. To, co rodzice karczowali w dzień, w nocy odrastało. I wszędzie te komary, które wchodziły w ciebie wszystkimi możliwymi dziurami. Były bardziej uciążliwe niż dzikie koty i węże – mówi Aleksander prezentując kij, którym do dziś rozprawia się z gadami z taką wprawą, jakby zabijał komary.

– To wszystko? Proszę pytać dalej, wydaje komendę Aleksander, który przez coraz częściej przyjeżdżające tu ekipy zasmakował życia celebryty i był chyba trochę rozczarowany widokiem zwykłego dyktafonu i aparatu fotograficznego. – Panie Aleksandrze, mogę tak po prostu posiedzieć koło pana? – zagaiłam. Nic z tego. Mimo ósmego krzyżyka Aleksander zabiera mnie na spacer po swoich tropikalnych włościach. Towarzyszy nam horda psów, kogutów i kaczek.

Krew, pot, łzy i terapia szokowa

Pan Aleksander z dumą mówi o dzieciach. Ramon jest jednym z nich Mieszka w Wandzie. Z dala od wielkiej polityki życie w Wandzie nie wydaje się być idyllą.

Ludzie, szczególnie emeryci, narzekają na drożyznę, szczególnie od 2023 roku, gdy zaczęła się polityka zaciskania pasa prezydenta Mileya. Prezydent obiecał krew, pot i łzy, i słowa dotrzymuje. Potrzeby inwestycyjne widać na każdym kroku. Dziury w asfalcie są takie, że po deszczu zamieniają się w stawy.

Ale ludzie w Wandzie wydają się rozumieć polityczną potrzebę czasu. Nie narzekają na lokalnych włodarzy. Nikt nie prowadzi sporów z powodu różnic poglądów. – Burmistrz jest dobry, tylko skąd oni mają wziąć na to wszystko pieniądze?

W miasteczku są dużo pilniejsze potrzeby, tłumaczy mi Karina, zabijając karalucha, który przekracza właśnie równik stołu. Standardy czystości są dużo niższe niż w Polsce, a karaluchy w Wandzie są wielkości myszy. – Ale to przecież dżungla. Poza tym my lubimy tu, w Argentynie, żyć, a nie sprzątać – mówi Natalia Szu, przewodniczka, która od 16 lat mieszka w Argentynie i zna ją, jak własną kieszeń.

Miłość na końcu świata

– Mam dysforię narodową, jestem transnarodowa – śmieje się Karina. O polskie tradycje dba bardziej niż jej „polski” mąż. Trójka dzieci Ramona i Kariny uczy się polskiego, tańczy i śpiewa w zespołach ludowych – zarówno folklor Misiones, jak i polskie tańce ludowe.

Karina była szefową HR w firmie w Buenos Aires. Potem została żoną Ramona. Dla niego porzuciła karierę i przeniosła się nad Paranę. Modne botki zamieniła na gumaki.

– Był jakiś inny niż chłopaki z Buenos – mówi. Urzekła ją jego skromność i pracowitość. Dopiero później dowiedziała się, że ma polskie korzenie i wychowywał się w chacie bez prądu, a zatrudnił się w firmie handlującej sprzętem AGD.

– Tym też mi zaimponował. To, jak działa elektryczność, znał tylko z książki – śmieje się Karina.

Dziś Karina del Corte jest filarem Związku Polaków w Wandzie. Co tydzień bierze podręcznik i idzie na lekcje polskiego. Teresa, nauczycielka, z uporem wbija jej odmianę czasownika "maszerować". No tak – wkrótce uroczysta gala z okazji Święta Niepodległości. Będzie pani konsul z Buenos. Będą maszerować.