
Zegarek Andrzeja Szejny wciąż budzi emocje. Były wiceminister spraw zagranicznych postanowił wreszcie odnieść się do medialnych spekulacji i uciąć domysły dotyczące rzekomo luksusowego czasomierza na jego nadgarstku. Na antenie TVP Info zapewniał, że nie posiada zegarka o wartości ponad 10 tysięcy złotych, który musiałby trafić do oświadczenia majątkowego. Nie wszyscy jednak dają wiarę tym wyjaśnieniom – zwłaszcza że wcześniej sam Szejna przyznał, że... nosi zegarek marki Omega.
– Nigdy nie posiadałem, nie byłem właścicielem zegarka, jakiegokolwiek – a mam ich sporo, też ze sobą jeden z nich – którego wartość by przekraczała 10 tysięcy złotych – oświadczył Szejna we wtorkowym programie "Gość poranka" na antenie TVP Info i przypomniał, że do oświadczenia majątkowego należy wpisywać wszystkie ruchomości, których wartość przekracza tę sumę.
Poseł Nowej Lawicy trzymał się wersji, że słynny zegarek, wokół którego wybuchła medialna burza, nie spełnia tego kryterium. – Również ten zegarek, o który pan redaktor pytał, nie ma wartości przekraczającej 10 tysięcy złotych i to powinno temat zamknąć – podsumował.
Zegarek Andrzeja Szejny wywołał burzę. Omega czy nie Omega?
Zamieszanie wokół zegarka wybuchło dzień wcześniej po rozmowie Andrzeja Szejny z reporterem wpolsce.pl. Dziennikarz zwrócił uwagę na czasomierz noszony przez polityka i zasugerował, że może chodzić o drogi model Omegi, szwajcarskiej firmy produkującej luksusowe zegarki.
Początkowo Szejna przyznał, że rzeczywiście ma na ręku zegarek tej marki. – Nie znajdę go u pana w oświadczeniu majątkowym, one są dosyć drogie panie ministrze – odpowiedział na to dziennikarz Szymon Szereda. Wyraźnie zmieszany Szejna zaczął się z tej deklaracji wycofywać, tłumacząc, że musi sobie przypomnieć, jaki to dokładnie model. – To nie jest Omega, nie – powiedział i nie chciał pokazać zegarka z bliska.
Według wpolsce24.pl może chodzić o model Omega Speedmaster, którego wartość rynkowa sięga, bagatela, 40 tys. zł. To właśnie ta kwota stała się osią całej medialnej burzy, bo zgodnie z przepisami – tymi samymi, które później przypomniał Szejna – przedmioty o wartości powyżej 10 tys. zł muszą zostać wykazane w oświadczeniu majątkowym.
Sam poseł konsekwentnie zapewnia, że działał zgodnie z prawem, powtarza, że jego zegarek nie kosztował ponad 10 tysięcy złotych i przypomina o zasadach składania oświadczeń majątkowych. Być może te wyjaśnienia zamkną sprawę, ale nie wszyscy im wierzą. Jedno jest pewne: historia zegarka Andrzeja Szejny pokazuje, jak szybko pozornie drobny detal może przerodzić się w żywą – ale potrzebną – dyskusję o transparentności i majątku osób publicznych.
Zobacz także
